Krzysiek Kalwasiński Krzysiek Kalwasiński 21.02.2021
NieR Automata jest świetne, ale nie jest najlepszą grą Yoko Taro
2048V

NieR Automata jest świetne, ale nie jest najlepszą grą Yoko Taro

NieR: Automata nie ma łatwej historii. Nie mówię nawet o tym, że samo powstanie tej gry było mocno zaskakujące. Trudno jest w jednym zdaniu opisać, co kryje się za tym tytułem, ale taki już urok gier, nad którymi pieczę sprawował Yoko Taro. Spośród wszystkich, które stworzył, omawiany tytuł jest najpopularniejszy, ale niekoniecznie najlepszy.

Pewnie większość z Was jest w jakimś stopniu świadoma (przynajmniej w tej chwili), że Nier Automata nie jest pierwszą odsłoną należącą do tej serii. Jest nią NieR (wydany u nas jako Nier Gestalt, a w Japonii jako Nier Replicant), które pojawiło się pierwotnie na PlayStation 3 i Xbox 360. Różne tytuły przeznaczone na odmienne regiony nie są przypadkowe. Jako gracze z Europy, wraz z niemal całą resztą świata, otrzymaliśmy historię ojca, który walczy o życie ciężko chorej córki. Z kolei w japońskiej wersji, gracze mogli wcielić się w młodego chłopaka, który wychodził z siebie, aby uratować równie chorą siostrę. Było to oczywiście coś więcej niż zmiana kosmetyczna. Podyktowana była z kolei tym, że japońscy deweloperzy byli przekonani, iż reszta świata nie będzie zainteresowana grą o młodym i pięknym chłopcu i znacznie chętniej wcieli się w ojca.

Nie jest jednak tak, że Nier samo w sobie jest osobnym bytem. To gra, która wywodzi się z innej serii, a dokładniej mówiąc jednej gry. Jest nią Drakengard wydane na PlayStation 2 w 2003 roku. Obie serie toczą się w tym samym uniwersum i w zasadzie całkiem sporo je łączy - żeby jednak o tym wiedzieć, trzeba całkiem mocno poszperać w samych grach jak i poza nimi. Pierwsza gra stworzona przez zespół Taro Yoko nie była wielkim hitem. Przyjęła się jednak stosunkowo dobrze (przynajmniej jeśli chodzi o recenzje), ale głównie z uwagi na opowiedzianą historię. Sporo zarzutów natomiast padało w stronę rozgrywki, która często okazywała się toporna i nieprzyjemna, stanowiąc jednocześnie ciekawy miks lubianych gatunków.

Gdzie w tym wszystkim NieR? Taro Yoko to troll. Trzeba powiedzieć to otwarcie. Lubi zabawiać się nie tylko z graczami, ale również współpracownikami, często robiąc coś na przekór wszystkim. No ale czego można spodziewać się po człowieku, który publicznie pojawia się tylko w masce przedstawiającą postać z jego gry. Wracając do tematu samej gry, Nier powstawało początkowo jako poboczna odsłona pierwotnej serii. Jej historia kontynuowała żartobliwe zakończenie (zrobione na modłę zakończeń z udziałem UFO w grach z serii Silent Hill), które przenosiło akcję o tysiące lat w przód - ze średniowiecznych krain do współczesnego Tokio. Wraz z postępami prac, gra na tyle mocno odbiegała od pierwowzoru, że postanowiono uczynić ją osobnym projektem.

O trollowaniu ze strony Taro Yoko nie wspominam dla samej hecy. Wspomniane zakończenie powstało w tajemnicy przed najbardziej znaczącymi osobistościami pracującymi nad grą. Był to swoisty protest ze strony reżysera, który nie był do końca zadowolony z wymuszonych zmian jakie musiał wprowadzić w swojej grze. Kiedy jeden z kluczowych producentów ujrzał zakończenie, szczerze je znienawidził. Taro Yoko pokochał jego reakcję i tym samym postanowił stworzyć Nier. Żeby jeszcze chwilę zostać przy trollowaniu - wspomniane, żartobliwe zakończenie różniło się od całej gry, bo miało formę gry rytmicznej. Kiedy Taro dowiedział się, że ludzie całkiem dobrze sobie z nim radzą, w Drakengard 3 uczynił je wręcz niemożliwym do przejścia.

