Mała wieś pośrodku niczego

May__Day May__Day 16.06.2021, 16:00
Po kolana w śniegu
278V

Po kolana w śniegu

Stwierdzenie: „dodatek lepszy od podstawki” jak najbardziej na miejscu.

The Frozen Wilds to DLC do Horizon Zero Dawn, wprowadzające do gry nowy, zimowy obszar, zadania, sprzęt, znajdźki oraz maszyny, większe i groźniejsze niż kiedykolwiek.

Akcja rozszerzenia rozgrywa się na niedostępnym dotychczas terenie plemienia Banuków, zwanym w oryginale The Cut, co polscy tłumacze przełożyli jako Kraj.

Nawiasem mówiąc, przy polskim tłumaczeniu gry odwalono kawał dobrej roboty. Thunderjaw = gromoszczęk. Glinthawk = jastrząbłysk. Strider = biegun. Szapoba!

Po co się w ogóle udajemy do Kraju? Nie pamiętam. Przyjąłem to zadanie gdzieś po dwudziestu godzinach gry, a wróciłem do niego w okolicach pięćdziesiątej, po ukończeniu głównego wątku. Oś fabularna dodatku kręci się wokół dziczejących (ale inaczej niż wskutek Skażenia) maszyn.

Jak przebiegła ekspedycja na Grzmiącą Górę (Thunder’s Drum)? Czym jest tajemniczy Daemon? Skąd wziął się Sylens? Na te oraz inne pytania znajdziemy odpowiedź w trakcie grania.

The Frozen Wilds to taka miniaturka podstawowej wersji gry. Rozgrywka nie uległa zmianom - i dobrze. Lwią część czasu poświęcimy eksploracji oraz walce z maszynami, zdarzą się też zadania poboczne. Mamy również nowe wyzwania łowieckie, obóz bandytów do zdobycia oraz zestaw znajdziek porozrzucanych po tundrze.

 

Na obrazku zardzewiały Żyraf.

Na obrazku zardzewiały Żyraf. Z jednej strony sporo to mówi o ekstremalnym klimacie tego miejsca, z drugiej – jak takie zaawansowane maszyny mają prawo rdzewieć?!

 

Prawdę mówiąc, podobała mi się ta zimowa część świata gry. Jest to bez wątpienia surowy, lecz przy tym przepiękny kawałek świata. Z wszechobecną bielą kontrastują kolorowe gorące źródła, których nazwy nie pamiętam, choć wiem, że je widziałem w podręczniku do geografii parę lat temu.

Trzeba było uważać na lekcji, a nie myśleć o tym, gdzie sobie postawić chałupę w Minecrafcie.

Poza tym jak w grze pada śnieg, klimat robi się magiczny. W dużym skrócie – efekty cząsteczkowe wbijają w fotel. Popatrzcie sobie na screeny, a potem wyobraźcie sobie to wszystko w ruchu.

A kiedy już popodziwiałem sobie widoczki, nadeszła pora na walkę. Ta stała się dużo trudniejsza, gdyż pojawiają się nowe maszyny.

Scorcher to taki duży metalowy szakal z wyrzutnią min na grzbiecie. Dosyć szybki, walka w zwarciu nie jest opcją. Warto za to zainteresować się tą wyrzutnią i odstrzelić ją.

Z frostclawem sprawy mają się zgoła inaczej, bo ten stalowy niedźwiedź jest wielki, wredny i wytrzymały. Dobrze jest unieruchomić dziada i przycelować w baterie na zadzie lub rozwalić sakwy z mroźną cieczą.

Najcięższa jest trzecia maszyna, ale nic Wam o niej nie powiem, żeby nie psuć Wam radości przy pierwszym spotkaniu. Sam jednak wolałbym stoczyć walkę z dwoma gromoszczękami naraz. Albo ze stadem długonogów. Ale nie z tym czymś.

 

Guerilla, kaman!

W grze można uchwycić pewnie z 2020 pięknych widoków, a na ekranie ładowania oglądamy sobie coś, co wygląda jak kadr z ponurego Tomb Raidera z 2013. Guerilla, kaman!

 

Poziom trudności wzrósł znacząco względem podstawki. Przed wyruszeniem w drogę należy zebrać drużynę polecam zaopatrzyć się w starożytną zbroję i zdobyć broń Loży łowieckiej. Bez nich co prawda zapewne też da się grać, lecz dla mnie balansowałoby to na granicy dobrej zabawy.

