Nikodem Sobas Nikodem Sobas 21.08.2016
Graliśmy w Serious Sam VR: The Last Hope popijając rakiję
887V

Graliśmy w Serious Sam VR: The Last Hope popijając rakiję

Podczas oczekiwania na hands-on z Poważnym Samem w wygodnym fotelu, podszedł do mnie jeden z Chorwatów z Croteam zajmujących się developingiem gry i kucając przy tym fotelu zapytał, czy nie mam ochoty napić się wody. Nie chcąc mu odpowiadać cytatem z "Wesela" Smarzowskiego, odpowiedziałem zwyczajnie "nie".

Chorwat zrozumiał i w zamian zapytał, czy nie mam ochoty spróbować rakii. Byłem już troszkę zmęczony, dużo łażenia, wywiadów, rozmawiania, człowiek chodzi spięty, ale na słowo "rakija" musiałem zareagować bardzo standardowo, powoli obracając głowę w kierunku pytającego, szukając jego wzroku moimi rozszerzonymi źrenicami. Przytaknął delikatnie głową, dając mi znać, że się nie przesłyszałem. "Swój swojego pozna!", odpowiedziałem. Chorwat zniknął, a gdy się pojawił, wstałem z fotela, bo nie chciałem żeby znowu musiał klęczeć, chciałem prowadzić dalszą rozmowę na stojąco. Dał on mi jednak dyskretnie znać żebym usiadł i nie przyciągał niepotrzebnie uwagi innych zwiedzających osób. Dobre cholerstwo, przyjemny posmak i ogień w gardle. Nie myślałem o konsekwencjach - przecież będę za chwilę obcował z VR-em! Czy nie zabrudzę pomieszczenia?

Okazało się jednak, że moje obiekcje były bezpodstawne. W grze nie poruszamy się postacią, jest ona na stałe usadowiona w jednym miejscu, nie ma więc problemu z "oszukiwaniem" mózgu, że zmieniamy położenie ciała.

Nie wiem, czy HTC Vive jest lżejszy od Oculusa, ale na pewno jest wygodniejszy. Po minucie zapomniałem, że cokolwiek mam na głowie. Żadnego smużenia, obiekty ostre jak żyleta i wysoko rozdzielczość - jest super. Gra, jak to Serious Sam, polega na mieleniu w papkę hord przeciwników, zbieraniu punktów, które pomiędzy turami wydajemy na nowe uzbrojenie, amunicję czy odnowienie zdrowia. Dzierżąc dwa kontrolery, obsługujemy dwie giwery niezależnie od siebie. Przeciwnicy nadbiegają tylko z naprzeciwka, rozstrzeleni są tak mniej więcej na 120 stopniach pola widzenia, nie ma więc zachodzenia nas od tyłu czy całkiem z boku. Jest to jednak zrobione tak, że jeżeli przeciwnicy zaczną nadbiegać z dwóch skrajnych stron, można zabawić się w gangstera. Zamiast pragmatycznie "grać w grę", lewą giwerą likwidowałem cele z lewej strony, prawą z prawej, zerkając tylko na różne strony, szukając nowych zagrożeń. Jest bajer i feeling bycia badassem. Skrzyżowałem karabiny niczym Rocco ze Świętych z Bostonu, otwierając szeroko buzię i ciesząc się z Serious Samowego systemu niewymagającego przeładowywania broni. Dla kogoś z zewnątrz musiałem wyglądać komicznie, ale walić to - o odczucia w VR chodzi!

Technicznie gra jest wykonana bardzo dobrze. Cały ekwipunek posiada celowniki laserowe, dzięki którym możne przewidzieć tor lotu pocisku i efektywnie niszczyć potwory strzałami z biodra. Chcąc pozbywać się odległych celów, wystarczyło karabin zaopatrzony w celownik podnieść na wysokość oczu i patrzeć przez celownik - dokładnie tak, jak robiłbyś to w rzeczywistości. Oczywiście broń jest ułożona w takiej pozycji, w jakiej trzymamy kontrolery, nic więc nie stoi na przeszkodzie, żeby pistolety trzymać bokiem, rodem z tanich filmów sensacyjnych, albo nawet całkowicie do góry nogami.

Gra daje dużo funu, trup ściele się gęsto ale, jak większość gier, które widziałem na VR, pozostanie jedynie popierdółką, nigdy nie będzie pełnoprawną grą (jakby co - Serious Sam 4 jest w produkcji). I o ile moje przedgamescomowe podejrzenia zaczynają się potwierdzać i uważam, że VR padnie najdalej za dwa lata lub zostanie narzędziem dla projektantów/designerów, tak zabawa jest przednia. Statyczna i nieskomplikowana mechanicznie, ale przednia. O ile headpiece jest lekki, dobrze ułożony i w ogóle go nie czuć na głowie, tak chciałem jednak zauważyć, że kontrolery nie grzeszyły ergonomicznością. Po skończonej grze najzwyczajniej w świecie bolały mnie palce. Nie ze względu na mocne trzymanie, a po prostu przez ich nienaturalne położenie. Rękojeść pozbawiona jest jakichkolwiek wyżłobień pozwalających ułożyć na nich palce.

Jeżeli ktoś postanawia inwestować w HTC Vive, kupno Serious Sam VR: The Last Hope będzie naturalną rzeczą - gra idealnie nadaje się na krótkie, przepełnione dynamiką posiedzenia. Cisnąłem w Sama 30 minut i było mi mało. Jednak tak statyczny shooter nie starczy nikomu na długo. Jako showcase pokazujący na czym polega VR - ideał. Jako gra dla wyjadacza - chwilowa odskocznia.

Tagi: Gamescom 2016 playtest serious sam vr: the last hope