Krew, flaki i goła smoka

Przejdźmy do sedna. Na wstępie wspominam, że Nier Automata jest świetne, ale w porównaniu do pozostałych gier stworzonych przez tego jegomościa (oczywiście wraz z ludźmi, którzy z nim pracowali - tylko Hideo Kojima samodzielnie tworzy gry) nie wypada najlepiej. Człowiek ten ma na swoim koncie znacznie lepsze produkcje, choć niekoniecznie pod względem technicznym. Jeśli o to chodzi, Nier Automata nie ma sobie równych. Gdyby jednak spojrzeć na pozostałe elementy, przygoda 2B i 9S nieco blednie, choć to oczywiście moje odczucie - z drugiej jednak strony nie zrozumiem nigdy nikogo, kto twierdzi inaczej.

Żeby móc przedstawić swoje zdanie, muszę zacząć od początku, choć niekoniecznie tego właściwego. Przygodę z serią Drakengard zacząłem od Nier - jak na prawdziwego laika przystało. Dopiero po poznaniu tej nietuzinkowej gry, postanowiłem zapoznać się z pozostałymi dziełami człowieka w masce. Nie będę ukrywać, że była to ciężka przeprawa. Drag-on-dragoon w wielu miejscach zahacza po prostu o średniaka (choć wielu z Was powiedziałoby pewnie że crapa), tym bardziej jeśli człowiek stara się zrobić coś więcej niż zwykłe ukończenie wątku fabularnego - a gra ma przecież kilka zakończeń! Najgorsza w tym wszystkim jest walka, zwłaszcza na lądzie i co gorsza w zamkniętych pomieszczeniach, kiedy nie mamy dostępu do smoka, który może pomóc naszemu bohaterowi.

Żeby było jasne - Drakengard, tak jak wspominałem wcześniej, jest miszmaszem kilku gatunków. To produkcja zainspirowana takimi seriami jak Dynasty Warriors, Ace Combat, czy God of War. Tak, japońscy deweloperzy bardzo cenili sobie produkcję Davida Jaffe, co ani trochę mnie nie dziwi. To jeden z największych hitów dostępnych na PlayStation 2 - okrzyknięty w ten sposób w pełni zasłużenie. To, że twórcy inspirowali się takimi seriami, nie znaczy, że osiągnęli podobny poziom. Odbiegnę jednak na chwilę od tego i pokrótce przedstawię, czym jest rozgrywka w tym dziwacznym tytule. Zacznę od tego, że do czynienia mamy tutaj z wyborem misji, które możemy do woli powtarzać. Sama rozgrywka podzielona jest na kilka różnych segmentów, dlatego do dyspozycji mamy kilka różnych rodzajów misji.

W pierwotnym zamyśle chciano położyć znacznie większy nacisk na walki naziemne. Struktura PlayStation 2 okazała się dla twórców jednak nazbyt skomplikowana, dlatego musieli pójść na sporo kompromisów. Z tego też powodu sekwencje te są mocno uproszczone i nie pojawiają się tak często, jak chcieli tego deweloperzy. Niemniej, w takich fragmentach rzuceni jesteśmy na stosunkowo obszerną mapę z jednym celem: zabiciem co najmniej kilkuset wrogich żołnierzy - z czego najważniejsi są przywódcy, a reszta stanowi po prostu mięso armatnie. W międzyczasie odsłuchujemy okrzyków ginących żołnierzy komentujących mające miejsce wydarzenia.

Podczas tych sekwencji możemy wezwać na pomoc smoka, choć oczywiście musimy na to zasłużyć. Kiedy już wsiądziemy na jego grzbiet, możemy bezstresowo likwidować kilkadziesiąt żołnierzy jednym zionięciem. W tym miejscu poruszę temat innego rodzaju misji - takich, w których jedynie latamy na wspomnianym smoku. Tutaj faktycznie można wspomnieć o serii, która zaczynała jako Air Combat. Bestią sterujemy jak samolotem, a celownikiem widocznym na ekranie namierzamy kolejne cele. Zdecydowanie są to najprzyjemniejsze fragmenty gry.

