Blog użytkownika Lukas Alexander

Lukas Alexander Lukas Alexander 17.04.2020, 17:52
Kommando Brandenburg cz.8
124V

Kommando Brandenburg cz.8

Wehrmacht przegrywa na Froncie Wschodnim. Armia Czerwona zbliża się do granic III Rzeszy. Operacje jednostek specjalnych głęboko za liniami wroga. Desperacka obrona niemieckich ziem.

    Kommando Brandenburg cz. 8

Ostatnie misje niemieckich Jednostek Specjalnych

      Lato roku 1944 było bez wątpienia tragicznym okresem dla niemieckiej armii. Na zachodzie dochodzi do największego w historii desantu morskiego- „Operacji Overlord”. Francja zostaje wyzwolona, a tamtejsze jednostki Wehrmachtu zdziesiątkowane w kotle pod Falaise, i podczas chaotycznych walk odwrotowych. 

Na Froncie Wschodnim Sowieci przeprowadzają „Operację Bagration”, w efekcie której doszło do unicestwienia niemieckiej Grupy Armii „Środek”. III Rzesza traci wszystkie tereny zdobyte po rozpoczęciu ofensywy na ZSRS w 1941 roku. Kolejne dywizje RKKA mkną w kierunku terenów Prus Wschodnich i Generalnego Gubernatorstwa.

     24 sierpnia Sowieci wdzierają się na terytorium północno-zachodniej Rumunii. Dziesiątkują dwie armie rumuńskie (Trzecia i Czwarta) oraz jedną niemiecką (Ósma). Tego samego dnia, Król Michał I odwołuje ze stanowiska prohitlerowskiego Marszałka Antonescu. Sformowany zostaje nowy, przychylny komunistom rząd. Zostaje wydany nakaz, aby cały niemiecki personel opuścił Rumunię, po czym, po dwóch dniach podpisana zostaje deklaracja wojny z III Rzeszą.

Wydarzenie to nie było bezprecedensowe, toteż hitlerowcy spodziewali się rychłego starcia z dotychczasowymi towarzyszami broni.
Okazało się, że już 26 sierpnia stanęło naprzeciw nich niemal 20 rumuńskich dywizji.
Naczelne Dowództwo wzięło pod uwagę, że wycofujące się niedobitki Wehrmachtu, wciąż walczące z wojskami 2 Frontu Ukraińskiego, mogą zostać odcięte podczas przeprawy przez przełęcze w Karpatach.

Operacja „Landfried”

     Otto Skorzeny po raz kolejny otrzymał zadanie specjalne, do którego wykonania wyznaczył Batalion „Południowo-Wschodni” (SS-Jagdverband). Priorytetem było zapewnienie bezpiecznych przejść dla wycofujących się zgrupowań wojsk, rodzin niemieckich żołnierzy i urzędników, oraz ludności Transylwanii o germańskim rodowodzie. 
Jako cel drugorzędny wyznaczono opóźnienie sowiecko-rumuńskiej ofensywy, poprzez zawalanie górskich przejść, oraz wysadzanie dróg i mostów.
Przełęcze w Karpatach udało się utrzymać tak długo, aż niedobitki niemieckich dywizji bezpiecznie ewakuowano. Żołnierze którzy wykonali to zadanie, musieli teraz przedostać się na sojusznicze terytoria. Przebrani za rumuńskich czołgistów, piechurów lub pospolitych uchodźców, pokonywali kilometr za kilometrem do momentu, aż na jednym z posterunków kontrolnych zostali rozpoznani. Egzekucję wykonano w trybie doraźnym.

     Dowództwo nad operacją „Landfried” powierzono SS-Untersturmführerowi Walterowi Girgowi. Młody podporucznik zaledwie cztery miesiące wcześniej ukończył szkołę oficerską SS w Bad Tolz.
Był weteranem, który wielokrotnie wykazywał się w walce, za co nagrodzono go Krzyżem Żelaznym I i II klasy. Sformowano pięćdziesięcioosobowy oddział, wyspecjalizowany w wykorzystywaniu ładunków wybuchowych i walce partyzanckiej. Niektórzy żołnierze posługiwali się językiem rumuńskim i rosyjskim- najprawdopodobniej należeli do jednostki Brandenburg.

     Już na samym początku Girg o mało nie wpadł w sowiecką zasadzkę. Port lotniczy w Temezar, w którym miała zostać wyładowana jego grupa, znalazł się pod kontrolą czerwonoarmistów. W ostatniej chwili odebrał ostrzeżenie, po czym skierował się na lotnisko awaryjne. 

