SKLEP
Konrad Adamczewski Konrad Adamczewski 28.12.2016
Recenzja komiksu Elektra: Assassin. Skąpana w absurdzie opowieść o zabójczyni
4328V

Recenzja komiksu Elektra: Assassin. Skąpana w absurdzie opowieść o zabójczyni

Franka Millera można lubić bądź nie, ale nie można nie doceniać jego wpływu na sztukę komiksu. Autor firmował nazwiskiem sporo wpadek, ale Elektra: Assassin pochodzi ze szczytowego momentu jego kariery. I mimo iż jest komiksem mocno niedzisiejszym, to po 30 latach od premiery nadal smakuje wybornie.

Amerykański twórca ma na swoim koncie tak genialne komiksy jak Ronin, Powrót Mrocznego Rycerza, Sin City czy 300, ale też babole jak Mroczny Rycerz Kontratakuje lub film "The Spirit", dzierżący na Metacritic wstydliwe 30 procent i mający miejsce na liście 50 najgorszych filmów wszech czasów magazynu "Empire". Ośmioodcinkowa mini seria o Elektrze, współtworzona z rysownikiem Billem Sienkiewiczem, powstała zaraz po Powrocie Mrocznego Rycerza. Niektórzy określają ją mianem Powrotu na haju. I nie chodzi tylko o to, że pada tu znacznie więcej trupów i leje się znacznie więcej krwi. To byłoby zbyt łatwe.

Elektra: Assassin ma naturalnie fabułę. I teoretycznie jest ona prosta jak drut - zabójczyni w czerwonym wdzianku poluje na Kena Winda, kandydata na prezydenta, będącego jej zdaniem pachołkiem w rękach potężnej Bestii, która kieruje przestępczym syndykatem The Hand (znanym fanom Marvela) i chce wywołać nuklearną wojnę. W praktyce historia też jest "na haju". Pełna naruszeń chronologii, metafor, scen o których trudno orzec czy dzieją się naprawdę czy tylko w wyobraźni bohaterów oraz narracji prowadzonej z wielu perspektyw, ale w obrębie tych samych kadrów. Ba, są również momenty, gdy na danym "obrazku" mam rozmowę rozgrywającą się w zupełnie innym miejscu. Już pierwszy odcinek bombarduje nas ścinkami stanowiącymi chaotyczne wspomnienia Elektry z dzieciństwa. Dalej chaos nie ustępuje - mamy mieszankę szpiegowskiej intrygi z romansem i brutalnym kinem akcji i takie twisty, że momentami trudno jest się połapać. Dlatego lektura wymaga skupienia i należytej uwagi. Tu serio wszystko ma sens. A że jest mocno odjechane? To cały urok.

Miller za pomocą postaci Kena Winda wyraża swój stosunek do polityki. Zresztą komiks jest mocno osadzony w realiach zimnej wojny, bo świat Elektry: Assassin to świat, w którym S.H.I.E.L.D. jest agencją szpiegowską ONZ, a jego pracownicy nie stronią od gorzały. Czyli pod tym względem mamy naturalizm i dojrzałe tło, często niespotykane w komiksach. Z drugiej strony całość jest wybitnie nienaturalistyczna, zresztą Miller podkreślał, że jest przeciwnikiem takiego podejścia w historiach obrazkowych. Dlatego nie brakuje tu naleciałości cyberpunkowych, czasem w iście groteskowym wydaniu, mogących się kojarzyć z Roninem czy Hard Boiled, jazd typu przekazywania świadomości z jednego mózgu do drugiego, sztucznie wyhodowanych karłów, zakonnic z dużymi spluwami i absurdalnych wytłumaczeń tego, co widzimy. Pokręconą historię opowiedziano za pomocą mięsistej narracji, bardziej przypominającej wycinki książki niż klasyczne komiksowe "dymki" ze zdawkowymi zdaniami. Ego Millera momentami wręcz wylewa się z kartek i widać, że chce grać pierwsze skrzypce, jak choćby w scenie ataku Elektry na agenta Garretta, która rozgrywa się w ciemności i przedstawiona jest za pomocą czarnych kadrów z tekstami w ramkach. Sporo tu również detali czy to nawiązujących do wcześniejszych prac Millera czy patentów powracających później choćby w Sin City. Fani zatem będą czerpać z lektury podwójną przyjemność.

Całość nie byłaby tak oryginalna gdyby nie niesamowite rysunki. Sienkiewicz tworząc Elektrę: Assassin wyrzucił do kosza spójność. Ilustracje pokolorowane farbami wodnymi stoją obok kadrów ledwie naszkicowanych czy wręcz bohomazów mogących kojarzyć się z radosną twórczością dziecka. Mało? Techniki te często występuję wspólnie w jednym ujęciu, kadry bywają w całości pokolorowane zupełnie innymi barwami, przez co sprawiają wrażenie "neonowych" i wyśmienicie kojarzą się z kiczowatą stylistyką lat 80-tych, podobnie jak wąsy agenta Garretta i kopcone przez wielu bohaterów papierosy. Genialnym zabiegiem jest specyficzna twarz wspomnianego polityka, będąca zastygłą w pięknym uśmiechu maską, jaką zapewne na co dzień "nosi" wielu mu podobnych, a klimat potęguje celowe rozmazanie kadrów – umieszczenie ich jakby za mgłą – co daje wrażenie uczestnictwa w jakimś chorym śnie i pomaga zatrzeć granicę między tym co realne i tym co urojone. Niektóre całostronicowe rysunki to wręcz gotowe do oprawienia w szkło i powieszenia na ścienia dzieła komiksowej sztuki i serię można śmiało określić dumnym terminem "powieści graficznej". Strona wizualna stanowi genialną mieszankę, której dopełnieniem są wyborne okładki. 

Nie bójmy się tego napisać - Elektra: Assassin w kwestii scenariusza momentami ociera się o grafomanię. Jest przesadnie absurdalna, szalona, artystycznie odjechana, czasem niezrozumiała. Idę o zakład, że nie powstała na trzeźwo, ale - nieco paradoksalnie - właśnie przez to tak świetnie się ją czyta. To nie jest marvelowski McDonald – banalny, lekkostrawny, stanowiący wydmuszkę jaką serwuje się dziś w wielu comiesięcznych zeszytach na przestrzeni dziesiątek serii. To śmiały eksperyment, tak śmiały, że w późniejszych latach - gdy superbohaterski komiks zaczął przybierać bardziej infantylną i nastawioną na masowego odbiorcę formę – trudno szukać podobnych. Mnie halucynogenny klimat zdrowo porypanej opowieści zachwycił przy pierwszej lekturze, a teraz miałem okazję przekonać się o jego mocy ponownie. To tytuł w którym można się zakochać, którego można nienawidzić, ale wobec czegoś tak odmiennego trudno pozostać obojętnym. I bez względu na efekt końcowy trudno takiej klasyki nie znać.

  • Scenariusz: Frank Miller
  • Rysunki: Bill Sienkiewicz
  • Oprawa: twarda
  • Liczba stron: 264
  • Cena z okładki: 89,99 zł
  • Data ukazania się: listopad 2016

 

Werdykt
  • + Różnorodność technik w rysunkach
  • + Okładki
  • + Odjechana historia
  • + Metafory, nawiązania i fabularne tło
  • + Śmiała artystyczna wizja
  • - Nie chcę czepiać się na siłę
10
Konrad Adamczewski
Konrad Adamczewski Klasyka w eleganckim, nowym wydaniu. Komiks, który trzeba znać i który wielu i tak określi mianem absurdalnej papki. Nie słuchajcie ich.

Miesięcznik PSX Extreme