Blog użytkownika Elancheski

Elancheski Elancheski 04.01.2018, 10:50
Nintendo, DLC i season passy, czyli coś poszło bardzo nie tak
1133V

Nintendo, DLC i season passy, czyli coś poszło bardzo nie tak

W internecie często czytam, że Nintendo jest w tyle z wieloma rozwiązaniami, które są standardem na konsolach konkurencji. Normalna lista przyjaciół? Wymieniajcie się kodami, drodzy posiadacze 3DS-ów. Przeglądarka? A po co? Przecież macie smartfony, szanowni właściciele Switchy. Możecie też na nich odpalić wspaniałą (bo sygnowaną przez Nintendo) aplikację do rozmów głosowych, gdybyście wy i wasi znajomi nigdy nie słyszeli o Discordzie albo TeamSpeaku.

Jest jednak jedna rzecz, w której firma z Kioto szybko nadgoniła Sony i Microsoft – a wydaje mi się nawet, że prześcignęła. Szkoda tylko, że chodzi tu nie o coś pozytywnego, a o season passy.

W czasach 3DS-a i Wii U popularne już podówczas na Playstation 4 i Xboksie One przepustki sezonowe były na konsolach Nintendo rzadkością. Sporo gier otrzymywało co prawda DLC, ale nie łączono ich w całość. Dobrym przykładem typowego postępowania „Big N” w tamtych czasach jest ostatnia odsłona Smash Brosów. Wyszło do niej multum DLC i gdyby chcieć kupić je wszystkie, konieczne jest wydanie zawrotnej sumy ponad 100 dolarów. Jeśli jednak interesował nas jedynie konkretny zawodnik, strój czy plansza, możliwe było zakupienie wybranego elementu za mniejszą sumę. Nadal, przynajmniej w mojej skromnej opinii, niewspółmierną do otrzymywanej zawartości, ale lepsze to niż konieczność opłacenia przepustki sezonowej z góry i czekania na rzeczy, których być może nawet nie chcemy.  

Łał!

Właściwie jedyną grą na tych maszynkach, którą uzbrojono w maszynkę do zarabiania pieniędzy zwaną season passem, jest wydane na oba wspomniane sprzęty Hyrule Warriors. By dostać całą zawartość przygotowaną przez deweloperów nie wystarczy zapłacić co prawda raz, bo DLC-ki podzielono na dwie transze, ale nadal, podobnie jak w przypadku opisanej powyżej bijatyki, istnieje opcja wybrania najbardziej interesujących kąsków. Lubisz Marin z Link’s Awakening, ale reszta dodatków cię nie interesuje? Proszę bardzo, zapłać 5 dolców i ciesz się nową postacią. Grasz tylko Linkiem, ale chciałbyś pojeździć nim na Eponie (jej brak w podstawce to kpina, ale to swoją drogą)? Wysupłaj 8 dolców i będzie twoja.

O ile DLC-ki to dla mnie zmora, bo żerują na najniższych instynktach, takich jak chociażby wytworzenie nici porozumienia pomiędzy graczem a bohaterami danej pozycji (chciałbyś poznać ich lepiej? Zapłać więcej), tak jakoś zaakceptowałem ich istnienie. Co mogę z tym w końcu zrobić – rozerwać koszulę jak Rejtan i zostać zignorowanym przez księgowych korporacji, którzy najlepiej wiedzą, jak dobrze sprzedają się cyfrowe dodatki? Szkoda czasu i zachodu. Zwłaszcza że byłbym w takiej sytuacji hipokrytą – sam kupiłem na przykład postać Ryu do Smashy, bo chciałem nim po prostu trochę pograć; wydałem też ponad 6 dyszek na dodatkowe trasy i kierowców w Mario Kart 8 – tu na swoje usprawiedliwienie muszę jednak przyznać, iż nadal są to najlepsze, najbardziej obfite w zawartość względem ceny DLC, jakie widziałem na platformach Nintendo. Krótko mówiąc – też wdepnąłem w to bagno. 

Znalezione obrazy dla zapytania mario + rabbids kingdom battle season pass

Łoho!