Właściwa operacja rozpoczęła się we wrześniu, 700 kilometrów w głębi obszaru zajętego przez wroga. W zależności od rejonu działań, żołnierze nosili mundury rosyjskie, rumuńskie bądź bułgarskie. Pięćdziesięcioosobowa jednostka została podzielona na trzy zgrupowania: wschodnie, centralne i zachodnie.

     Grupa wschodnia doprowadziła do zasypania trzech górskich przejść. Ponadto udało jej się zlokalizować liczący dwa tysiące żołnierzy pułk obrony przeciwlotniczej, pierwotnie chroniący pola naftowe w okolicach Ploesti, a obecnie przebywający w pobliżu miejscowości Braszów. Ludzie ci postanowili zaczekać na przybycie sowietów, celem oddania się w niewolę. Dwustu pięćdziesięciu spośród nich udało się przekonać do wspólnego powrotu na tereny jeszcze kontrolowane przez jednostki Wehrmachtu.

Grupa zachodnia przyprowadziła ze sobą niemieckojęzycznych uciekinierów i zgromadziła dane przydatne służbom wywiadowczym.

Grupa Centralna, dowodzona przez Girga, zdetonowała ładunki wybuchowe w Przełomie Czerwonej Wieży, na południe od miejscowości Sybin. Rozpoczęła obserwację rozlokowanych w pobliżu sowieckich jednostek, a nawet wtopiła się w kolumnę maszerujących wojsk, podczas drogi powrotnej. Po piętnastu kilometrach hitlerowców zdemaskowano.
Towarzysze Girga zostali zabici na miejscu, jemu zaś udało się zbiec i dotrzeć do niemieckich linii. Dostarczył wtedy wiele istotnych informacji o stanie wojsk przeciwnika operujących na terenie Rumunii.
Odznaczono go za to Krzyżem Rycerskim i awansowano do stopnia SS-Obersturmführera.

     Operację „Landfried” przeżyło dwudziestu spośród pięćdziesięciu wysłanych na nią ludzi. Część zginęła z rąk niedawnych sojuszników, część zabili czerwonoarmiści. Największe straty poniosła grupa centralna.

     Sam Girg został powołany do służby ponownie, po niezbyt długiej rekonwalescencji. Tym razem miał wyruszyć z Rumunii w rejon Kołobrzegu, przemianowanego przez Hitlera w listopadzie 1944 roku na „twierdzę”. Po dotarciu na miejsce okazało się, że walki o miasto już trwają, a jego wzięto za sowieckiego szpiega. Na Waltera Girga, po raz kolejny, zostaje wydany wyrok śmierci. Fortuna ma go w swojej opiece, ponieważ udaje się skontaktować z kwaterą główną Skorzenego i potwierdzić tożsamość oskarżonego.
Girg wziął udział w obronie miasta, a następnie ewakuowano go do Rzeszy drogą morską.

 

Operacja „Freischütz”/ „Beresino”

     W czasie trwania operacji „Landfried”, niemieckie służby wywiadowcze odebrały od jednego ze swych agentów informację, o dużej grupie żołnierzy Wehrmachtu odciętych na terenach dzisiejszej Białorusi. Mowa tu, o przypuszczalnie dwóch tysiącach ludzi pod dowództwem Oberstleutnanta Scherhorna. 

Podczas niemal każdej, sowieckiej ofensywy okazywało się, że za liniami wroga pozostawały odizolowane, ruchome punkty oporu, kierujące się, w miarę możliwości, ku liniom sojuszniczym. W zależności od dostępnego sprzętu, kompozycja ugrupowania różniła się. Pochód otwierały zazwyczaj czołgi, osłaniane po bokach przez patrole piechoty. W środku schronienie znajdowały lżejsze pojazdy, komponent artyleryjski i ranni. Tyłów strzegła również piechota, przykładowo Grenadierzy Pancerni.

     Tempo marszu było bardzo niskie, ze względu na konieczność skrupulatnego przeszukiwania okolicy pod kątem obecności wroga. Każde skrzyżowanie mogło okazać się śmiertelną pułapką, ponieważ dowództwo RKKA zdawało sobie sprawę z obecności niedobitków, i angażowało odpowiednie siły w celu przechwytywania ich.

     Na początku września, sformowano pięcioosobowy oddział, celem nawiązania kontaktu z ludźmi Scherhorna. 16 dnia miesiąca, pomiędzy 1.00 a 2.00 w nocy, samolot Heinkel He 111 zrzucił skoczków i kontenery zaopatrzeniowe w rejonie wyznaczonym na spotkanie.
SS-mani zostali przywitani przez agentów NKWD, ucharakteryzowanych na wycieńczonych żołnierzy Wehrmachtu. Cała piątka znalazła się w niewoli. Dwóch z przybyszów zaprowadzono do obozu, na spotkanie z podpułkownikiem Scherhornem. Oczywiście, wcześniej zostali odpowiednio „przywitani” przez gospodarzy. 

