Hagenda

TomHagen TomHagen 25.07.2021, 22:09
Czwarta władza
357V

Czwarta władza

Gdy dziennikarz portalu o grach poczuje, że jest ponad to, czym się zajmuje (a ja nie czuję, że rymuję).

Od dawien dawna używa się argumentu, że recenzja nie może być obiektywna, bo z samej definicji stanowi ona subiektywne zdanie autora i przedstawia tylko i wyłącznie jego opinię na temat tego, o czym pisze. Używany jest on bardzo często, szczególnie teraz - niemalże jako tarcza mająca osłonić autora przed zalewem hejtu, jeśli ośmieliłby się on niepochlebnie wyrazić na temat czegoś, co posiada/posiadać może wielu fanów. 

I nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie jeden drobny problem - że z biegiem lat dostrzec można zaobserwować fakt, że różnego rodzaju teksty (a w tym wpisie skupię się na tych związanych z gamingiem) zawierają w sobie elementy w nikłym wręcz stopniu łączące się z tematem. Komuś po prostu recenzje pomyliły się z felietonami, a argument "recenzja to opinia", choć używany wówczas przez autorów bardzo ochoczo, traci na znaczeniu gdy uświadomimy sobie, że czytelnik zapoznaje się jednak z nią po to, by dowiedzieć się mimo wszystko czegoś o recenzowanym produkcie, a nie o przekonaniach autora na tematy z nim niezwiązane.

Choroba cywilizacyjna

Niewiele brakowało, żebym ją wyłączył. Serio - miałem dość po dziesięciu minutach. Historia o rodzicach dziewczynki, którzy się rozwodzą i zostają w magiczny sposób pomniejszeni tak, by wspólnie mogli udać się na przygodę, podczas której przepracują swoje różnice i znowu będą razem? Dajcie spokój. Ludzie rozwodzą się cały czas, a drogi ich rodzin się rozchodzą. To normalna część życia i nie powinno się jej pokazywać w inny sposób. Czy w tę grę mają zagrać dzieci i wierzyć, że związek ich rodziców można było uratować? Czy rozwiedzeni rodzice mają zagrać w tę grę i poczuć się źle? To bardzo groźna koncepcja do pogrywania i żałuję, że It Takes Two to robi.

Co więcej - historia opowiedziana jest w nieznośny wręcz sposób. Córka znajduje w szkole książkę o miłości, która to książka objawia się jako jakiś wszechmocny, pełen pasji guru miłości, przesadzony wręcz terapeuta miłości dla pomniejszonych Mamy i Taty. Jedyne, co oni - czyli ty - muszą zrobić to nauczyć się znowu razem współdziałać! Odkryć na nowo pasję w sobie! Hhhhrrr. Dajcie mi wiadro, będę rzygać. Wszystko to przedstawione jako jakaś protekcjonalna, przesłodzona seminarka na temat małżeństwa wymyślona przez Cartoon Network. Z każdą kolejną scenką przerywnikową opowiadającą historię cierpi cała gra - szczególnie, gdy pojawia się w niej wspomniana wyżej książka.

- Recenzja "It Takes Two", Robert Purchese (Eurogamer), 2021

Powyższy tekst od biedy można jeszcze zaliczyć jako w pewien sposób odnoszący się do fabuły gry, z dość mocno nacechowanym jednak stanowiskiem autora na temat pewnych spraw światopoglądowych. Jednakże, w gruncie rzeczy... co to ma właściwie do rzeczy? Pomijając stawianie pewnych tez jako prawd objawionych ("[rozwód] to normalna część życia") oraz błędów logicznych (normalizowanie rozwodu jako "zdarza się" wraz z dezawuacją instytucji małżeństwa - bo ludzie którzy nie potrafią się porozumieć i szczerze się nie kochają nie powinni się przecież na taki krok decydować; to jednak problem naszych czasów, że decyzja taka jest dla ludzi równie istotna jak zeszłoroczny śnieg), to jednak autor zarzuca fabule gry - w Europie dopuszczonej przecież dla dzieci od 12 roku życia! - cukierkowatość i infantylizm przekazu.

I znów - swoboda wyrażania myśli i własnej opinii, ale czy nie jest zbyt zastanawiające, z jak otwartą niechęcią graniczącą właściwie z wrogością (teksty o "groźnej koncepcji" itd.) pisze autor na temat gry, która przekazuje prosty morał ("ludzie powinni podejmować próby porozumienia i działać wspólnie") opakowany w fabułę na poziomie disneyowskiej animacji? Kolorowa, pstrokata gra nastawiona na kooperację nie może wyrażać myśli "ludzie, współpracujcie", bo to niebezpieczne?

