Jędrzej Dudkiewicz Jędrzej Dudkiewicz 06.04.2021
The Walking Dead (2010), sezon 10 C – recenzja serialu (FOX). Prawie koniec
1578V

The Walking Dead (2010), sezon 10 C – recenzja serialu (FOX). Prawie koniec

Są takie seriale, które sprawiają wrażenie, że nie mogą się skończyć i chociaż twórcy już dawno stracili pomysł na fabułę, to wciąż kręcą kolejne odcinki siłą rozpędu. Ostatecznie nawet pandemia nie przeszkodziła w zrealizowaniu sześciu bonusowych odcinków dziesiątego sezonu The Walking Dead… Spoilery!

Dziesiąty sezon miał trochę pod górkę. Kiedy już prawie się kończył okazało się, że przez koronawirusa nie uda się w pełni dopracować finału. Ostatecznie szesnasty odcinek został pokazany ładnych kilka miesięcy po piętnastym. Gdy okazało się, że z pandemią będziemy musieli żyć dłużej, twórcy zdecydowali się zrealizować sześć dodatkowych epizodów. Z racji obostrzeń wiele rzeczy nie można było zrobić, uznano więc, że skoro na planie może być też mniej osób, to dotyczyć one będą poszczególnych postaci. Dostaliśmy zatem sześć skromnych opowieści, w których często pojawia się pięć osób na krzyż. Wszystko to miało powiedzieć coś więcej o bohaterach i chociaż odrobinę zbudować oczekiwania przed jedenastym, finałowym sezonem. Jak wyszło?

The Walking Dead (2010), sezon 10 C – recenzja serialu (FOX)

The Walking Dead (2010), sezon 10 C – recenzja serialu (FOX). Jeden dobry odcinek wiosny nie czyni

Nie będzie to typowa recenzja, postanowiłem po prostu napisać o każdym odcinku kilka zdań, mimo że w przypadku niektórych sklecenie nawet dwóch stanowi wyzwanie…

Odcinek 17, Nie ma jak w domu – fabuła koncentruje się na dawno nie widzianej Maggie, która w końcu wróciła do grupy. O tym, co się jej przydarzyło dowiemy się w zasadzie tyle, co nic. Ot, starała się pomagać ludziom, ale nie zawsze wychodziło. Odcinek ten ma za zadanie głównie zasygnalizować, że w jedenastym sezonie będzie nowy przeciwnik w postaci Żniwiarzy oraz konflikt Maggie z Neganem. Dzieje się niewiele, ale mogło być gorzej. 4/10

Odcinek 18, Znajdź mnie – z tego epizodu dowiemy się nieco więcej o tym, co działo się z Darylem w trakcie pięcioletniej przerwy, jaka dzieliła śmierć (zaginięcie) Ricka od tego, co działo się dalej. Nasz małomówny kusznik łaził wzdłuż rzeki i szukał swojego przyjaciela, wdał się też w romans, który trwał piętnaście ekranowych minut. Nie do końca wiem, po co to komu. Żeby pokazać, że Daryl ma uczucia i może kochać? Jeśli tak, to potrzeba by na to więcej czasu, bo jego relacja z kobietą, której imienia nie jestem nawet w stanie zapamiętać jest rozegrana tak szybko, że nie wywołuje żadnych emocji. Już bardziej interesuje mnie jego przyjaźń z psem. W sumie chodziło tu głównie o kłótnię Daryla i Carol, co może być wątkiem w kolejnym sezonie. 3/10

Odcinek 19, Jeszcze jeden – chyba drugi najlepszy odcinek z tych sześciu dodatkowych. Gabriel i Aaron łażą w poszukiwaniu zapasów i trafiają na niezbyt przyjaznego kolesia. Niby podobnych rzeczy było w The Walking Dead mnóstwo, ale jednocześnie dawno nie było takiego przypomnienia w tym serialu, że mamy do czynienia z postapokalipsą i obowiązują zupełnie nowe zasady. Nie ma tu nic odkrywczego, jest raczej banalnie, ale jednocześnie aktorzy, na czele z gościnnym występem Roberta Patricka, dają z siebie dużo, dzięki czemu ogląda się to całkiem nieźle. 6/10

