SKLEP

Blog użytkownika seb_mcduck

seb_mcduck seb_mcduck 20.05.2018, 13:46
Seria nieporozumień w Gravity Rush [PS Vita]
488V

Seria nieporozumień w Gravity Rush [PS Vita]

Podczas gdy jakiś czas temu zastanawiałem się nad sensem kupna Vity... i nie znalazłem go, dla mojej sytuacji życiowej. Vita nie przekonywała mnie niczym, w co nie mógłbym zagrać na innych konsolach. Wsteczna kompatybilność? No to wolę PSP, na którym faktycznie zagram we wszystko, bo jednak nie każda gra wyszła w dystrybucji cyfrowej. Swego czasu udało mi się nawet nakręcić film o tym dlaczego preferuję PSP.

Ostatecznie Vitę kupiłem tak naprawdę dla dwóch gier: Tearaway oraz Gravity Rush. I wiem, że oba tytuły mogłem sprawdzić na PlayStation 4, ale chciałem zrobić to z ich pierwotną, oryginalną wersją. To był błąd. I coraz bardziej dochodzę do wnioski, że takim samym błędem była sama konsola przenośna od Sony.

 

Nie, żebym zawiódł się absolutnie wszystkim. Tearaway wywołał u mnie opad szczeny swoją kreatywnością – szczerze przyznam, że moim zdaniem to obecnie najlepsza platformówka obecna na rynku w ogóle (in your face, Mario). Zachwyciła mnie wszystkim – od settingu, przez muzykę, na gameplayu kończąc.

 

 

Co z Gravity Rush? To, już zupełnie inna para kaloszy.

 

 

Fabuła opowiada o tym, jak tajemnicza główna bohaterka z amnezją budzi się po środku miasta. Pech chciał, że w tym samym momencie dookoła tegoż miasta zaczęły powstawać jakieś czarne dziury, z których zaczęły wylatywać Nevi, czyli czarne niczym smoła potworusy straszące mieszkańców. Kat, jak później zaczęto nazywać protagonistkę, ratuje ludzi, ubija Nevi i zbiera miasto do kupy – bo te zostało rozbite na cztery części przez te paskudne czarne maziaje.

 

Problem w tym, że cała otoczka fabularna z ciekawym settingiem okazuje się być... no cóż, nieciekawa. Główna bohaterka dostała imię od jednego z policjantów z którym współpracowała. Później zaczyna nazywać ją tak każdy – nawet kolejne obce istoty pochodzące z tego samego świata co Kat. Kiedy pojawił w jednej lokacji się duży, groźny Nevi, dzieci znały jego imię. Tylko, kurde, skąd? Tak samo nazywają go później wszyscy!

 

 

Fabularne cutscenki często są w formie takiego komiksu. I w sumie ładnie to wygląda, rysnki i kolorki cieszą oko. Ale, że Kat jest powabną "Japonką", przy okazji nie mogło zabraknąć scen, w których jest ledwie przykryta ręcznikiem. No, jakbyśmy mieli wątpliwości, że sterujemy kobietą o nienaturalnie idealnie sylwetce. Taka sama scena powtarza się kilka razy.

 

I chyba najgorsze jest to, że pod kątem kreacji świata i zainteresowania fabułą, do samego końca nie poprawia się nic a nic. Pomiędzy misjami głównymi można łazić po mieście, żeby zrobić challenge. Zagadać do niektórych, połapać różowych kulek. I tak naprawdę to tyle. Pomimo obecności wielu ludzi i naprawdę imponującej oprawy jak na możliwości konsol przenośnych, miasto jest puste. Nie ma co tam robić. Żadnych interakcji, nic, na czym można by było zawiesić oko. Mało tego, pierwsze godziny gry upływają pod znakiem symulacji takiego życia w mieście. Tylko, że bez sensu, bo całość ogranicza się do chodzenia od punktu A do punktu B. W pewnym momencie zwyczajnie zacząłem przewijać tekst, a czytać dialogi tylko wybiórczo. A zakończenie? Oczywiście nie powiem wam, co się tam dzieje, ale jak można się domyślić dobro zwycięża. Ale absolutnie w żaden sposób nie wyjaśnia jak się to wszystko zaczęło, ani jak się nawet skończyło. W trakcie napisów końcowych miałem poczucie zmarnowania kilkunastu ostatnich godzin życia.