Autor wykorzystuje grę i jej historię do przekazania własnej opinii na temat czegoś, co go najwidoczniej bardzo boli, ale z samą grą niewiele ma wspólnego. W podsumowaniu dowiadujemy się, że gra jest w porządku, rekomenduje się ją, ale fabuła jest taka sobie. Dlaczego? Poza tym, że autor recenzji uważa, że ma w sobie "groźną koncepcję" nie dowiadujemy się niczego - dowiadujemy się natomiast więcej o przekonaniach autora, któremu - jak wspomniałem na wstępie - najwidoczniej recenzja pomyliła się z felietonem. Na wszystko jest czas i miejsce oczywiście, ale czy odpowiednim momentem na dywagacje dotyczące problemów cywilizacyjnych jest recenzja gry, która w ogóle nie aspiruje do bycia głębokim przekazem, mającym zmieniać myślenie ludzi? Można oczywiście założyć, że autor hipotetycznie mógłby napisać o czymś takim osobny tekst, ale tu pojawiłaby się przeszkoda - na stronie poświęconej gamingowi nie byłoby na coś takiego miejsca, bo słuszność bądź nie rozwodów nie jest kwestią w jakikolwiek sposób łączącą się z grami.

Czy wylewanie własnych przemyśleń o świecie w tekście, z którego próbuję się dowiedzieć, czy gra jest dobra czy nie, powinno mieć miejsce? Jak wspomniałem, przy odrobinie - ale tylko odrobinie - dobrej woli można by uznać, że autor dyskutuje z przekazem gry (nawet jeśli robi to w tak dziwny sposób). Ale co wtedy, gdy autor całkowicie i przestaje udawać, że w ogóle chodzi o recenzowanie czegokolwiek?

Kapitan Ameryka

Świat wciąż musi sobie radzić z ciężarem pandemii COVID-19. Bezrobocie w Ameryce jest znacznie wyższe niż kiedykolwiek wcześniej w historii kraju, a rozwiązań by je zmniejszyć - wciąż nie widać. Nasz system służby zdrowia to do szpiku kości zła instytucja, która zmusza ludzi do racjonowania leków ratujących życie takich jak insulina, czy też popycha ich w stronę samobójstw zamiast cierpienia z powodu nieleczonych chorób psychicznych.

Gdy to piszę, dość prawdopodobne jest, że Joe Biden będzie naszym następnym prezydentem, ale jasne jest to, że ci najgorsi wcale nie odejdą tylko dlatego, że kolejny nowy-stary biały mężczyzna będzie siedział za biurkiem w owalnym gabinecie, nawet jeśli nie będzie to inny stary biały mężczyzna. Nasz rząd jest całkowicie popsuty już od samych podstaw, konieczna jest więc zmiana w formie radykalnej, a nie jedynie stopniowych wyborów.

Brutalna prawda jest taka, że z wyżej wymienionych powodów wiele osób nie będzie po prostu w stanie kupić PS5, niezależnie od jej dostępności. Jeśli natomiast ją zakupią, obawy dotyczące coraz większej wrogości w społeczeństwie USA czy też wzmagająca się groźba powszechnej politycznej przemocy weźmie górę nad jakimkolwiek entuzjazmem wywołanym dyskiem SSD konsoli czy też tym, jak ray tracing czyni odbicia bardziej realistycznymi. Nie znaczy to, że nie możecie się z tego cieszyć - ja się cieszę, przynajmniej w jakimś stopniu - ale łączy się to z nierozerwalnym poczuciem przywileju, że jest się w stanie po prostu odłączyć na moment od rzeczywistości, podczas gdy świat staje dookoła was w płomieniach. (...) Sony oraz Microsoft wybrały sobie świetny czas na premierę swoich next-genowych konsol, nie ma co. Uważam, że PlayStation 5 jest świetnym urządzeniem, ale ciężko mi jest je polecić gdy właśnie teraz ludzie walczą o życie, mieszkając w najbogatszym kraju świata.

- Recenzja PlayStation 5, Ian Walker (Kotaku), 2021

To absolutnie nie jest żart. Oprócz tego, że tekst zawiera pochwalenie się autora, że recenzja ma ponad trzy tysiące słów, czyli więcej niż jakikolwiek tekst, który wcześniej napisał (sic!), jego recenzja PlayStation 5 podsumowana jest w takich właśnie słowach.

