Nostalgiczny powrót do przeszłości - recenzja gry Tormented Souls

BLOG RECENZJA GRY
451V
Nostalgiczny powrót do przeszłości - recenzja gry Tormented Souls
Cayde-6 | 19.04, 20:14

Pytanie za sto punktów: jak zrobić grę kiedy nie ma się budżetu? Czy lepiej porwać się z motyką na słońce i spróbować zmierzyć się z dużą produkcją? Czy może lepiej zrobić kwadratowego indyka i liczyć że ludzie wkręcą się w „artyzm”? A może znaleźć sobie nisze w której czujemy się dobrze, zainwestować to co mamy w rzeczy na których się znamy i delikatnie olać resztę? Na to pytanie najwidoczniej musieli sobie odpowiedzieć ludzie z zespołu Dual Effect i o borze zielony, jak dobrze że wybrali tak jak wybrali. 

Z trendami w świecie gier jest tak samo jak z każdymi innymi: przychodzą i odchodzą. Mamy czasową modę na dany gatunek, po czym ten po paru latach znika kompletnie, schodzi do całkowitej niszy bądź przechodzi renesans, zmieniając swoje założenia i zasady. Dokładnie tak stało się z gatunkiem survival horrorów. Za czasów świetności PS1 i PS2 były to gry które – i mam nadzieję że nie przesadzam mówiąc to – rządziły rynkiem. Moda rozpoczęta przez Resident Evil (tak, wiem że to nie RE był pierwszy, ale jednak początku popularności „przygodówek ze strzelaniem” można się doszukiwać właśnie w pobliżu premiery gry Capcomu) trwała całe lata i przyniosła tony fenomenalnych tytułów. Wspomniana seria Resident Evil, Silent Hill, Kuon, Haunting Ground, nawet kupsztale pokroju Countdown Vampire. Każdy chciał mieć swojego survivala. Z czasem jednak tendencja zaczęła się zmieniać. Horrory przestały straszyć klimatem a zaczęto coraz mocniej inwestować w jump scare moments, po to aby jutubowi streamerzy mogli podrzeć ryja do kamerek. Gameplay zbudowany na powolnej eksploracji i zarządzaniu ekwipunkiem poszedł w odstawkę na rzecz symulatorów chodzenia a walka nierzadko została całkowicie z gier wyrzucona. Nawet największe serie które budowały sukces gatunku musiały kombinować jak się w nowych realiach odnaleźć: Resident zaczął romansować z akcją (zanim wrócił do trochę bardziej klasycznych rozwiązań w części 7 i 8), Silent Hill próbował swoich sił w otwartym świecie, po czym poległ całkowicie itd. Jako że wielcy wydawcy postanowili coraz bardziej się od korzeni odciąć, świat fanów dobrego horroru zaczął zerkać w stronę twórców niezależnych. I po serii kolejnych średniaków pokroju Daymare 1998, w końcu pojawiła się nadzieja: opisywany w tym tekście Tormented Souls. Nie ukrywam, że śledziłem grę od samego początku, jarałem się każdym tweetem na jej temat, każdym fragmentem gameplayu. A jak gra w końcu wyszła to utonąłem na solidne kilka godzin. Bo wierzcie lub nie, dawno nie miałem takiego ataku nostalgii i chyba od lat nic nie sprawiło że poczułem się znów jak w latach 90-tych.

Fabuła gry jest dość prosta w swojej konstrukcji. Wcielamy się w Caroline Walker, młodą dziewczynę, która wiedzie sobie sielskie życie w ładnym domku na przedmieściach. Jej spokój przerywa jednak tajemniczy list zawierający zdjęcie dwóch dziewczynek, które rzekomo zaginęły w starej willi, służącej obecnie za szpital. Męczona koszmarami dziewczyna postanawia udać się do wspomnianej willi żeby rozwiązać zagadkę owego zaginięcia, ale przy okazji dowiedzieć się też czegoś o sobie i swoim pochodzeniu. Fabuła tej gry jest… dziwaczna. Z jednej strony zapowiada się na dość prostą historyjkę, z drugiej jednak zawiera w sobie naprawdę sporo przeróżnych wątków. Mamy motyw naszej głównej bohaterki i jej rodziny, mamy wątek koszmarnego szpitala, w którym ludzi… no, niekoniecznie leczono, mamy również nawiązania do starych legend i kultów odradzających się za sprawą swoich fanatycznych wyznawców. Nie sama fabuła jest tu jednak najciekawsza, a sposób jej prowadzenia. Podobnie jak w grach typu Resident Evil, to co dostajemy na pierwszym planie jest tylko skrawkiem całości. Reszty musimy się dowiedzieć z porozrzucanych po obiekcie dzienników i notatek. To właśnie z takich tekstów dowiadujemy się całego backstory i nadajemy kontekst do wydarzeń które dzieją się na naszych ekranach. A notatki są to przeróżne: karty pacjentów, dzienniki lekarskie (czy ogólnie pracowników kompleksu), stare księgi z legendami itd. I mimo że sama fabuła pod koniec trochę się gubi i zmierza w totalnie pokręcone motywy (moim zdaniem troszkę za bardzo poszli w absurdalne supernatural) to jej śledzenie i samodzielne sklejanie wątków naprawdę sprawia sporo frajdy.

