SKLEP

Blog użytkownika LadyDiesel

LadyDiesel LadyDiesel 29.06.2018, 00:06
Piątkowa GROmada #91
820V

Piątkowa GROmada #91

W branży zaczyna się sezon ogórkowy, ale nic nie szkodzi, bo własnie wychodzi nowa GROmada, która tym razem skupi się w całości na kooperacji w grach.

Witamy gorąco w kolejnym już wydaniu GROmady! Kolejny tydzień za nami – ach co to był za czerwiec… Najpierw E3 na, które czekali wszyscy gracze, później Mundial – nawet ja dałam się wkręcić w tę zajawkę. Niestety celnie obstawiłam wyniki meczów polskiej reprezentacji także tego… REAL tylko pięknie po wszystkim zaśpiewał na imprezie „nic się nie stało” (jakby ktoś pytał, nie był trzeźwy). Nie będę się rozpisywać o piłce nożnej, bo się zwyczajnie na tym nie znam, za to oddaję głos komuś, kto ma „trochę” lepsze doświadczenie w tej dziedzinie, a jego wypowiedzi zaznaczyłam niebieskim kolorem.

Jako, że w growym Świecie po E3 już nic ciekawego obecnie się nie dzieje, (bo wszystkie ciekawe premiery zostały zapowiedziane na wrzesień) wielkimi krokami zbliża się sezon ogórkowy i jak zwykle w wakacje spokojnie będzie można skupić się na grillowaniu i żadna gra nie będzie spędzała snu z powiek. Ewentualnie jest to dobry czas na zniwelowanie choć trochę kupek wstydu u wielu graczy.

No, ale w Świecie piłkarskim obecnie dzieję się pewna ciekawa impreza sportowa, o której wspomniała LadyDiesel. Oczywiście balonik jak zwykle napompowany do granic możliwości pękł bardzo szybko i mimo, że można było to przewidzieć, to wiele osób (w tym ja) dało się ponieść zapowiedzi, że dla rodzimej kadry półfinał to minimum… Co prawda mamy jeden sukces, którego już nikt nam nie odbierze: po meczu z Kolumbią byliśmy pierwszą drużyną z Europy, która odpadła. Brawo.

Założyłem się z LadyDiesel o wynik meczu z Japonią. Przynajmniej to spotkanie wygrali...

Celebryci (bo na miano piłkarzy nie zasługujecie) wiedzcie, że ośmieszyliście Polskę.

REAL się śmieje z reklamowania niektórych dóbr przez polskich piłkarzy, a sam ostatnio kupił w Bierdonce perfumy o zapachu Lewandowskiego :/

