Przemysław Ścierski Przemysław Ścierski 08.09.2010 15:09
Ratchet & Clank: A Crack in Time
420V

Ratchet & Clank: A Crack in Time

xxxxx

Tak, jestem jednym z nich. Śledzę wiadomości na temat wszystkich nextgenowych hitów i większość z nich w końcu wkładam w paszcze swojej konsoli, ale to zapowiedzi nowej odsłony Ratcheta i jego blaszanego plecaka sprawiają mi większą radość. Należę do pokolenia wychowanego na poczciwym szaraku i jego nieślubnej córce, dlatego ekskluzywne serie na konsolach Sony to mój, że tak się wyrażę, konik. Dziesiątki godzin spędziłem przy pierwszej odsłonie Ratchet & Clank (to było, matko... Osiem lat temu!), zarywając wszystkie możliwe popołudnie i zamartwiając mamuśkę zestawem "karabinów" w dzienniku. Śledziłem ich zmagania z Protopetami, wspólnie powstrzymaliśmy Doktora Nefariousa przed eksterminacją wszystkich organicznych form życia, wygraliśmy mordercze Dreadzone, zaliczyliśmy dwa romanse z PSP, następnie zaś przesiedliśmy się na nową generację i poznaliśmy tajemnicę nagłego zniknięcia rasy Lombaxów. Tak... Mogę śmiało napisać, że jestem "fanbojem", skoro bohaterów traktuję już jak dobrych kumpli. Dlatego premiera siódmej pełnoprawnej gry z uszatym w roli głównej szybko uświadomiła mi, że to nie Modern Warfare 2 podłożę sobie pod choinkę.

 

A Crack in Time zaczyna się dokładnie tam, gdzie pozostawiło nas pirackie Quest for Booty. Ratchet, pokonawszy Tachyona, istotę odpowiedzialną za śmierć jego ojca, wyrusza do innej galaktyki w poszukiwaniu Clanka. Wie jedynie, że zagraża mu sam Nefarious, dlatego musi działać szybko. Z braku lepszych opcji, zmuszony jest współpracować z galaktycznym "herosem", Quarkiem ("45% siły, 60% odwagi i 10% surowej inteligencji!"), jednak niebawem spotka... Lombaxa, ostatniego ocalałego przedstawiciela ich gatunku (swoją drogą, o Angeli z "dwójki" też wspomina się w A Crack in Time, a samo Insomniac twierdzi, że bardzo prawdopodobny jest jej powrót w następnej części), który zna sposób nie tylko na odzyskanie Clanka... I tyle, bez zbytniego spoilerowanie fabuły. Ta, jak na serię przystało, prezentuje wysoki poziom i większą dawkę zabawnych sytuacji niż ostatnio. Przymusowe spotkania z kapitanem Quarkiem bawią równie mocno, jak kilka lat temu w Up Your Arsenal, ale liczbę znajomych postaci znacznie ograniczono. Niestety, jeżeli tęskniliście za Helgą, albo Big Alem, na otarcie Waszych łez pozostaje jedynie... Doktor Nefarious?! Tak! Najzabawniejszy czarny charakter w historii gier komputerowych powraca i nie obędzie się bez skrzykliwego "Anihilate them!" i przekomarzania się z Lawrence'em, blaszanym kamerdynerem. Z całą radością oznajmiam wszem i wobec, że A Crack in Time to najzabawniejsza część serii od czasów genialnej "trójki". Wszystko ocieka ironicznym poczuciem humoru, żeby wspomnieć na przykład stacje radiowe, których możemy słuchać podczas wędrówek statkiem kosmicznym. Jedną z nich prowadzą piracki kapitan Slag i majtek Rusty Pete (antagoniści z Quest for Booty). Pozwolę sobie przytoczyć dialog: "- A teraz specjalny utwór dla naszego słuchacza, Ratcheta! ...Zaraz, Pete, czy my nie próbowaliśmy go zabić? - Zgadza się, kapitanie! - Mały ten świat, Pete. Zaiste mały ten świat..."

 

