Konrad Adamczewski Konrad Adamczewski 29.02.2016
Recenzja komiksu Skalp tom 1. Komiksowi Indianie w stylistyce Tarantino
1221V

Recenzja komiksu Skalp tom 1. Komiksowi Indianie w stylistyce Tarantino

Nie będę udawał, że o serii "Scalped" wiedziałem wcześniej wszystko i z zapartym tchem czekałem na polskie wydanie. Słyszałem co nieco, ale lekturę pierwszego tomu rozpoczynałem bez palącego entuzjazmu. O ja głupi.

W zgrabnym tomie, wydrukowanym na kredowym papierze i oprawionym w twardą okładkę, zawarto jedenaście pierwszych zeszytów. Polska edycja odpowiada wydaniom w wersji "deluxe" czyli czeka nas pięć tomów. Tyle w kwestii techniczej, wracamy do mojej ignorancji. Otóż wystarczyły niecałe dwa odcinki bym został przez Skalp całkowicie pochłonięty. Częściową inspiracją dla fabuły była dla scenarzysty Jasona Aarona historia Leonarda Peltiera - aktywisty walczącego o prawa rdzennych Amerykanów, aresztowanego za zabicie dwóch agentów FBI. Bo musicie wiedzieć, że Skalp traktuje właśnie o Indianach i zamieszkiwanym przez nich fikcyjnym rezerwacie Prairie Rose w południowej Dakocie. To świat obskurnych melin, w których produkuje się metaamfetaminę, trawiony przez skrajną biedę, najwyższy w Stanach wskaźnik alkoholizmu i bezrobocia i wszechobecną przestępczość. Borykający się ze społecznym odrzuceniem zafundowanym przez resztę USA, a jednocześnie nadal głęboko zakorzeniony w dawnych plemiennych wierzeniach. Miejsce akcji jest oryginalne i ma zdecydowany wpływ na wydźwięk całości.

Do rezerwatu wraca po latach Dashiel Zły Koń. Nie robi tego z własnej woli, ale kierowany nie do końca zależnymi od niego pobudkami. Jest bowiem agentem działającym pod przykrywką, mającym pomóc w rozpracowaniu Lincolna Czerwonego Kruka - niegdyś bojującego o prawa Indian idealisty, a dziś bezwzględnego bossa miejscowego gangu. Dwa wspomniane, stare trupy duetu z FBI wypadają z przysłowiowej szafy niedługo potem i wokół dawnej zbrodni narastają kolejne warstwy porywającej historii, która umiejętnie łączy nietypową scenerię indiańskich realiów z najlepszymi cechami czarnego kryminału i nowoczesnej sensacji, podlewając wszystko dawką brutalności, której nie powstydziłbym się w swoim kinie Quentin Tarantino. Tak jak zakręconych charakterów, bo żadna z postaci nie jest krystalicznie czysta. Ba, do czystych wszystkim daleko. Tu nawet nie ma klasycznego bohatera, bo każdy ma coś na sumieniu i kieruje się nie raz wątpliwymi moralnie metodami co również nadaje całości wyjątkowego smaku.

W parze ze scenariuszem Aarona idą rysunki pochodzącego z Serbii Rajko Milosevicia. Ilustrator mieszka w Barcelonie i znany jest pod nawiązującym do inicjałów pseudonimem R.M. Guera. Kreska nie każdemu przypada do gustu. W zasadzie nadal nie mogę się przekonać do momentami wyglądających na niedbałe rysunków, ale jedno muszę im oddać - idealnie zgrywają się z brudnym tonem historii. Nie jest to najbardziej estetyczny komiks, jaki widziałem, ale z drugiej strony nie wyobrażam sobie również perypetii Złego Konia z "cukierkową" i pełną barw oraz cieni kreską w stylu Jima Lee (faceta uwielbiam, ale np. Batman w jego wydaniu nie ma żadnego mroku). Rysunkom ze Skalpu bliżej do oszczędnego stylu Charlie Adlarda z The Walking Dead i jest to całkowicie w porządku.

Historia naturalnie urywa się w najgorszym możliwym momencie, a ja już wiem, że dwa miesiące, jakie przyjdzie czekać na kolejny tom, będą mi się okropnie dłużyć. Niedawno odpuściłem sobie lekturę komiksów o klasycznych superbohaterach czując się nimi zwyczajnie zmęczony. Perełka taka jak Skalp tylko uświadomiła mnie, że była to decyzja słuszna, a komiks w dojrzałym, nietuzinkowym wydaniu to zdecydowanie nie faceci w rajtuzach i pelerynach. Zatem jeśli macie ochotę na właśnie taką historię obrazkową, to polecam Skalp niezmiernie gorąco.

Skalp
Scenariusz: Jason Aaron
Rysunki: R. M. Guéra
Przekład: Krzysztof Uliszewski
Oprawa: twarda
Liczba stron: 264
Format: 170 x 260
Cena: 89,99 zł
Data wydania: luty 2016

Tagi: egmont komiks recenzja