SKLEP
Kamil 3man Trzeciakiewicz Kamil 3man Trzeciakiewicz 24.12.2017
Bright - recenzja filmu. W inwazji przeciwko kinom Netflix zalicza falstart
8008V

Bright - recenzja filmu. W inwazji przeciwko kinom Netflix zalicza falstart

Bright to pierwszy etap ofensywy Netflixa mającej pokazać, że platforma serialowa jest w stanie dostarczać także filmy o jakości kinowej, eliminując tym samym konieczność chodzenia do tych przybytków. Każdy musi sam ocenić, jaki jest sens takiego założenia, natomiast jeśli Bright coś udowadnia, to tylko tyle, że o przyszłość kin można być spokojnym, choć sam film jest nienajgorszy.

Oczywiście recenzując Bright skupię się na jakości filmu samej w sobie, bo to, czy udowadnia on bądź nie tezę Netflixa, oraz to, jaki jest w ogóle sens filmowej ofensywy tej platformy, to już temat na zupełnie inną dyskusję. Czym jest tytułowy Bright? Na szczęście samej nazwy nie tłumaczono, jednak zwrot ten pada w filmie wielokrotnie w dialogach i zostaje przetłumaczony jako Świetlisty, pisane dużą literą, bo oznacza to użytkownika magii. Albowiem, jak już zapewne wiecie, akcja najnowszego hitu Netflixa jest osadzona w świecie przypominającym nasz (właściwie to alternatywnym), w którym to jednak koegzystują ze sobą klasyczne dla fantastyki rasy takie jak np. elfy, krasnoludy, orki, no i oczywiście ludzie. Tego typu konwencja zwie się fachowo urban fantasy, i o ile jest to motyw w literaturze niesamowicie wręcz wyświechtany, tak już w grach i zwłaszcza filmach jest to rzecz wciąż względnie nowa, a w każdym razie rzadko używana. Nie należy bowiem mylić mody na np. wampiry w ujęciu romantycznym z klasycznym urban fantasy. Nie wiem jak Wy, ale ja jestem fanem takich serii growych jak Vampire The Masquerade czy Shadowrun, z filmowych zaś np. Underworld. Wszystko to są przykłady właśnie urban fantasy, dlatego z pewną dozą ciekawości na Bright oczekiwałem, jednocześnie nie robiąc sobie jakichś większych nadziei. I to podejście jak najbardziej się sprawdziło, bo gdybym nastawił się na ten film z pozycji fana, byłbym srogo rozczarowany.

Współczesno-alternatywne Los Angeles. Daryl Ward (Will Smith) jest ludzkim gliniarzem, któremu przydzielono jako partnera pierwszego w Stanach orka-policjanta, Nicka Jakoby. Jako że w tym świecie orki robią za „czarnych”, Warda czeka wiele problemów za sprawą rasizmu skierowanego przeciw jego partnerowi (fajny kontrast i ironia, bo przecież Smith jest czarnoskórym aktorem). Jakby tego było mało, sam Jakoby nie ułatwia mu zadania, już w pierwszych minutach filmu pozwalając, by Ward został postrzelony i w rezultacie ciężko ranny. Sprawy nie polepsza fakt, że napastnik jest orkiem, który w dodatku ucieka ścigającemu go Nickowi. Oczywiście kwestia tego, czy ork naprawdę uciekł, czy może został puszczony wolno przez swego pobratymca-policjanta, będzie jedną z kości niezgody pomiędzy partnerami. Nie są to żadne spoilery, bo opisałem w zasadzie pierwszych kilka minut dwugodzinnego filmu. To tylko punkt wyjścia, bo w scenariuszu dzieje się naprawdę dużo więcej. Jeśli chodzi o pierwszą powiedzmy godzinę filmu, to byłem niemalże zachwycony. Powodów takiego stanu rzeczy było kilka. Na pewno jednym z najważniejszych jest samo uniwersum. Jak już się rzekło, urban fantasy w przeciwieństwie do literatury nie zostało w kinematografii wyeksploatowane niemal wcale. Pod tym względem Bright jest naprawdę rześkim wręcz powiewem świeżości w filmowej fantastyce. Odwiedzamy getta orków i pławiące się w bogactwie dzielnice elfów (niestety twórcy nie zdecydowali się pokazać krasnoludów, choć są wspominani w dialogach). Widzimy graffiti na murach oddające napięcia pomiędzy rasami, fanatyków religijnych wieszczących rzekomo nachodzący tutejszy odpowiednik naszego Armagedonu, agentów federalnych ds. magii… Przysłuchujemy się konwersacjom bohaterów pierwszo- i drugoplanowych, w których deliberują oni o magii, utarczkach międzyrasowych i takichż parytetach z taką naturalną swobodą, że równie dobrze mogliby wymieniać uwagi na temat pogody. Samo uniwersum zostało więc przedstawione dobrze i przekonująco.

Nie można też przyczepić się do dwójki głównych bohaterów. Nie dość, że są po prostu fajni i wzbudzają naszą sympatię, to jeszcze chemia pomiędzy nimi i dialogi są na naprawdę niezłym poziomie. Co ważne, niemal wszystkie żarciki w rozmowach są naprawdę zabawne, a jak pokazała choćby niedawna Liga Sprawiedliwości, o dobry humor wcale nie jest łatwo w blockbusterach, a przecież Bright ze swoim budżetem na poziomie 90 milionów dolarów takim właśnie blockbusterem jest, do tego „świątecznym”. Cieszy więc, że wiele rzeczy tu zagrało. Jednak od razu rodzi się tu pytanie, co się nie udało, bo jeśli już zerknęliście na ocenę końcową, to pomimo wyszczególnionych plusów i minusów możecie się zastanawiać, co poszło nie tak, że aż Bright zebrał ocenę zarezerwowaną dla filmów co najwyżej średnich. Otóż stało się tak tylko i wyłącznie na własne życzenie twórców.