Już za cztery lata, już za cztery lata…


W tym tygodniu razem z REALem (pozdrowienia dla nadola) postanowiliśmy opisać wrażenia z kooperacji (ale nie tej kanapowej), w niektórych grach, w które przyszło nam  zagrać. Nie byłabym sobą, gdybym nie zaczęła od Destiny (tak, znowu o tym piszę, ale spokojnie, będzie krótko). Ja już kilka razy wychwalałam tą grę za cudownego coopa i pewnie tak zostanie. Gracze narzekają na kontent, ale po dobrym „wgryzieniu” się w ten tytuł, okazuje się, że jest tam co robić we dwójkę, czwórkę czy nawet szóstkę. Oprócz strike’ów, nightfalli i eventów, całkiem dobrą zabawę serwuje nam Brat Vance swoimi przepowiedniami (których odrobienie zajęło nam kilka tygodni) czy też spełnianie wymagań na masterowanie jakiejś broni. Podam przykład: po miesiącu grindu wpada katalizator do Skrzydła Czujności (pozdro dla kumatych jak to mówią dzieciaki w moim gimnazjum), żeby go „nałożyć” na broń trzeba wytłuc 250 przeciwników na pvp - czyli kolejne 3 dni meczyków w tyglu (tak, moje RATIO nie kłamie – 3 dni… [mi też to tyle zajęło]). Katalizatory wpadają raz na jakiś czas do różnych broni, więc grindu jest co niemiara. Do tego w ostatnim dodatku można było pobiegać za skrzynkami Rasputina, oczywiście uprzednio rozszyfrowując ich lokalizację. Warto było? Sleeper Simulant mi wpadł… Moja ukochana broń zaraz po Gjallarhornie z Destiny 1. Jasne, że było warto (i tu ciekawostka, Gjallarhorn to wielki róg boga Heimdalla z mitologii nordyckiej, którego dźwięk obwieści początek Ragnaroku)! Destiny, to zawsze będzie moja gra numero uno, jeśli ktokolwiek zacznie temat kooperacji. Wielu ciekawych ludzi udało mi się dzięki tej grze poznać, z niektórymi utrzymuję kontakt po dziś dzień, wielu ludzi udało mi się namówić do zakupu tego tytułu, wiele ciekawych rozmów zostało przeprowadzonych na imprezach podczas szturmów czy odrabiania fabuły. Niektórzy dawali w pióra do tego stopnia, że był problem z utrzymaniem pada w dłoniach, niektórych graczy zostawiły dziewczyny i żalili się po kilku piwach, niektórzy zasypiali na raidzie ku uciesze reszty graczy (to nie jest przesada, sam byłem świadkiem jak jeden gracz w czasie bicia ostatniego bossa zwyczajnie zasnął, chociaż reszcie ekipy wcale nie było do śmiechu :D), a byli też i tacy, którzy po tym jak już nauczyli się strzelać, po przegraniu kilkudziesięciu godzin proponowali swoją pomoc przy szturmach straży przedniej (tak, trudniej jest wbić platynę w „My name is Mayo” niż skończyć taki szturm). Co by o tej grze nie powiedzieć, wspomnień mam wiele… i 4Gb samych screenów. A to grupa poraidowa próbuje strącić Zavalę z tarasu za kiepskie fanty, a to jakiś użytkownik z fajnym nickiem, to znowu jakaś grupa teabag’uje tytana w różowym pancerzu. Było wesoło. To znaczy ciągle jest. I pewnie będzie dalej. Czekamy na dodatek ze zniecierpliwieniem (Ja czekam bardzo, REAL boi mi się przyznać, ale wiem, że czeka na Forsaken troszkę mniej, a Mashi twierdzi, że go nie kupi, ale on jeszcze nie wie, że to i tak nastąpi).

Przykład użytkownika z fajnym nickiem (w galerii wyraźniejsze zdjęcie)

Kolejna kooperacja, która mi się przytrafiła i bardzo miło ją wspominam, to było wspólne granie w Far Cry 5. Po premierze wyżej wymienionej gry, gracze podzielili się na dwa obozy. Dla jednych seria skończyła się na trzeciej części z kultowym już Vaasem w roli gwoździa programu, inni twierdzili, że jest dobrze. Jest dobrze… tzn. było. Było mi dobrze. Przez całą rozgrywkę. Oprócz tego, że gra graficznie wymiata, to tryb współpracy jest tu bardzo przyjemny (Mashi wpadł, powybijał mi bossów, zdmuchnął resztki prochu z MASHInguna i poleciał grać w PUBGa). Zresztą w Far Cry 4 też się fajnie grało we dwójkę, gdzie za mojego Hurka kompana robił również użytkownik tego portalu (badzejo, tak jak Ty ściągałeś tą snajpą, to nikt tak nie potrafił). Seria Far Cry to mój drugi typ, biorąc pod uwagę całokształt i kooperację. Primal jeszcze przede mną, ale jakoś nie widzi mi się bieganie z kamulcem zamiast giwery, ale… pożyjemy zobaczymy.

Przyszła pora na Borderlandsy i ten cudowny komiksowy klimat. Ta gra się chyba nigdy nie zestarzeje, a poczucie humoru, w którym zakochałam się już przy Tales from the Borderlands, nigdy nie przestanie bawić. Nie mogę pochwalić się jeszcze setkami godzin spędzonymi z tym tytułem, ale zabawa zapowiada się przednio. Do tego, niektórych rozwiązań mogły by tej grze pozazdrościć najnowsze pozycje. Oprócz prowadzenia pojazdów (tak, Real jeździ jak wariat) całą resztę łykam bez popity. Nawet odpowiada mi postać, która gram – ja biegam Syrenką z supermocą, która podnosi i unieruchamia wrogów w powietrzu, Real za to wybrał dziewczynkę Mechromancera, która tylko biega i wydaje dźwięki prosto z filmów dla dorosłych. No dobra… jeszcze przywołuje groźniejszą wersję Clap Trapa do pomocy (ale do wyboru skłoniły go jednak te dźwięki). Póki co, jesteśmy na etapie Tea Party z zakręconą Tiny Tiną, ale wakacje długie, to zdążymy coś teraz podgonić przed grubym wrześniem (Forsaken, Spiderman, Tomb Raider) i jeszcze grubszym październikiem (Odyssey, RDR2). Borderlandsy uklasowały się na trzeciej pozycji mojej listy najprzyjemniejszych coopów ever. Dobra… lecimy dalej.