Odcinek 20, Drzazga – w sumie duża sztuka, by jednocześnie przypomnieć, że w jedenastym sezonie pojawi się nowa frakcja, Wspólnota, a także nic o niej nie powiedzieć, poza tym, że to dobrze zorganizowana grupa. Od samego początku nie przekonuje mnie postać Księżniczki, która wydaje mi się mocno irytująca i nie inaczej było w tym przypadku. Twistu też można było się domyślić dość szybko. 3/10

Odcinek 21, Rozbieżności – serio? Serio?! Tego odcinka nie da się inaczej streścić, niż – Carol gotuje zupę i poluje na szczura, a Daryl próbuje naprawić motor. Kompletnie nic tu się nie dzieje, nie dowiadujemy się niczego o tych postaciach. Jeden z najbardziej zbędnych odcinków w historii The Walking Dead. 1/10

Odcinek 22, Oto Negan – no i na deser zdecydowanie najlepszy odcinek z tych sześciu dodatkowych. Fakt, nigdy nie ukrywałem, że jestem wielkim fanem Jeffreya Dean Morgana i jego interpretacji Negana, to na pewno jakoś rzutuje na mój odbiór. Tym niemniej dostajemy tu kawał historii z przeszłości Negana, w przeciwieństwie chociażby do epizodu, o którym pisałem przed chwilą, autentycznie wnosi to coś do patrzenia na tę postać. Z jednej strony można zobaczyć w nim zupełnie inną osobę, potrafiącą kochać, wrażliwą, dbającą o swoją żonę, mającą w sobie też strach i wątpliwości, z drugiej nie ma wątpliwości, że gdzieś tam cały czas siedzi też facet gotowy do rozwalania ludziom głów kijem baseballowym. Jeffrey Dean Morgan świetnie zagrał wszystkie te aspekty, odcinek miał klimat i tempo, jako jedyny w ogóle nie nudził. Wciąż pozostaje kilka pytań o to, jak Negan stał się tym Neganem, którego poznaliśmy pod koniec szóstego sezonu, ale i tak wiemy o nim zdecydowanie więcej. No i jego konflikt z Maggie zapowiada się chyba najlepiej z jedenastego sezonu. 8/10

Podsumowując więc, sezon 10 C The Walking Dead to w sumie dość typowy poziom tego serialu. Jeden odcinek naprawdę dobry, jeden niezły, jeden przyzwoity, dwa bardzo słabe i jeden beznadziejny. Poza epizodem 22 całą resztę spokojnie dałoby się upchnąć w jakąś godzinę, zamiast ponad trzech. Ba, są tu takie momenty, że na luzie można jednocześnie gotować obiad albo sprzątać, bo i tak nic nam nie ucieknie i nic nie stracimy. Na dobrą sprawę spokojnie można sobie odpuścić te sześć bonusowych odcinków. Może poza tym z Neganem.

PS Premiera sezonu 11 została zapowiedziana na 22 sierpnia.

Tagi: FOX Jeffrey Dean Morgan recenzja recenzja serialu serial The Walking Dead Walking Dead zombie

The Walking Dead (2010), sezon 10 C – recenzja, opinie o serialu (FOX).
  • + Odcinek 22 i Jeffrey Dean Morgan;
  • + Odcinek 19 też całkiem niezły
  • - Reszta odcinków albo słaba, albo beznadziejna, nic nie wnosząca i nudna
4.5
Jędrzej Dudkiewicz
Jędrzej Dudkiewicz Dodatkowe odcinki 10 sezonu The Walking Dead w większości, poza ostatnim, można sobie bez żalu odpuścić.