Wraz z wydaniem Switcha Nintendo poszło jednak o krok dalej w swojej polityce Season Passów. Japończycy ogłosili istnienie takowego do Breath of the Wild jeszcze przed premierą gry, co zawsze wywołuje zalew gniewnych wypowiedzi na portalach growych. Najgorsze jest jednak to, iż nie mam opcji wyboru najsmakowitszego dla mnie kawałka tortu. Choć zawartość w ramach przepustki sezonowej podzielono na wyraźne paczki z różnymi terminami premiery, nie mogę zdecydować się jedynie na interesujący mnie dodatek fabularny (w którym, sądząc po przeczytanych w internecie opiniach, fabuły jest tyle, co kot napłakał, ale to na marginesie). Muszę albo zapłacić 8 dych i brać wszystko, albo nie płacić nic i dostać figę z makiem. Wybrałem to drugie. PS. Chce ktoś kupić Breath of the Wild na Wii U?

Szybko okazało się, że najnowsze przygody Linka to tylko pierwsza z wielu gier, które dostaną podobnie skonstruowane przepustki. Mario + Rabbids Kingdom Battle również otrzymało wycenionego na 80 złotych season passa, który jest jednym wielkim DLC złożonym z mniejszych DLC (DLC-ekocepcja?). To nie dodatki do Wiedźmina 3, które są kompletnymi opowieściami, a jedynie zlepek średnio pasujących do siebie elementów skleconych na szybko, by wyciągnąć z graczy trochę więcej pieniędzy jak najniższym kosztem własnym.

Najbardziej zasmuciło mnie ogłoszenie podobnej przepustki do Xenoblade Chronicles 2. Uwielbiam tę grę, ale 120 złotych za… no właśnie, nawet nie wiem za co. Cytując oficjalną stronę gry: za jakieś nowe zadania, jakieś nowe postacie i jakąś nową zawartość fabularną. A co to za nowa historia dowiem się jesienią tego roku. Najlepiej jednak, bym zapłacił już teraz i trzymał grę w pudełku przez prawie rok, choć nie będę już w nią grał, a kolekcjonerem nie jestem. O tyle dobrze, że zarówno jRPG od Monolith Softu, jak i Zelda są bez płatnych dodatków produkcjami kompletnymi (choć, podobnie jak w przypadku Hyrule Warriors, zablokowanie Epony za DLC uważam za chwyt poniżej pasa). To ogromne przygody, które zapamiętam na długo, nawet jeśli nie doświadczę rzeczy, za które musiałbym dodatkowo zapłacić. Wolę te pieniądze wydać na jakąś inną grę.

Łohohoho!

Ogólnie rzecz biorąc Nintendo próbuje chyba wszystkich dostępnych na rynku sposobów na rozwój gry. Mamy takie season passy jak opisałem powyżej, przepustki sezonowe podzielone na paczki (Fire Emblem Warriors), zwykłe DLC (Snipperclips), dodatkową zawartość za darmo (ARMS, Splatoon 2), jak i zupełny brak rozwoju (pomijając łatki) – tu najlepszym przykładem jest Super Mario Odyssey. Nie widać tu spójnej wizji, a raczej testy przeprowadzane na królikach doświadczalnych, którym jestem ja i którym jesteś ty, czytający ten tekst, jeśli posiadasz Switcha albo kiedyś będziesz.

Utrzymuje to obecny u mnie od dłuższego czasu dysonans poznawczy. Z jednej strony uwielbiam Nintendo za świetnych twórców robiących gry takie, jakie lubię najbardziej. Z drugiej zaś strony – nienawidzę Nintendo za podłapywanie uciążliwych rozwiązań stosowanych głównie przez zachodnich tuzów branży, próbujących wyciągać kasę z kosumentów (a także za rozwijanie niektórych z nich, jak koncepcji amiibo, które, choć zazwyczaj są zupełnie opcjonalne, czasem blokują dość istotne cechy gry – patrz Metroid: Samus Returns i dodatkowy poziom trudności jedynie dzięki figurce). W 2018 roku dysonans ten zapewne mnie nie opuści i – choć życzę sobie czegoś zupełnie odwrotnego – prawdopodobnie wzmoże się jeszcze bardziej. Typowy przykład miłości połączonej z nienawiścią, ale lepsza taka relacja niż żadna.

Tagi: dlc Nintendo nintendo switch season pass

Oceń notkę
+ +37 -

Oceń profil
+ +37 -
Elancheski
Ranking: 962 Poziom: 42
PD: 10225
REPUTACJA: 3845