     Po zakończeniu „Operacji Bagration”, w rękach Sowietów znalazła się olbrzymia ilość jeńców. NKWD prześwietliła listy nazwisk i wytypowała Oberstleutnanta Heinricha Scherhorna jako głównego aktora w przedstawieniu które planowała zorganizować. Podpułkownik pełnił służbę w jednostkach tyłowych, a konkretnie 286 Dywizji Zabezpieczającej, operującej w rejonie działań Grupy Armii „Środek”.
Za Scherhornem przemawiały rodzinne powiązania z reżimem nazistowskim z racji tego, że w latach trzydziestych jego ojciec dokonywał znacznych wpłat na fundusz NSDAP.
Dowódca i jego radiooperator zgodzili się na współpracę, której efekty właśnie zaczynały się pojawiać.

Schwytani SS-mani zostali zmuszeni do współpracy, po czym nadali komunikat, informując o pomyślnym przebiegu operacji. Według ich relacji, grupa Scherhorna znajdowała się w opłakanym stanie. Ludzie byli wycieńczeni i ranni, brakowało amunicji oraz paliwa do kilku, pozostałych „na chodzie” ciężarówek.

     Rozpoczęła się operacja o kryptonimie „Freischütz” (Wolny Strzelec).
Skorzeny zdecydował o wysłaniu czterech drużyn. Pod koniec września, dwie pierwsze zrzucono na wschód od Mińska. W kilkudniowych odstępach czasu, zrobiono to samo z grupami trzecią i czwartą, tym razem w okolicach Dzierżyńska. Każde kommando nosiło mundury i uzbrojenie Armii Czerwonej, a jego członkowie pozbawieni zostali wszystkich rzeczy osobistych.

Oddział numer jeden bardzo szybko wpadł w pułapkę zastawioną przez NKWD. Udało mu się przesłać jedynie garść bardzo ogólnych informacji, po czym zamilkł.

Grupa druga połączyła się z niedobitkami Scherhorna. Po czterech dniach nawiązano kontakt z dowództwem, co pozwoliło przemówić samemu Oberstleutnantowi. Zarysował on ogólny, bardzo źle rokujący obraz sytuacji. Zaopatrzenie i pomoc medyczna miała trafić do nich w ciągu najbliższych dni. Jeden z dwóch, przetransportowanych na miejsce lekarzy skręcił obydwie kostki podczas lądowania na spadochronie. Zdecydowano o wybudowaniu prowizorycznego, leśnego pasa startowego dla samolotów  mających ewakuować rannych. Nic z tego nie wyszło, ponieważ czerwonoarmiści wykryli go i zajęli.

Oddział trzeci zaginął bez wieści zaraz po wylądowaniu.
Grupa czwarta błąkała się po okolicy przez jakiś czas, po czym jej dowódca zdecydował, że należy wracać. Po trzech tygodniach ciągłego maszerowania dotarła na Litwę, gdzie połączyła się z wojskami niemieckimi. Przynieśli ze sobą opowieści o sowieckim bestialstwie zaobserwowanym po drodze.

     Oddział Scherhorna miał teraz kontakt z dowództwem, oraz odbierał zrzuty zaopatrzeniowe. Postanowiono opracować plan ratunkowy, co okazało się ekstremalnie wymagające, biorąc pod uwagę ówczesną sytuację na froncie. Marsz w kierunku Rzeszy odpadał, ponieważ walki przeniosły się zbyt daleko na zachód. Na południu znajdowały się Rumunia i Bułgaria, obecnie sprzymierzone ze Związkiem Sowieckim. Północ i kraje nadbałtyckie wydawały się najrozsądniejszym wyborem. Przyjęto, że zamarznięte, litewskie jeziora posłużą samolotom KG200 jako prowizoryczne pasy startowe. Oddział wyruszył.

Grupa Scherhorna miała przed sobą nie lada wyzwanie. Przez cały czas musiała przecinać trasy przemarszu radzieckich dywizji, prących w kierunku granic III Rzeszy. Sytuacja zaopatrzeniowa systematycznie się pogarszała, w związku ze stopniowym słabnięciem i tak już dogorywającej  Luftwaffe. Żołnierzom brakowało ciepłej odzieży, środków opatrunkowych i powoli wystrzeliwali się z resztek amunicji.