No tutaj to i ja mogę się dopisać. W Borderlandsy grałem jeszcze na PS3, ale z tego co pamiętam to bardzo szybko skończyłem, bo akurat trafiła się jakaś większa premiera i zwyczajnie już nie wróciłem do gry. Jako, że grałem bez dodatków i za daleko nie zaszliśmy jakoś nie zachwyciłem się samą grą. Ogólnie postać, którą wybrałem - Gunzerker mi średnio podchodziła no, ale obecnie jest znacznie lepiej. Mechromancer to jest to. Postać z dodatku spisuje się świetnie. Fakt, że w momencie, gdy zostanie poparzona drze się w niebogłosy i trzeba przyciszać głośniki, ale umiejętność przyzwania robota jest bardzo fajna i tylko zastanawiam się jak ta bestia rozwinie się później, bo stwierdziłem, że będę w niego inwestował jak najwięcej punktów doświadczenia. Liczę, że później będę mógł sobie stanąć gdzieś z boczku i tylko przyglądać się Armagedonowi, który będzie zsyłał na mych wrogów robot.

Komiksowa grafika gry ma to do siebie, że się bardzo wolno starzeje, ale jednak widać, że jest to gra z poprzedniej generacji konsol (chyba czas na Bordelands 3). Model strzelania fajny, ale i tak nie ma gry na konsolach, która jest wstanie nie tylko przeskoczyć, a nawet dorównać modelowi strzelania z Destiny. Chciałbym wyjaśnić jedną kwestie: to nie ja jeżdżę jak wariat. To ta gra ma tak chory i głupi model jazdy i sterowania pojazdem, że nie wiem kim trzeba być, żeby go ogarnąć no, ale sumie w tej grze liczy się rozwałka także da się to przeżyć. Catch-A-Ride…

Przyszła pora na grę, która w moim przeświadczeniu jest poza listą. Dlaczemu (jak to zwykło pytać moje 3 letnie dziecko)? Bo jest wyjątkowa. Mowa oczywiście o A Way Out – gdzie wspólna gra była dla mnie nowym wymiarem kooperacji. Rzadko spotykany split-screen, współpraca, która wymagała takiego samego wkładu obu graczy, do tego zakończenie, które zwalało z nóg. Nie będę spoilerować, ale nie chcieliśmy z Realem podejmować ostatecznej decyzji, żeby zakończyć fabułę (immersja była, czyli było dobrze). Graficznie też było całkiem nieźle – porównywalnie z Uncharted 4. Jeśli ktoś jeszcze nie sprawdził tej pozycji, polecam z całego serca.

Kubek upamiętniający wspólne przejście gry

Osobiście dla mnie A Way Out było czymś nowy w grach czego wcześniej nie miałem okazji doświadczyć. Nigdy nie grałem w grę, w której kooperacja była by tak bardzo rozwinięta. Bez komunikacji nawet nie ma co zaczynać, ponieważ niektóre rzeczy trzeba tam umawiać co do sekundy. Fajne było to, że nasi bohaterowie różnili się i tak gdy LadyDiesel bezproblemowo przechodziła po rurce nad przepaścią to po mojej stronie ekranu działy się rzeczy co najmniej dziwne: obraz oddalał się przybliżał, robił się nie wyraźny, a okazuje się, że było to spowodowane tym, że mój bohater miał lęk wysokości. Zdecydowanie najlepszym momentem w całej grze było, gdy nasi bohaterowie wspinali się po pionowej ścianie odpychając się od niej nogami będąc do siebie przyciśnięci plecami. Ten moment był zdecydowanie najfajniejszy z całej gry, a przynajmniej ja go najlepiej zapamiętałem.