Oddając autorowi, co mu należne: poza okazjonalnym stwierdzeniem, że w sumie siadając do pisania nie wiedział, jak PS5 zrecenzować czy też dygresjami na temat "Diuny" i że z chęcią zobaczyłby ją w formie gry wykorzystującej możliwości kontrolera DualSense, sama recenzja zawiera dane techniczne konsoli oraz informacje, jak się ogólnie w nią gra i jakie płyną wrażenia z obcowania z nią. Mimo to, znaczną część tekstu - bo to, co widzicie wyżej, to praktycznie całe jego zakończenie - poświęca się na opisanie sytuacji politycznej w USA oraz pandemii na świecie.

Ktoś zapyta: co to ma wspólnego z PlayStation 5, urządzeniem do grania? Cóż, odpowiedzi na to pytanie nie jest chyba w stanie udzielić ktokolwiek. Najprawdopodobniej ma to być minus tego urządzenia - wiecie, jest to towar luksusowy i trudno dostępny, więc (wbrew zapewnieniom autora że nie taka była jego intencja) macie czuć się źle, że ten sprzęt posiadacie, bo dookoła umierają ludzie na wirusa nieznanego pochodzenia, a w Stanach mają miejsce protesty.

Po co coś takiego? Czy komukolwiek z was w recenzji jakiejkolwiek gry brakuje na końcu podsumowania, "ale nie kupujcie tej gry, nie wydawajcie 259 złotych (teraz w sumie już 349), bo jak się cieszyć z grania w nią, skoro w Afryce dzieci umierają z głodu, na świecie trwają wojny, a w Australii pożary"? W jaki sposób wjeżdżanie na czyjekolwiek sumienie w taki sposób ma być uzasadnione w recenzji gry czy urządzenia? Czy to wina Sony, że na świecie mają miejsce złe rzeczy? Czy są korporacją szatana, bo zaplanowali wypuszczenie swojej maszynki w 2020 roku - w roku, co do którego nikt nie przewidywał, że będzie tak zły? Czy od tego, że nie kupisz konsoli, komuś zrobi się lżej?

Wiecie, gdy się chce, to w każdy tekst można wmieszać i wrzucić wszystko - tylko powinno się chyba zadać sobie samemu pytanie przed napisaniem czegoś takiego, czy przemyślenia polityczne i rozdzieranie szat nad fatalną sytuacją na świecie powinno mieć miejsce w recenzji produktu rozrywkowego. Coraz częściej spotyka się jednak sytuacje, w których dziennikarze growi korzystają z tego typu praktyk, by bawić się właśnie w politykowanie nawet w sytuacji, która ledwo co wiąże się z grami - Kotaku, z którego pochodzi recenzja PS5, jest w tym aktualnie pionierem (zarzucając ludzi artykułami o tym, że np. Far Cry 6 - gra, w której można mieć aligatora i w której płyty CD są amunicją dla jednej z broni - to przecież głęboki polityczny manifest, albo przy okazji działań NYPD, która uruchomiła autobus z grami dla młodzieży, wysmarowuje się artykuł o tym, że policja jest najgorszą instytucją w Stanach do szybkiej likwidacji).

Myśliciel epoki

Znajdujemy się na dachu dość drogiego hotelu w Santa Monica, na pokazie prasowym zorganizowanym przez Harmonix - twórców oraz wydawców Rock Band 4. (...) Nie obchodzi mnie muzyka rockowa. Nie lubię tłumów i głośnych dźwięków. Nie chodzę na publiczne występy, chyba że są to spotkania Toastmasters, na które lubię czasem uczęszczać razem z grupą księgowych, nauczycieli i świrów nastawionych na rozwój osobisty.

Słuchajcie - czasami w tej pracy trzeba pisać o grach, które guzik nas obchodzą. Grałem trochę w Guitar Hero z dziesięć lat temu i uważałem, że jest to trochę głupia gra. Nie dlatego, że symulator bycia gwiazdą rocka to głupota. To całkiem sensowna fantazja, tyle że nie moja.

Po ludziach na scenie, którzy dobrze się bawią i chcą więcej, widzę że Rock Band 4 ma coś do zaoferowania ludziom, którzy spotykają się i wspólnie cieszą się muzyką i innymi elementami rock-n-rollowego etosu. Zazdroszczę im tego, że cieszą się tą grą.