     Skorzeny i jego ludzie zakładali, że tempo marszu będzie niezbyt imponujące. Nikt jednak nie brał pod uwagę, że rzeczywistość okaże się tak brutalna. Uciekinierzy pokonywali 16 kilometrów na dobę, przez cztery dni tygodnia. Pozostały czas służył na odpoczynek i przygotowania do drogi.

     15 listopada Podpułkownik zdecydował, że podzieli swoją grupę na dwie kolumny. Pierwszą z nich dowodzili skoczkowie z kommanda numer dwa, któremu udało się, jak już powiedziano, połączyć z oddziałem we wrześniu. Resztą żołnierzy osobiście dowodził Scherhorn. 
W środowisku niemieckich służb kontrwywiadowczych zaczęto zwracać coraz większą uwagę na zbieraninę niedobitków, błąkającą się kilkaset kilometrów w głębi wrogiego terytorium. Z czasem, kwestię tę zaczęto traktować jako zadanie, którego pomyślne doprowadzenie do końca będzie, po raz kolejny, świadczyło o prestiżu Abwehry.
Padły bardzo śmiałe deklaracje w kwestiach logistycznych i wsparcia materiałowego. 

W styczniu 1945 roku Luftwaffe nie była już w stanie dostarczyć jakiegokolwiek zaopatrzenia. Sowiecka „Operacja wiślańsko-odrzańska” doprowadziła do kolejnego, znacznego przesunięcia frontu. Droga na północ okazała się jeszcze większą męką. Bez przerwy dochodziło do starć z czerwonoarmistami i NKWD.
 
     23 marca Heinrich Scherhorn został ogłoszony bohaterem narodowym, awansowany do stopnia pułkownika i odznaczony Krzyżem Rycerskim.
Żaden z jego ludzi nie osiągnął celu swej wędrówki. Na początku maja odebrano informację, że resztki zagubionego oddziału oddają się w sowieckie ręce.

     Na koniec, kilka słów wyjaśnienia. Opisywane powyżej wydarzenia odnoszą się do dwóch, równolegle przeprowadzanych przedsięwzięć.
Sowieci wykorzystali skaptowanego Oberstleutnanta Scherhorna do zastawienia pułapki na niemieckich agentów i żołnierzy sił specjalnych.  W ten sposób chcieli zniszczyć potencjał wywiadowczy przeciwnika na ziemiach wschodnich.
Nieświadomi niczego decydenci z Abwehry, wysyłali swoich ludzi na misję, która nie miała szans się powieść. NKWD przez cały czas kontrolowała sytuację, wyłapując kolejnych skoczków i zmuszając ich do współpracy.

Ostatnie miesiące III Rzeszy

     Po nieudanej operacji „Rösselsprung”, 500 Batalion Strzelców Spadochronowych SS oddelegowano do państw nadbałtyckich. Toczył tam ciężkie walki, w wyniku których poniósł znaczne straty osobowe. Resztki jednostki wycofano do Austrii, gdzie udało się przywrócić jej stan do niemal 800 żołnierzy. Należy również wspomnieć o przemianowaniu batalionu z numeru 500 na 600, co miało miejsce 9 listopada 1944 roku w Neustrelitz.
Nowo sformowana jednostka oddelegowała dwie kompanie do walk w Ardenach. Żołnierze ci weszli w skład Panzer Brigade 150.

     W marcu 1945 roku, 600 Batalion Strzelców Spadochronowych został rozmieszczony w okolicach Cedyni, celem obrony wschodniego brzegu Odry. SS-mani trwali na wysuniętych pozycjach przez około trzy tygodnie, skutecznie powstrzymując piechotę i czołgi Armii Czerwonej. Godnym odnotowania jest fakt, że jednostka nie wycofała się nawet, gdy sąsiednie gniazda oporu zostały zneutralizowane.
26 marca z batalionu pozostało tylko 36 ludzi, którzy wpław przedostali się na zachodni brzeg. 

     600 Batalion Strzelców Spadochronowych został ponownie zreorganizowany, i zasilony przez kadetów z jednostek szkolnych SS, rekonwalescentów i pospolitych ochotników. Kręgosłup jednostki stanowiły niedobitki, którym udało ewakuować się ze wschodniego brzegu Odry. 
Tym razem bronili oni brandenburskiej miejscowości Neuruppin, gdzie wyróżniali się wysokim poziomem organizacji. Ich przeciwnikiem były gwardyjskie dywizje pancerne i zmechanizowane, wspierane przez formacje kawalerii. Od rana do wieczora na niemieckie pozycje spadały pociski artyleryjskie i wystrzeliwane z Katiusz rakiety, zwiastując w ten sposób nadejście kolejnej fali czołgów wroga.
Panzerfausty zaczęły się kończyć, a do Panzerschrecków nie nadążano donosić amunicji. Okoliczności te wymusiły zmianę taktyki walki.