Zaraz, zaraz, podróże kosmiczne? Tak, to jedna z nowości w serii. Zamiast mapy galaktyki i listy planet do wyboru, dostajemy swoiste warp roomy, w postaci kosmicznych sektorów, po których możemy się dowolnie poruszać. Dzięki temu dostajemy kilkadziesiąt asteroid do zwiedzenia, czyli takich malutkich planet z własną grawitacją, które obiec można w kilka sekund. Ukryte są na nich wszelkie znajdźki, jednak to przyjemn odskocznia, nastawiona głównie na wyzwania platformowe. Motyw nie odkrywczy, bo stanowiący rozwinięcie patentu z "dwójki" na PS2 i zgapkę z ostatnich gier o wąsatym hydrauliku, ale przyjemnie wydłużający czas gry. Do nowości zaliczyć możemy jeszcze manipulowanie czasem podczas gry jako Clank. Wielokrotnie przyjdzie nam zmierzyć się z zagadkami logicznymi, które potrzebować będą nagrywania swoistych "klonów" i takie ich rozstawienie w czasie, aby otworzyć przejście. Podam przykład. Mamy do dyspozycji cztery "nagrywarki". Jeżeli staniemy na jednej, mamy niepełną minutę takiego "nagrywania". Naszego klona następnie możemy "odtworzyć" i zrobi dokładnie to, co my, kiedyśmy go "nagrywali". Używamy niebieskiego klona, którym wbiegamy na przycisk otwierający komorę z kolejnym guzikiem. Ten zaś jest jednym z dwóch potrzebnych do wydostania się z lokacji. Teraz "nagrywamy" swoją zieloną kopię, czekamy aż kolor niebieski otworzy nam komorę i wbiegamy do środka. Teraz wracamy do pierwszego "klona", jeszcze raz pomagając zielonemu w wejściu do komory, a następnie podnosimy windę prowadzącą na wyższy poziom. Zaczynamy nagrywać naszą żółtą kopię, czekamy grzecznie aż poprzednie dwie się dogadają i wchodzimy na windę, którą podnosi dla nas kolor niebieski i stajemy na kolejnym przycisku. Drzwi do wyjścia stoją otworem, a żeby z nich skorzystać, zaczynamy "nagrywanie" czerwonego "klona", który stoi jedynie pod drzwiami wyjściowymi i czeka aż jego koledzy odwalą za niego całą brudną robotę. Spróbujcie sobie wyobrazić, jakie zagadki są możliwe przy takim pomyśle. I uwierzcie mi, że do rozwiązania kilku z nich potrzeba zaprawdę rozgrzać swój umysł. Miodzio. Już Tools of Destruction wyrywało kapcie z nóg i miażdżyło genitalia swoją oprawą. Najnowsza odsłona przygód uszatego stanowi malutki krok do przodu w tej kwestii i wygląda naprawdę fenomenalnie. Zróżnicowane lokacje raz po raz powalają swoim pięknem, czy to ośnieżona baza Nefariousa, czy też pustynne miasto rasy Vullard. Dziwi mnie, że twórców, po tylu grach z serii, wciąż stać na oryginalność i pomysłowość. Do przodu przemy równie mocno z chęci poznania nowych terenów, co poznania kolejnego "genialnego" i "pomocnego" planu kapitana Quarka. Grafika to istny majstersztyk, tym razem porównania do filmów animowanych Pixara są jak najbardziej na miejscu.

 

O muzyce z drugiej strony ciężko cokolwiek napisać. Gdzieś tam pyka sobie w tle, aby nie było za cicho, ale idzie jej to dosyć opornie. Zresztą, "pochwalić" się tym może prawie każda pozycja od Insomniac. Nawet leciwe odsłony Spyro na PSXa przynudzały nijaką oprawą muzyczną. Nowy Ratchet po raz kolejny dostarcza nam tonę wymyślnych pukawek do eksterminacji przeciwników i pod tym względem księżycowa ekipa znowu zaskakuje. Z poprzednich odsłon powraca miotana kula dyskotekowa, zmuszająca wszystkie poczwarki do naśladowania młodego Travolty i Mr. Zurkon, czyli robot - ochroniarz o sadystycznym charakterze ("Please, let Mr. Zurkon kill you"). Po raz pierwszy zaś pobawimy się miotaczem czarnej dziury, z której wychylą się macki bardzo głodnego monstrum z innego wymiaru, shotgunem w postaci... pulchnej żaby o wzdęciach (musimy tak wymierzać strzały, aby płazidło było akurat pełne powietrze, a beknięcie powali przeciwników), elektrycznymi kulkami sterowanymi wychyleniami pada i piłami tarczowymi, które niczym jojo powracają do właściciela, kosząc wszystko po drodze. Nie zabraknie także kolejnej wersji "najbardziej nielegalnej broni we wszechświecie", czyli kultowego RYNO, które tym razem jest tak niedorzecznie potężne, że aż... nieużyteczne. Kolejny plus dla Insomniac.

 

Rozpływam się w morzu pochwał, ale nowy Ratchet & Clank ma także kilka malutkich rysek. Po pierwsze, skoro pozostawiamy najlepsze elementy z poprzedniej odsłony, dlaczego zabrakło megaefektownych strzelanek na szynach w przestrzeni kosmicznej? Te obecne tutaj to nudne nawalanie do malutkich stateczków; nudne na tyle, że możliwe do ominięcia. Po drugie, gra mogłaby być trochę dłuższa. Planet jest, no, tak na oko, o dwie za mało, logicznych zagadek z "nagrywaniem" Clanka również. To jedna z najkrótszych odsłon serii, co po raz kolejny przybliża ją do "trójki". No i po trzecie wreszcie, dlaczego nie możemy częściej spotykać Doktora Nefariousa?! Słucham..? Ma być grywalną postacią w następnej części? OK, cofam zarzut. Wnioski są widoczne gołym okiem, A Crack in Time to najlepsza nextgenowa odsłona tej wspaniałej serii. Pod wieloma względami przypomina mi "trójkę" na PS2, co prowadzi do ciekawego pytania. Skoro Tools of Destruction to nextgenowa "dwójka" (to już temat na inną recenzję), omawiany A Crack in Time "trójka", to czy nadchodząca, zapowiedziana na rok 2011 odsłona pobije wszystkie i stanie się peestrójkową "jedynką"? A zresztą, nawet jeżeli nie, preorder założę. Dla Ratcheta zawsze warto!

 

zalety:  fenomenalna oprawa; po raz kolejny dużo nowości; Doktor Nefarious!

wady: krótka

ocena: 9

Tagi:

Nie przegap