Tak jak już napisałem, Bright to świetne uniwersum, ciekawy duet bohaterów i ogólnie dobre dialogi, nie tylko pomiędzy nimi. Problem w tym, że scenariusz idzie w drastycznie innym kierunku po gdzieś jednej trzeciej filmu. Do pewnego momentu byłem niemal zachwycony i spodziewałem się, że całość pójdzie w stronę czy to kryminału, czy też może obyczajówki z elementami akcji, w każdym razie czegoś, co chociaż miałoby aspiracje do bycia ambitnym kinem, albo przynajmniej udawałoby coś takiego. Tymczasem w pewnym momencie fabuła robi się tak głupia, że aż mdli, i pośrednio zahacza o takie banały jak ratowanie świata. Will Smith już ratował naszą piękną planetę w choćby Dniu Niepodległości, ale tutaj się marnuje przy takim założeniu, bo i skala nie ta, i też w pewnym momencie nie ma co grać. Albowiem Bright po dobrych początkowych fragmentach nieoczekiwanie zamienia się w głupi film akcji wypełniony dennymi pościgami i mdłymi strzelaninami. Wygląda to, jakby nagle twórcy pożegnali się z rozumem i postanowili spuścić w kiblu wszystko to, co z takim zapewne mozołem wypracowali przez tę mniej więcej jedną trzecią czy nawet połowę filmu. Niestety nasze gałki oczne są gwałcone całą masą walk, pościgów i strzelanin o mocno przeciętnym wykonaniu, które przerzedzane są jedynie niekiedy konwersacjami, które mają popchnąć scenariusz do przodu, a na domiar złego te rozmowy i sceny również mocno obniżają loty i dostosowują się do aktualnej średniej jakości filmu, jakby autorzy zapomnieli, że przecież wcześniej potrafili sypać jak z rękawa świetnymi dialogami.

Nie zrozumcie mnie źle, nie ma nic złego w filmach akcji. Ale po prostu trzeba umieć je zrobić. W przypadku Bright odniosłem zaś wrażenie, że twórcy znacznie lepiej by się sprawdzili w konwencji może nawet nie tyle dramatu, bo to by mogła być przesada w drugą stronę, ale chociaż kryminału, a w każdym razie czegoś, co by zachowało najbardziej pasującą tu skalę mikro. Bo też przy rozdymaniu filmu do poziomu wielkiego blockbustera nagle okazuje się, że nie do końca nadąża za tym strona techniczna obrazu. Ujęcia i praca kamery oraz montaż zwłaszcza podczas scen akcji są co najmniej mocno dyskusyjne, mnóstwo tu chaosu. Najgorsze jest zaś chyba to, że ta cała rozpierducha zaczyna w końcu po prostu nudzić. Do tego stopnia, że w pewnym momencie miałem już gdzieś bohaterów i tylko czekałem, kiedy ich męki wreszcie dobiegną końca, i to już niezależnie od ich rezultatu. W dodatku scenariusz zupełnie niepotrzebnie atakuje nas głupotami pokroju zmartwychwstania oraz innych podobnych bzdurek, zaś antagoniści są tu całkowicie bezpłciowi. Z początkowo wydawałoby się odrobinę mrocznego scenariusza w końcu zostają drzazgi.

Netflix marzy o wyeliminowaniu kin i przejęciu ich publiki, ale ich pierwszy krok ku temu celowi, czyli Bright, jest lekkim falstartem. Nie jest to obraz zły, ba, początkowo wydaje się, że może mieć zadatki na coś naprawdę z górnej półki. Finalnie zaś okazuje się, że chociaż dostarcza pewnej rozrywki, to może co najwyżej konkurować z najbliższą mu chyba tematycznie serią Underworld (wampiry i elfy są tu i tu bardzo podobne, i nie tylko to), której to jednak zbytnio nie byłby w stanie zagrozić w bezpośrednim starciu. Jeszcze przed premierą Netflix zamówił sequela, zaś Will Smith podpisał nań kontrakt. Oby twórcy wyciągnęli wnioski ze swoich ewidentnych błędów, bo samo uniwersum jest świetne, zaś bohaterowie i dialogi to do pewnego momentu dużo więcej niż średnia półka. Film warto więc ten jeden raz obejrzeć, aby później mieć na co czekać i żywić nadzieję, że kontynuacja pójdzie jednak właściwą drogą.

Werdykt
  • + Uniwersum
  • + Dwaj główni bohaterowie
  • + Do pewnego momentu dialogi i żarciki
  • - Od mniej więcej połowy robi się z tego przeciętny film akcji
  • - Od tej chwili dialogi też siadają
  • - W całościowym ujęciu fabuła jest słaba
  • - Beznadziejni antagoniści
  • - Sporo bzdurek w scenariuszu
  • - Praca kamery i montaż
  • - Zaprzepaszczono potencjał
5.5
Kamil 3man Trzeciakiewicz
Kamil 3man Trzeciakiewicz Jeśli tak ma wyglądać ta wielka ofensywa Netflixa przeciwko kinom, to ich właściciele mogą spać spokojnie, bo Bright to raczej jakość filmu telewizyjnego pomimo sporego budżetu. Tym niemniej jest to dość ciekawy obraz i warto czekać na sequel.

Miesięcznik PSX Extreme