Ostatnie rodzaje misji, o których powiem, są te rozgrywające się wewnątrz budynków. Z wiadomych względów likwidujemy wtedy znacznie mniejsze ilości odważnych rycerzy. Nie zmienia to jednak faktu, że są to najtrudniejsze partie gry. Głównie z uwagi na to, że zdani jesteśmy jedynie na naszą postać i nijak nie możemy liczyć na pomoc ze strony czerwonego smoka - nie wleci przecież do małej komnaty. W takich sekwencjach rozgrywają się zwykle ważniejsze dla fabuły momenty, dlatego warto się z nimi zapoznać.

Pogarda, kazirodztwo, alkohol i cenzura

Pisząc o fabule Drakengard trudno się nie rozpisać, zwłaszcza jeśli chce się powiedzieć dlaczego warto się nią zainteresować. Krótki opis początkowych wydarzeń w żadnym stopniu nie wskaże na wyjątkowość tej opowieści, bo tak samo jest z samą fabułą. Początkowe wydarzenia w żadnym stopniu nie zapowiadają tego co nastąpi później. Może więc bez większych oporów powiedzieć, że fabuła potrafi zaskoczyć i całkowicie zmienić obrany kierunek.

Sam Taro Yoko, który jest autorem całego konceptu stwierdził podczas tworzenia gry, że musi opowiedzieć coś od czego zwykle się stroni - po to, aby wyróżnić jego dzieło i bardziej zainteresować graczy. Dlatego też wśród wątków obecnych w Drakengard przewija się pedofilia, kazirodztwo, czy kanibalizm. Do tego pojawia się wiele nieprzychylnych komentarzy w stronę samego gatunku ludzkiego - ich autorem jest jedna z postaci, w tym przypadku czerwony smok. Jako ciekawostkę można wspomnieć, że scenarzystka czuła zażenowanie podczas odsłuchiwania wypowiadanych przez aktorów kwestii. Nie dlatego, że były kiepsko napisane, ale właśnie przez ich charakter.

Opowieść zaczyna się w samym środku walki. Jej bohaterem jest Caim, który stara się odpędzić wrogie imperium chcące uprowadzić tak zwaną boginię pieczęci - istotę, od której zależy utrzymanie równowagi w świecie gry. Bez niej ludzkość czeka zagłada. Wspomnianą istotą jest Furiae będąca siostrą Caima. W trakcie bitwy bohater zostaje fatalnie raniony, ale nie powstrzymuje go to od dziesiątkowania wrogiej armii. Wkrótce, na dziedzińcu zamku trafia na smoka, który podobnie jak on, bliski jest śmierci. Jedynym ich ratunkiem jest przyjęcie paktu, dzięki któremu wspólnie będą mogli stanąć do walki. Caim musi jednak zapłacić wysoką cenę za przyjęty pakt - nasz bohater staje się niemy, dlatego też jego kwestie usłyszymy tylko na samym początku opowieści.

Jak widać nie zapowiada się to super imponująco. Można powiedzieć, że to kolejna opowieść o ratowaniu świata. Swoje zdanie można jednak zmienić po tym jak zapoznamy się z dalszymi wydarzeniami i nieco wnikniemy w przedstawioną historię. Nie będę jednak pisać, że pod tym względem pierwsze dzieło Taro Yoko przebija jego ostatnie dokonanie, czyli Nier Automata. Nie przebija go pod żadnym względem, tym bardziej że w wersji europejskiej zostało dość znacząco ocenzurowane. Niemniej, w tym akapicie chcę powiedzieć, że przez późniejsze lata autor stał się po prostu lepszy w tym co robi.

Już wyżej powiedziałem, że trudno zachwycać się rozgrywką zaproponowaną w Drakengard. To ciekawe połączenie, ale w tym przypadku jest niestety średnio wykonane. To samo tyczy się muzyki, którą słyszymy więcej. Wśród inspiracji wymienianych przy komponowaniu jej pojawia się death-metal, co może wydawać się dziwne, bo utwory, które słyszymy to coś co podpada pod symfonię. Powyższe porównanie ma jednak sens, jeśli zwrócimy uwagę na konstrukcję samych utworów oraz jej charakter. Brzmienie na pewno ciekawe, ale sam wolę zdecydowanie to co zaprezentowane zostało w późniejszej odsłonie.

Tagi: NieR: Automata Platinum Games Square Enix

Przejdź do strony