 

I to wszystko jeszcze można by było przeżyć, gdyby nie ta mechanika, która jest reklamowana jeszcze w samym tytule gry. Całe to manipulowanie grawitacją jest nieintuicyjne, niewygodne i często zwyczajnie frustrujące. Kiedy lecimy Kat przez miasto pomiędzy budynkami (a zdecydowana większość gry jest w mieście), więcej niż pewne jest to, że kamera zwariuje, a my zwyczajnie zgubimy się nie widząc gdzie lecieć dalej. A nawet jeśli nie jesteśmy w Hekseville, nie trudno pogubić się ze wspomnianą kamerą podczas walk na szerszym terenie. Niejednokrotnie leciałem na Nevi, próbowałem użyć kopniaka, ale kamera zrobiła swoje. A te mroczne istoty są szybkie, więc chwila mojej nieuwagi i już dostałem z bani od tego, którego sam próbowałem trafić.

 

 

Z początku straszliwie denerwowała mnie również zasada działania zmanipulowanej grawitacji. Idąc pionowo po ścianie budynku spodziewałbym się, że po dotarciu na sam jego dach, Kat właśnie na niego wejdzie. Ale ta mechanika działa w taki sposób, że traktuje ten moment jako utratę podłoża. W związku z czym, Królowa Grawitacji zamiast faktycznie wejść na dach i "wyłączyć" oszukaną grawitację, zaczyna szybować w przestworzach zostawiając budynek za plecami i przy okazji doprowadzając mnie do szału. Szczególnie to irytuje przy wyzwaniach czasowych. Tak samo działa to w przypadku cylindrycznych kształtów, kiedy próbujemy przejść dookoła budowli typu komin, lub wieża ciśnień – nie jest to możliwe. Kat traci podłoże i zaczyna lecieć, zamiast kontynuować zwiedzanie miasta z innej perspektywy.

 

Raczej nie kolekcjonuję platyn na siłę. Gravity Rush jednak kupiłem z myślą nie tylko o dobrej przygodzie, ale i również z chęcią wzbogacenia swojej już i tak skromnej listy pucharków o jeden platynowy. Ze względu na frustrujący gameplay, chyba sobie odpuszczę. Albo przynajmniej nie będę się spinał i będę ją robił przez najbliższe pół roku. Platyna wymaga wykończenia wszystkich zadań i zebrania całej masy świecących gemów, a to zaś wymaga potwornego grindu z manipulowaniem grawitacji.

 

 

Tak, wiem, problemy pierwszego świata. News typu "Kupił grę i nie może jej skończyć. Twórcy go nienawidzą [ZDJĘCIA]". Ale spójrzmy na to trochę bardziej zdroworozsądkowo – kupiłem jedną z najwyżej ocenianych gier na Vitę. Ta sama gra zwyczajnie nie spełniła moich oczekiwań, wywołała masę frustracji i zniechęciła do dalszej zabawy nawet przy innych tytułach na tejże konsoli. I przecież nie chodzi o to, że Gravity Rush prawdopodobnie nie jest w moim guście. Bynajmniej. Lubię platformowe i erpegowe elementy i niecodzienne settingi w grach. Lubię świeże pomysły. Fakt, że jest tutaj kwestia subiektywizmu, takie jak nuda lub idiotyczny scenariusz. Ale tutaj zmarnowano potencjał poprzez wiele obiektywnie złych rzeczy, np. okropna kamera, puste miasto. Moim zdaniem potencjał został zmarnowany.

 

I właśnie takie zawody sprawiają, że wracam do innych konsolek, które ostatnio odpoczywały ode mnie. Tym razem padnie na Nintendo 3DS, albo nawet starsze PSP. Ostatnio kupiłem Tactics Ogre na mojego nowego ulubionego handhelda i mam zamiar przy nim dobrze się bawić. Chociaż... może nie powinienem tego głośno mówić, zważywszy na to, jak takie nastawienie skończyło się przy Gravity Rush.

 

Pierwotnie notka ta pojawiła się na moim blogu sebagra.blogspot.com, gdzie zapraszam po inne mało popularne opinie.

Tagi: Gravity Rush psp recenzja sony vita

Oceń notkę
+ +11 -

Oceń profil
+ +5 -
seb_mcduck
Ranking: 47391 Poziom: 14
PD: 610
REPUTACJA: 229
Miesięcznik PSX Extreme