     Spadochroniarze ukrywali się w miejscach, gdzie sowieckie wozy rozpoczynały natarcie, po czym neutralizowali je z bliska. Świadkowie wspominają o minach talerzowych, rzucanych pod gąsienice rozpędzonych pojazdów. Kilkukilogramowych ładunkach wybuchowych umieszczanych na pokrywach silnika. Granatach magnetycznych przyczepianych "w biegu" do czołgowych wież. 
Wielu spośród SS-manów ginęło w wywołanych przez siebie eksplozjach, jeśli nie udawało im się wystarczająco daleko ukryć.

     600. Batalion Strzelców Spadochronowych pięć razy odparł natarcia jednostek zmechanizowanych. Wrzosowiska wokół Neuruppin były usłane płonącymi wrakami i ciałami poległych. Niemieckie straty okazały się na tyle wysokie (ocalało 168 z 800), że tej samej nocy postanowiono wycofać się i rozformować oddział. Część zdecydowała, że będzie walczyć dalej i pomaszerowała na zachód. Reszta postanowiła ratować życie. W tym momencie historia batalionu dobiega końca.


Wyjaśnienia

 

     Nie wiem, czy którykolwiek z czytelników zwrócił na to uwagę, ale część wpisów poświęcona była jednostkom innym, niż tytułowe „Kommando Brandenburg”. Znalazło się miejsce zarówno dla SS-manów Skorzenego, jak i typowych formacji powietrznodesantowych. 

Wszystko to kwestia źródeł. Posługiwałem się kilkoma, różnymi publikacjami, w tym internetem. Niewątpliwie, najwięcej zaczerpnąłem z książki „KOMMANDO” autorstwa Jamesa Lucasa. Tamtejsze zagadnienia uzupełniałem przy pomocy „Niemieckich Wojsk Spadochronowych 1936-1945” Nowakowskiego, Skotnickiego i Zbiegniewskiego. Niektóre wątki w całości zaczerpnąłem z sieci. 

     Jeśli chodzi o „Kommando Brandenburg”, to jednostka z czasem utraciła swój elitarny status. Początkowe etapy wojny, oparte na szybkich i niespodziewanych natarciach, dawały tym ludziom pole do popisu. Z czasem jednak, sytuacja uległa zmianie a wyszukany sposób działania Brandenburczyków nie był już nikomu potrzebny. Finezja i skryte działania nie liczyły się w realiach wojny totalnej, gdzie masy piechoty i zagony pancerne przepychały się wzajemnie na rozległych połaciach Frontu Wchodniego, lub w klaustrofobicznych korytarzach normandzkich żywopłotów.

Wojska specjalne oddelegowano do operacji przeciwpartyzanckich lub wcielano do formacji regularnych, gdzie marnowali swoje, niepospolite umiejętności.
W roku 1944 sformowano nawet Dywizję Grenadierów Pancernych „Brandenburg”, w której służyli członkowie oryginalnej jednostki, wcześniej walczący w ramach dywizji „Großdeutschland”.

Co stało się z tymi ludźmi po wojnie? Nikt dokładnie nie wie, ponieważ wielu „rozpłynęło się w powietrzu”. Przewidywano, że część ukryła się i żyła pod fałszywymi nazwiskami.
Niektórzy zaciągnęli się do Legii Cudzoziemskiej, po czym wysłani zostali do Indochin. Pewien odsetek trafił do alianckiej niewoli.

***

     Prawie 10 miesięcy zajęło mi pisanie tej serii. Nie mogę narzekać, ponieważ robiłem coś, co dawało mi satysfakcję. Grzebanie w kilku książkach naraz, i porównywanie tego z wpisami internetowymi może być przyjemne i rozwijające. 
Jestem świadom, że moja praca może zostać niedoceniona, ponieważ PPE to portal o grach. Niemniej jednak, będzie mi bardzo miło, jeśli choć na chwilę wyłączysz swoją strzelankę i przeczytasz o wydarzeniach, które częściowo wpłynęły na wyobraźnię scenarzystów ją projektujących.

KONIEC

Tagi:

Oceń notkę
+ +11 -

Oceń profil
+ +10 -
Lukas Alexander
Ranking: 2512 Poziom: 32
PD: 5073
REPUTACJA: 695