No dobra, ale jak w to się w ogóle gra. Jak w nieślubne dziecko Silent Hill i Resident Evil. Dosłownie, tu nie ma jak inaczej tego opisać, bez uciekania się do bezpośredniego porównania z klasykami. Twórcy doskonale wiedzieli na czym się wzorować i ślady tych inspiracji są aż nadto widoczne. Mamy klasyczny rzut trzecioosobowy ze statycznie porozstawianymi kamerami, mamy powolną eksplorację mapy w kształcie „kostki”, gdzie rozwiązując kolejne zadania i znajdując klucze otwieramy sobie coraz to nowsze skróty i przejścia. Ot survival horror żywcem urwany z lat 90-tych. Zgodnie z tymi obumarłymi trendami, mamy również walkę. Ta jest baaardzo toporna i pewnie niejeden gracz będzie się drapał po głowie, jak coś takiego w ogóle dopuszczono do użytku. Potwory poruszają się ślamazarnie ale i nasza postać jest bardzo mało ruchliwa i wątła. Ostatecznie ma nas to zachęcić do grania w sposób ostrożny, do unikania konfrontacji z przeważającymi siłami wroga czy do uważania żeby nie dać zagonić się w kozi róg. Do pary z toporną walką idzie również zarządzanie wiecznie niewystarczającymi zasobami. Broni mamy mało, amunicji jeszcze mniej, co dodaje kolejną warstwę taktyki przy walkach. Produktem deficytowym są również wszelakie środki leczące i apteczki, także każda średnio udana potyczka może nas zostawić osłabionych na kolejne etapy. I mimo że w późniejszych fragmentach gry amunicji jest zauważalnie więcej, to nigdy nie ma jej na tyle żeby szarżować sobie bezpośrednio na każdego przeciwnika. Zwłaszcza że i ci z czasem stają się silniejsi, pojawiają się nowe gatunki maszkar i duchów itd. To jest dosłownie konstrukcja rozgrywki przypominająca 1:1 pierwszego Residenta. O ile jednak sama mechanika walki i rozgrywki ma swoje uzasadnienie, o tyle zauważalnym minusem są walki z bossami. Tych jest stosunkowo mało, są nieciekawe i wręcz zrobione na siłę. Nie żeby klasyczne survivale jakoś specjalnie pod tym względem błyszczały, ale jednak tutaj twórcy mogli zaczerpnąć bardziej ze współczesnych rozwiązań.

Na osobny akapit zasługują zagadki. Moim zdaniem to jedne z najlepiej zaprojektowanych i zrealizowanych łamigłówek w historii gatunku. Oczywiście mamy do znalezienia tonę kluczy, przełączników czy innych statuetek, ale co jakiś czas spotykamy na swojej drodze zagadki przy których będziemy musieli trochę pogłówkować. Spora część z nich będzie od nas wymagać tylko spostrzegawczości, inne logicznego myślenia, jeszcze inne przetestują naszą pamięć. Są nawet takie które wymagają pewnej dozy wiedzy z otaczającego nas świata (zagadki z szyframi w drzwiach) czy nawet z historii informatyki (moim zdaniem przegenialna zagadka ze zgrywaniem kodów dostępowych na dyskietkę). I mimo że pod koniec gry niektóre problemy zdają się być nie do rozwiązania i czasami bazują na metodzie prób i błędów, to ostatecznie chyba każdy z nich da się rozwiązać po prostu myśląc i kombinując. Naprawdę, wszelakie Silent Hille przechodzę średnio raz w roku i takiego poziomu zagadek jak w Tormented Souls nie widziałem od lat. Jeśli na to poszedł cały budżet produkcji to bez wątpienia było warto :D