Dość powiedzieć, że nowy teren łowiecki w The Frozen Wilds to jeden z najcięższych etapów w grach, jakie znam. Do jednego z wyzwań (dla wtajemniczonych – Próba Wodza) podchodziłem chyba z pięć razy, zanim wreszcie zdobyłem złoty medal.

Podczas rzeczonej próby wykorzystałem absolutnie WSZYSTKO, czego można było się nauczyć w trakcie grania. Skorzystałem nawet ze zrzucania kłód drewna na stojące poniżej maszyny. Wtedy też zaprzyjaźniłem się z eliksirami chroniącymi przed ogniem i mrozem.

Za to po przejściu tej próby satysfakcja jest iście nieziemska. Co najlepsze, nawet po jej ukończeniu nie mogłem powiedzieć, że opanowałem grę. Czy jest trudniejsze wyzwanie w grze? Chyba nie, ale łatwe też nie jest.

 

Chwalę się!

Chwalę się! Właśnie w tej epickiej, niesamowitej, zapierającej dech w piersiach chwili zdobyłem platynę.

 

Poza naprawdę wymagającą walką na plus mogę spokojnie zaliczyć warstwę fabularną gry. Składa się na to wiele czynników.

Po pierwsze – dla mnie najważniejsze – znacząco poprawiono mimikę postaci. Nagle aktywowały się mięśnie w okolicach oczu, dzięki czemu uśmiechy wreszcie wyglądają naturalnie.

Poza tym postacie nie są już wmurowane w posadzkę, tylko dreptają, czasem przestępują z nogi na nogę. Raz czy dwa nawet jedna klepnie drugą po ramieniu albo poda komuś przedmiot w rękach! W większości gier kamera sprytnie ukrywa takie szczegóły.

Dzięki temu NPC-e wypadają dużo naturalniej. Nie będzie przesadą stwierdzenie, że przechodząc ten dodatek spotkałem więcej ciekawych postaci niż w podstawce.

Poza tym jest jeden dialog pod koniec, który zapamiętam na długo, gdyż nasunął mi skojarzenia… z pierwszym Mass Effectem. Jednak to już zasługuje na ostrzeżenie przed spoilerami. Te są – jak zwykle – na końcu wpisu*.

 

Wulkan wulkanem, ale spójrzcie na te góry!

Wulkan wulkanem, ale spójrzcie na te góry! I jak słońce przebija się przez chmury. A za nimi mury. Gdzie chodzą kury… Przepraszam.

 

Dla mnie trochę szkoda, że całkowicie nie zrezygnowano z wyborów między odpowiedzią łagodną, sprytną a agresywną. Zupełnie jak w „podstawce” nie wnoszą one nic do fabuły, a byłyby to dobre momenty, w których Aloy mogłaby pokazać swój charakter. A tak, mogę o niej powiedzieć tylko to, że jest sympatyczna i nic poza tym.

The Frozen Wilds to taki kompaktowy sandbox. A w obecnych czasach, kiedy wiele gier jest największych, najdłuższych i w ogóle naj, dla mnie jest to ogromna zaleta, nie wada. Moim zdaniem dodatek ten spokojnie wybroniłby się jako samodzielna gra.

Rozszerzenie ukończyłem w około piętnaście godzin, po których miałem już tej gry trochę dość. Jednakże było tak tylko dlatego, że wziąłem się za nią zaraz po ukończeniu „podstawki”. Jednak 65 godzin w jednej grze to dla mnie trochę dużo i byłem już nieco zmęczony.

Podczas grania najbardziej ucieszyło mnie to, że twórcy gry ewidentnie wyciągnęli wnioski ze swoich błędów i niedociągnięć. Mamy ciekawsze znajdźki. Charyzmatyczne postacie. Lepszą mimikę. A gra na „bardzo trudnym” faktycznie jest bardzo trudna. Koniec końców – polecam!

A jakie były Wasze wrażenia? Jak sądzicie – dodatek lepszy od całej gry? Podzielcie się opiniami poniżej!

 

Ten wpis możesz przeczytać również na forum CD-Action.

 

 

 

 
OBIECANE SPOILERY:
* Rozmowa z AI na końcu. Klimaat! Toż to prawie jak rozmowa z Vigilem w Mass Effect. Tylko szkoda, że nie podkreśla tego muzyka podobnego kalibru, co w ME.

Tagi: DLC guerilla games Horizon Zero Dawn sandbox

Oceń notkę
+ +6 -

"AAA" yourself!
Oceń profil
+ +37 -
May__Day
Ranking: 2933 Poziom: 34
PD: 5783
REPUTACJA: 2745