Oprócz A Way Out chciałbym też wspomnieć o jednej z gier, którą niedawno porzuciłem i z perspektywy czasu okazało się to dobrym posunięciem. Chodzi mi o Overwatch. Gra ma naprawdę wielu fanów, a i mi zdarzyło się ją chwalić na łamach GROmady. No cóż byłem zaślepiony dopóki społeczność tej gry nie otworzyła mi oczu. Nie będę pisał o samej grze i jej zasadach wystarczy tylko wspomnieć, że jest to drużynowa gra PvP. Tak toksycznej społeczności nie posiada żadna inna gra multiplayer. Overwatch jest pod tym względem tak wyjątkowe jak to jest tylko możliwe i co najlepsze Blizzard kompletnie nic z tym nie robi. Takiej masy trolli nie znajdziemy nawet w skandynawskich wierzeniach ludowych. Chcecie przykłady? Jeśli chodzi o randomowych graczy to często wybierają postacie, które całkowicie nie pasują do danej rundy (np. obrońce na atak), albo jak zobaczą, że zabrałeś im ich ulubioną postać to potrafią celowo wziąć tą, którą kompletnie nie potrafią grać (sam spotkałem się z typem, który całą rundę we mnie strzelał, bo zabrałem mu Łaskę [tak gra ma wyłączony friendly fire]). Bardzo często można spotkać graczy, którzy tworzą sobie po kilkanaście smerf kont. Najczęściej to są bardzo doświadczeni i dobrze grający ludzi, a smerfa tworzą sobie po to, żeby na nim źle grać przez co zostanie rozstawiony na niższym rankingu i będzie mógł sobie strzelać do słabszych graczy i bez wysiłku wygrywać (nie wiem co kieruje takimi ludźmi). Sam miałem sytuacje, gdy chciałem zagrać z dość dobrze grającą osobą i wtedy usłyszałem, że lepiej żebym z nim dziś nie grał, bo musi sobie trochę zbić rank, bo znowu za dużo meczy wygrał, a jedyny sposób na szybkie zbicie rankingu to słabe granie czyli przeszkadzanie swojej drużynie i to naprawdę nie są pojedyncze przypadki tylko to jest cała kwintesencja tej gry. Nie raz podczas gry potrafiłem bezbłędnie wskazać kto ma smerfa i akurat przyszedł sobie pozbijać rangę. Naprawdę nie polecam tej produkcji. Początkowy zachwyt tą grą później może się skończyć gigantyczną wściekłością.

Nie wiem czy ktoś pamięta multiplayera w Uncharted 4. Sam Kres Złodzieja był świetna grą, a bieganie Nathanem czy Sullivanem właśnie w trybie kooperacji dawało wielką frajdę. Zabawa Multi w U4 jest intuicyjna i idealna dla osób, które nie czują się pewnie z padem w ręku i w shooterach statystyki mają raczej średnie. Ja swoją przygodę z PS4 zaczynałam właśnie od tej gry, stąd też mały sentyment.

Kooperacja z sympatycznymi ludźmi jest świetna… czego nie mogę napisać o wszystkich grach, które dają taką możliwość. Fortnite mnie wymęczył masakrycznie! To było najgorsze 15min mojego growego życia. Biegniesz, szukasz broni, strzelasz, ludzie dookoła budują ściany i schody, giniesz, koniec meczu… czekasz – i tak w kółko. Battle Royal mówimy krótkie, stanowcze, kategoryczne nope. Rozumiem, że to się może komuś podobać (a ja nie). Dzieciaki w moim gimnazjum grają w to namiętnie.

Jeśli chodzi o Battle Royal mam identyczne zdanie. Wszystkie mecze są takie same: najpierw 15-20 minut biegania bez celu, a później spotykasz przeciwnika giniesz i od nowa. Nie potrafię zrozumieć czemu tak płytki typ rozgrywki zrobił się tak  popularny? Ogólnie zaczynam się obawiać, że gameing idzie w bardzo złą stronę, a sukces gier typu Battle Royale tylko te obawy potwierdza...

Jak też obiecaliśmy było krótko, bo cytując tańczącego z gierkami „komentarze użytkowników są solą tego bloga”. Jaki Waszym zdaniem był najlepszy coop w waszym growym życiu? Tylko nie piszcie, że jesteście always offline (Panie doktorze, dużo Pan tracisz ogrywając tylko singla. Tyle fajnych dziewuch na PlayStation Network…).

PS: W związku z przegranym zakładem, na łamach tegoż oto portalu dla graczy, pragnę szczerze wyznać, że REALista to najlepszy chłopak jakiego kiedykolwiek poznałam, jest przystojny, szczery, otwarty, zabawny i ma niesamowite poczucie humoru.

Tagi: a way out borderlands 2 destiny 2 far cry 5 fortnite LadyDiesel mundial overwatch REALista

Oceń notkę
+ +34 -

I KNOW THE DEFINITION OF INSANITY
Oceń profil
+ +92 -
LadyDiesel
Ranking: 1371 Poziom: 35
PD: 6514
REPUTACJA: 2935
Miesięcznik PSX Extreme