Kajetan Węsierski Kajetan Węsierski 08.06.2021
Przypadek Skyrima - o tym, jak mody mogą dać grze nieśmiertelność 
1021V

Przypadek Skyrima - o tym, jak mody mogą dać grze nieśmiertelność 

Dokładnie 11 listopada minie dziesięć lat, odkąd społeczność graczy otrzymała jedną z najlepszych gier fantasy w historii - tytuł, który błyskawicznie obrósł mianem ikony i pewnego punktu odniesienia dla innych ambitnych twórców. 

The Elder Scrolls V: Skyrimjest dla mnie grą szczególną i chyba sam nie do końca wiem, dlaczego. Wydaje mi się jednak, że był to dla mnie jeden z pierwszych tak mocno wyczekiwanych projektów w życiu. Jasne, wcześniej zdarzało mi się wyglądać kolejnych premier, ale to właśnie w przypadku tego odczułem na własnej skórze, jak to jest, gdy wszyscy wokół rozmawiają o jednym tytule. 

W momencie debiutu byłem jeszcze mniejszym szczylem, niż jestem obecnie. Prawdopodobnie byłem nawet młodszy, niż dzieci większości z Was aktualnie, Drodzy Czytelnicy. A jednak czekałem. Oglądałem zwiastuny, nowe zdjęcia i kolejne informacje. I choć nie chłonąłem ich bezpośrednio z Internetu, to dzięki wspomnianemu szałowi na grę, mogłem wymieniać się plotkami z kumplami. 

Uczucie ekscytacji, które mi wtedy towarzyszyło, pamiętam właściwie do dziś. I choć później czekałem podobnie mocno na wiele innych tytułów, to ten pierwszy pamięta się szczególnie. Coś, jak pierwszy napisany tekst, pierwszy wypad do kina czy pierwsza jazda samochodem i lot samolotem. Można to robić później częściej, bardziej i lepiej, a jednak to ten debiutancki krok zapada w pamięć. 

Kiedy to zleciało? 

I wciąż jestem w szoku, że pod koniec roku minie dokładnie dziesięć lat odkąd The Elder Scrolls V: Skyrim zadebiutował. 11 listopada wybije dokładnie 3652 dni od premiery cudownej gry, która przez kolejne miesiące umilała czas graczom i sprawiała, że trudno się było oderwać od konsol i swoich komputerów osobistych. Każda wolna chwila, każda godzinka i spokojny wieczór oznaczały wejście do majestatycznego Skyrim. 

Skyrim mody

Do dziś pamiętam, jak ogromne wrażenie zrobiły na mnie wizualne aspekty tego miejsca. Bethesda przeszła samą siebie. Przejazd karną bryczką, ścięcie, smok, podziemia i wreszcie dostęp do ogromnego świata oraz odwiedziny Białej Grani. Całą sekwencję znam na pamięć i jestem w stanie przejść ja praktycznie bez zatrzymania - za każdy razem w ten sam sposób. Wszystko rozchodzi się dopiero później. 

Kurczę, nieco odpłynąłem! Ale to właśnie magia tego tytułu. Dostałem baśniowy świat rodem z powieści fantasy, którymi byłem zafascynowany. W czasach premiery Obliviona byłem za młody, więc to właśnie piąta odsłona The Elder Scrolls była tą, która jako pierwsza pozwoliła mi poczuć się niczym bohater fantasy z historii, w których tak się zaczytywałem. Co więcej, nie musiałem obserwować jego poczynań - mogłem je sam kreować. 

Modyfikacje 

A gdy gra po pewnym czasie się znudziła - bo umówmy się, wszystko prędzej czy później zaczyna nużyć - pojawiły się modyfikacje. Społeczność amatorskich twórców przyszła ze swoimi dobrami w idealnymi dla mnie momencie. Byłem wystarczająco zmęczony znanymi elementami świata i jednocześnie wystarczająco „dorosły”, by móc bez problemu ściągnąć i wgrywać odpowiednie pliki do gry. 