Wszystkie gry wideo są oczywiście głupie. To całe "tak naprawdę nie strzelasz do terrorystów i nie wygrywasz pucharu świata, naciskasz jedynie przyciski" jest myśleniem protekcjonalnym i uproszczonym, ale od czasu do czasu natrafiasz na grę, z którą masz tak niewielkie połączenie emocjonalne, że stoisz tu tylko, gapisz się na ekran i mówisz "wciskam tylko przyciski, a moje życie jest bez sensu" do zakłopotanego PR-owca.

- Zapowiedź "Rock Band 4", Colin Campbell (Polygon), 2015

Nic tak nie mówi o profesjonalizmie dziennikarza growego jak pisanie przez niego, że wszystkie gry są głupie, oraz otwarcie przyznawanie się do tego, że nie interesuje go jego własna praca.

Owszem, to nie jest tak, że dziennikarz ma lubić wszystko jak leci i nie mieć własnych preferencji - ale, do licha, czy nie powinno być tak, żeby zapowiedzią czy recenzją jakiejkolwiek gry zajmował się ktoś, kto ma pojęcie o temacie? Czy do recenzji Outlast 2, Resident Evil 7 czy Amnesii wyznaczać powinno się kogoś, kto boi się horrorów? Czy RTS-ami powinien zajmować się ktoś, kto nie ma nawet pojęcia, jak rozwija się ten skrót? Czy na event ujawniający Devil May Cry 5 i pozwalający zagrać w demo powinno się wysyłać 70-letniego dziennikarza z początkami Parkinsona, który do tej pory grał w niespieszne przygodówki point-n-click i to była jego działka?

Oczywiście że jest to możliwe, ale czy odbędzie się to z korzyścią dla takiego tekstu? Nie wiadomo. Kluczem byłoby chyba jednak wtedy to, żeby nie ujawniać, że było się osobą niekompetentną do tego zadania. W tym przypadku mamy jednak do czynienia z sytuacją, kiedy dziennikarz narzeka na własną pracę, stwierdza, że gra może i będzie dobra, bo widzi jak inni grają na scenie, ale sama w sobie jest głupia, bo wszystkie gry takie są. Z zapowiedzi możemy się natomiast dowiedzieć, gdzie odbyła się prezentacja, że był bar, dziennikarz trzymał się z dala od wszystkich i nie chciał tam być.

Pełna profeska, prawda?

Wbrew temu, co się może osobom piszącym w ten sposób wydawać, sprawa jest prosta: dla czytelnika jasne jest, że mogą mieć oni swoje zdanie i mają prawo je wyrażać, ale tak długo, gdy dotyczy ono przedmiotu publikacji - recenzji, zapowiedzi, newsa chociażby - bo jakiekolwiek przemyślenia na temat kwestii cywilizacyjnych przy okazji omawiania kooperacyjnej gierki, zła na świecie przy okazji rozprawiania o konsoli do gier czy nielubienia tego, za co ma się płacone, nikogo w gruncie rzeczy nie obchodzi. Niestety, trend wplatania własnych dumań czy przekonań w ostatnich latach przybrał na sile, a zatraca się to, co powinno stać na pierwszym miejscu: rzeczowe pisanie o recenzowanym produkcie.

Ktoś może pomyśleć, że przeze mnie czy osoby myślące podobnie przemawia jakaś wściekłość na taki, a nie inny stan rzeczy. Podsumuję to więc może stwierdzeniem, będącym parafrazą wypowiedzi padającej w pewnym polskim serialu: "Nie jestem wściekły. Ja się po prostu zacząłem zastanawiać, kiedy chłodny profesjonalista zmienił się w zwykłego atencjusza. Jak to się stało? Gdzie się podziały twoje zdolności analityczne, warsztat? Gdzie to wyparowało?"

 

PS. Skąd inspiracja do tego wpisu? Cóż, jest ona dość przewrotna: wzięła się ona bowiem... z wewnętrznej recenzji TLOU2, którą wykonał dla własnych potrzeb Microsoft - i którą publika poznała przy okazji procesu Apple kontra Epic. Na wielu zagranicznych forach i stronach użytkownicy pisali, że była to najlepsza recenzja tej gry, którą czytali - konkretna, rzeczowa i bez politykowania. I z tym zdaniem się jak najbardziej zgadzam.

 

Źródła:
https://www.eurog(...)ng-story
https://kotak(...)45588904
https://www.polyg(...)-preview

Grafika na wstępie:
https://claud(...)ism.html

Tagi: dziennikarstwo growe Eurogamer Kotaku Polygon

Oceń notkę
+ +29 -

Better tomorrow was yesterday
Oceń profil
+ +67 -
TomHagen
Ranking: 2677 Poziom: 35
PD: 6378
REPUTACJA: 5655