No i po tych wylewach superlatywów pora na odrobinę krytyki. O ile pod względem samego projektu czy ogólnie pojętej wizji grze nie można niczego zarzucić, o tyle pod względem technologii jest co najwyżej średnio. Sama grafika jeszcze robi robotę, oświetlenie jest bardzo dobrze zrobione, lokacje są bogate w detale i naprawdę ładnie zaprojektowane, jednak na tym koniec plusów. Animacje postaci są tragiczne i przypominają raczej czasy przełomu generacji PS2 i PS3. Design i sposób poruszania się przeciwników powoduje raczej salwy śmiechu aniżeli jakiekolwiek odruchy lękowe. Pod względem technologii jest bardzo przeciętnie i widać ogromne braki w budżecie i doświadczeniu twórców. Podobnie ma się sytuacja z oprawą dźwiękową. Sama muzyka jest spoko. Nastrojowa, klimatyczna, dobrze buduje nastrój. Do tego mocno utrzymana w klimatach – a jakże! - horrorów lat 90-tych, więc mamy sporo ambientu i klawiszowych, spokojnych melodii. Gorzej sprawa ma się natomiast z resztą udźwiękowienia. Voice acting jest naprawdę tragiczny (chociaż w sumie, tutaj się zacząłem w pewnym momencie zastanawiać czy to nie jest czasem zabieg celowy, w końcu taki Resident Evil też dość ostro jechał z dialogami na poziomie horrorów klasy Z), odgłosy przeciwników są śmieszne i zapętlone w kółko itd. Ogólnie widać że twórcy co mogli to łatali designem i podejściem artystycznym, jednak z perspektywy czysto technologicznej to stany naprawdę mocno średnie.

 

I teraz największy problem jaki mam w tym tekście: jak taką grę ocenić. Z jednej strony to produkcja na poziomie mocno średnim, odstająca technologicznie od dzisiejszych standardów i z ewidentnymi brakami w budżecie. Z drugiej natomiast, to jest żywa laurka postawiona grom z gatunku do którego się zalicza. To nie jest byle indyk, zrobiony na próbę czy z ciekawości. To produkcja w 100% świadoma tego czym jest i do kogo celuje. To gra w której twórcy doskonale zdają sobie sprawę z tego co robią i dla kogo. Zdają sobie sprawę z własnych ograniczeń, jednocześnie czują klimat jak nikt inny od wielu, wielu lat. I patrząc z tej perspektywy, po prostu nie mogę jej dać niskiej oceny. Byłoby to po prostu krzywdzące. Jednak pamiętajcie że to jest jeden z tych koronnych przykładów „gry nie dla każdego”, jeśli nie pływaliście w tych tematach 20-30 lat temu to pewnie się odbijecie srogo. Ja natomiast bawiłem się wyśmienicie i pewnie powrócę nie raz, wrzucając Tormented Souls pomiędzy inne, powtarzane co roku klasyki gatunku.

Ocena - recenzja gry Tormented Souls

Atuty

  • Do bólu klasyczny survival horror (dla fanów gatunku)
  • Naprawdę dobry design poziomów i lokacji
  • Genialnie wymyślone zagadki
  • Sposób prowadzenia historii
  • Artystycznie naprawdę ładna i klimatyczna
  • Całkiem przyzwoita (jak na gatunek) długość rozgrywki

Wady

  • Do bólu klasyczny survival horror (dla całej reszty)
  • Technologicznie mocno zacofana
  • Fabuła w pewnym momencie skręca w bardzo dziwne strony
  • Słabe pojedynki z bossami
Avatar Cayde-6

Cayde-6

Tormented Sous to żywa laurka postawiona survival horrorom z lat 90-tych. Gra mechanicznie toporna, technologicznie zacofana ale jednocześnie pełna oddania i serca, wierna trendom które stara się odtworzyć i fanom dla których jest tworzona. Jeśli nie czujesz tego klimatu to można odpuścić, ale jeśli tęsknisz za klasycznymi Residentami to w nic lepszego obecnie nie zagrasz.
Grałem na: PS5

14

Komentarze (27)

SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych

cropper