Skyrim smok

To otworzyło przede mną zupełnie nowy świat. Z racji, że w GTA grałem na konsoli, modyfikacje były dla mnie czymś nowym. Nie spodziewałem się, że mogą dać tak wiele frajdy. Dla młodego mnie od zawsze kojarzyły się po prostu ze zmianą koloru zbroi, albo banalnymi przeróbkami, aby postać mogła latać, biegać szybciej i zabijać jednym ciosem. Właściwie stanowiły pewien synonim kodów. 

Byłem w ogromnym błędzie. Wyobraźcie sobie moje zaskoczenie, gdy pierwszy raz przeczytałem (a później przetestowałem) o modyfikacji, która dodawała nowe misje i kolejnych bohaterów! Darmowy dodatek i rozszerzenie, za które nie musiałem nic płacić. To było na wyciągnięcie ręki i miało w sobie coś pięknego. Stanowiło prezent od fanów dla fanów, więc nie brakowało tam odpowiedniego podejścia do historii. W końcu wszyscy patrzyliśmy na ten tytuł podobnie. 

Zaklęcie nieśmiertelności 

Do dziś pamiętam, że Bethesda bardzo chciała wydoić mlekodajną krowę do końca. Już po kilku długich miesiącach dostaliśmy dodatek Dawnguard, a następne tygodnie upłynęły pod znakiem oczekiwań na DLC Hearthfire (swoją drogą, do dziś uważam, że było naprawdę ciekawe i nie zgadzam się z powszechną opinią). Później święta, Nowy Rok, ferie i Dragonborn - trzecie, a przy tym ostatnie rozszerzenie do gry. 

Skyrim pięknie

Wszystkie dodawały naprawdę sporo jakości. Choć nie były to oczywiście dodatki na miarę tych, jakie CD Projekt RED przyszykował dla Wiedźmin 3: Dziki Gon, to sprawiały, że chciało się wrócić. A każdy można było mieszać z modyfikacjami, których pojawiało się na pęczki. Te, które ulepszały grafikę, stawały się coraz lepsze. Mój komputer powoli przestał dawać radę z najlepszymi. I to było super! 

Mody sprawiły, że właściwie przynajmniej raz do roku chciało się tam wracać. Zawsze można było zobaczyć coś świeżego. Choć każde kolejne włącznie gry było podobne do poprzedniego (znów ten karny przewóz i legendarna już rozmowa), to później, dzięki licznym przeróbkom, zabawa zaczynała się od nowa. Za każdym razem miałem ten dreszczyk niepewności, co mnie czeka - dokładnie, jak za pierwszym podejściem.

Hit na zawsze 

W momencie gdy to piszę, w 2021, Skyrim wyszedł już chyba na wszystko. Sami twórcy żartowali sobie przecież, że wypuszczą go na lodówki. Właściwie nie ma sprzętu, na którym nie można odpalić piątej części The Elder Scrolls, a jeszcze w 2016 dostaliśmy odświeżoną Edycję Specjalną. Upiększony remaster wraz ze wszystkimi dodatkami. Co jednak najlepsze, nie zabiło to sceny modyfikacji, a jeszcze bardziej ją napędziło. 

W tym roku nie zdążyłem jeszcze wrócić do tej fantastycznej krainy, ale na pewno to zrobię. Dokładnie tak, jak co kilka miesięcy. Znów pobiorę ją na dysk, uzupełnię o konkretną liczbę modów i dam się porwać temu światu. Kiedy skończę? Nie mam pojęcia. The Elder Scrolls VI musi mnie wyrwać z tego nałogu, ale nie będzie to proste. Liczne modyfikacje dały bowiem Skyrimowi swoistą nieśmiertelność. I mam nadzieję, że podobnie będzie przy „szóstce”. 

Tagi: Bethesda Game Studios Bethesda Softworks The Elder Scrolls V: Skyrim