Dawid Muszyński Dawid Muszyński 21.05.2016
Recenzja filmu „X-Men: Apocalypse” – Wojna mutantów
2541V

Recenzja filmu „X-Men: Apocalypse” – Wojna mutantów

Bryan Singer po raz czwarty wraca do świata mutantów. Widać po nim jednak zmęczenie tematem i brak świeżych pomysłów na poprowadzenie wątków.

Apocalypse to pierwszy i najpotężniejszy mutant świata, którego od zarania cywilizacji czczono niczym boga. Posiada on zdolność przejmowania mocy innych mutantów, co czyni go nieśmiertelnym i niepokonanym. Pewne wydarzenia w przeszłości sprawiły, że został uwięziony w skalnym grobowcu, z którego zostaje uwolniony przez nowych wyznawców w 1983 roku. Świat, który zastaje daleko odbiega od jego marzeń. Postanawia więc go podbić i gromadzi wokół siebie grupę najpotężniejszych mutantów zwanych jeźdźcami apokalipsy. Wśród nim są m.in. rozczarowany i pozbawiony złudzeń Magneto (Michael Fassbender) czy mocno zagubiona młoda Storm (Alexandra Shipp). Wspólnie postanawiają oczyścić rodzaj ludzki z osobników bez mocy i zaprowadzić nowy porządek na świecie, którym odtąd niepodzielnie władać będzie Apocalypse. Na ich drodze staje Profesor X (James McAvoy) oraz jego nowa grupa młodych X-menów.

Bryan Singer został poddany wielkiej presji. Zarówno „X-men: Przeszłość, która nadejdzie” jak i „Deadpool” okazały się kasowymi hitami. Tak więc oczekiwania studia 20th Century Fox jak i fanów były ogromne. Scenariusz kilka razy przerabiano by, wzorem konkurencyjnych produkcji, zmieścił jak największą liczbę bohaterów. W wyniku tego dostajemy chociażby piękną Olivię Munn jako Psylocke. Szkoda tylko, że scen z jej udziałem jest jak na lekarstwo. Najwidoczniej reżyser doszedł do wniosku, że fani chcą tylko na nią patrzeć na plakatach, a nie oglądać w akcji. Z drugiej strony sporo uwagi poświęcono na wprowadzenie nowych uczniów i ich przeciwników jak Nightcrawler, Jean Grey, Angel czy Cyclops, co daje poczucie pewnej pokoleniowej zmiany. Starzy bohaterzy zostają zastępowani swoimi młodszymi wersjami.

 „X-Men: Apocalypse” dalece odbiega od komiksowego pierwowzoru. Mówiąc szczerze to tylko imiona mutantów i ich moce się zgadzają. Widać, że reżyser miał problem z głównym czarnym charakterem. Niby jest najpotężniejszym mutantem na Ziemi, ale w ogóle tego po nim nie widać. Błąka się pomiędzy wybranymi grupami mutantów, opowiadając im o nowym, lepszym świecie i możliwości zwiększenia siły ich mocy. Nie prezentuje w żadnym momencie w pełni swojego potencjału. Szkoda. Po drugiej stornie konfliktu stają młodzi adepci szkoły Xaviera: Cyclops, Jean Grey i Nightcrawler, którzy jeszcze nie potrafią nawet w pełni korzystać ze swoich mocy, a już muszą stoczyć pierwszy bój. Sama scena walki niestety jest mało widowiskowa. Spodziewałem się jakiejś epickiej walki,  a dostałem krótką wymianę ciosów podobną do tej z „Batman v Superman: Świt sprawiedliwości”.

Dużą bolączką filmu jest brak wyrazistego głównego bohatera, jakim był w poprzednich częściach Logan czy Profesor X w „Pierwszej klasie”. Singer postanowił zastąpić Wolverina postacią Raven, która po wydarzeniach w Waszyngtonie, stała się twarzą rebelii mutantów. Tym samym reżyser skopiował rolę Jennifer Lawrence z „Igrzysk Śmierci”, pozbawiając fabułę jakiejkolwiek oryginalności. Ja nie kupuję Raven, czy jak kto woli Mystique, jako liderki X-menów.

Film ratuje ponownie Evan Peters jako Quicksilver. Gdy tylko pojawia się na ekranie, to kradnie całe show, nadając filmowi trochę komediowego posmaku. Jeśli podobała wam się scena z jego udziałem w „Przeszłość, która nadejdzie”, to teraz jest jeszcze lepiej i dużo śmieszniej. Kolejnym ogromnym plusem jest powierzenie roli Jean Grey młodej Sophie Turner. Aktorka, po latach spędzonych na planie „Gry o Tron” jako Sansa Stark, idealnie odnajduje się w roli przestraszonej i zagubionej dziewczyny, która musi bardzo szybko dorosnąć. Reżyser puszcza oko do fanów, wskazując im, w jaki sposób ta postać będzie się w przyszłości rozwijać i do jakiej historii zmierza.

Miłym akcentem jest wątek Magneto, który jako pracownik huty ukrywa się w polskim Pruszkowie. Singer stawia na tak duży realizm, że zatrudnił aktorów władających łamaną polszczyzną. Nawet Fassbender wygłasza kilka poważnych i przejmujących kwestii w naszym języku, mających pokazać jego przemianę. Ta wielce dramatyczna, w zamiarze reżysera, scena dla nas wypada komicznie przez koślawe dialogi wypowiadane z amerykańskim akcentem.

Singer przesadził trochę z efektami specjalnymi, zwłaszcza podczas finału. W oczy kolą komputerowo wykonane obrazy, może nie tak bardzo jak w „Przeszłość, która nadejdzie”, ale jednak odpychają.    

„X-Men: Apocalypse” to najsłabsza część nowej trylogii. Spodziewałem się więcej po Singerze, który przecież stworzył cały filmowy świat mutantów i miał wolną rękę. Wybrał jedną z ciekawszych historii, jakie Marvel ma do zaoferowania, po czym ją odarł ze wszystkich interesujących wątków, zostawiając sam nieznaczący i nudnawy szkielet. Jego wersja historii najpotężniejszego mutanta jest przegadana i miejscami nudna. Ja wyszedłem z kina mocno zawiedziony, ale może być to również spowodowane silną konkurencją wśród ekranizacji komiksowych, które ostatnio zalały kino.

Jeśli oczekujecie na informację, czy ręka z pazurami pokazana w zwiastunie należy do Wolverina, to odpowiedź znajdziecie w kinie. Ja wam tego nie zdradzę.

Werdykt
  • + Evan Peters jako Quicksilver
  • + Sophie Turner jako Jean Grey
  • - Zbyt dużo przegadanych fragmentów
  • - Wygląd Apocalypsa
  • - Za dużo efektów komputerowych
6.0
Dawid Muszyński
Dawid Muszyński Chyba czas by ktoś inny przejął pałeczkę od Singera, bo ten wydaje się być zmęczony tematem. Przydała by mu się krótka przerwa od mutantów. Scena po napisach daje mu taką możliwość.