Blog użytkownika Elancheski

Elancheski Elancheski 31.12.2017, 21:38
To były piękne dni, czyli rok 2017 według Elancheskiego & Kącik muzyczny
199V

To były piękne dni, czyli rok 2017 według Elancheskiego & Kącik muzyczny

Nie pamiętam tak dobrego growo roku jak 2017. Nie jestem co prawda łysiejącym 40-kilkulatkiem, tylko łysiejącym 20-kilkulatkiem, ale mam już kilkanaście lat grania za sobą i tysiące godzin, które mogłem przeznaczyć na naukę gry na akordeonie albo uczenie się na pamięć wersetów świętych ksiąg hinduizmu. Wolałem jednak grać i nie żałuję.

Wracając do głównego wątku tego wpisu – w mojej skromnej opinii nie było takich innych 365 dni, w których pojawiłoby się tak wiele tytułów aspirujących nie tylko do miana gry roku, ale i dekady, a nawet wszechczasów. Było ich tak dużo, że z połowy nie zdążyłem w ogóle ograć, więc początek przyszłego roku będę miał bardzo pracowity. Zwłaszcza że w odbywaniu odyseji z Marianem i patrzeniu się na walory 2B z chęcią będzie chciał mi przeszkodzić nowy Monster Hunter.   

Rok 2017 postanowiłem podsumować klasycznie, wspominając najlepsze gry obadane przeze mnie w ostatnich miesiącach, które przypisałem do jak najgłupszych kategorii, jakie byłem w stanie wymyślić. Jedziemy.

PS. Na drugiej stronie zrobiłem mały kącik muzyczny z utworami z gier, w które grałem w tym roku. Enjoy!

Być może najlepsza gra w tym roku

Persona 5

Gra roku? Możliwe, ale nie mogę patrzeć, jak podczas wypowiadania tych słów Zelda płacze. jRPG roku? Niby tak, ale pewna postać z Xenoblade Chronicles 2 grozi mi zniszczeniem wszechświata, jeśli to napiszę. Tak czy siak, Persona 5 to objawienie, stylistyczno-muzyczne cudo i tytuł, dla którego kupiłem PS4. Musicie go znać, jeśli na widok słowa „anime” ostatni posiłek nie podchodzi wam do gardeł.

Piąta odsłona najbardziej znanej serii Atlusa (Shin Megami Tensei dupa cicho) od poprzednich części robi lepiej dosłownie wszystko:

  • wygląda cudownie – te animacje ataków, a nawet menusów,
  • brzmi jeszcze lepiej – ta jazzująca ścieżka dźwiękowa Shojiego Meguro,
  • porusza – wątek z Futabą to jeden z najlepszych fragmentów gier w ogóle,
  • wali po dupie – nie, wy zwyrole, nie o to chodzi. Po prostu bossowie na hardzie stanowią wyzwanie, a walka z każdym z nich jest inna,
  • trwa długo – na tyle długo, że i tak chciałbym, by trwała dłużej.

To co, teraz czekamy tylko do 2023 na Personę 6? Na szczęście w międzyczasie dostaniemy osiem spin-offów, pięć remake’ów, a Shoji Meguro nagra trzy albumy. Bawcie się dobrze panowie.

Najwięcej niewiele zakrywających biustonoszy i krótkich spodenek

Xenoblade Chronicles 2

Sprowadzenie Xenoblade Chronicles 2 do miana „tej trzeciej po Bayonettcie 1 i 2 gry na konsole Nintendo, którą ominęła cenzura” byłoby sporym uproszczeniem, chociaż fakt faktem – czegoś takiego spodziewałem się raczej po grze opisywanej powyżej. Fanserwisu ci tutaj dostatek i aż trudno to wszystko strawić.

Pod stosem cycków czai się jednak zjawiskowa gra z gatunku japońskich rolplejów, która – boże, wybacz mi – wcale nie ustępuję swojemu poprzednikowi z Wii. A ten jest przecież jednym z najlepszych jRPG-ów w historii. Tetsuya Takahashi i spółka dostarczyli grę, która onieśmiela rozmiarem przedstawionego świata, wywołuje najróżniejsze emocje kolejnymi scenkami fabularnymi, robi wrażenie rozbudowanym system walki w czasie rzeczywistym i pokaźnymi możliwościami rozwoju postaci. Zachwyca także niezwykle zróżnicowaną muzyką, skomponowaną przez prawdziwie międzynarodową, japońsko-słowacko-irlandzko-angielską obsadę, dowodzoną przez „tego gościa od ścieżki dźwiękowej z Chrono Triggera”, Yasunoriego Mitsudę  – mamy nie tylko orkiestrowe symfonie i gitarowe kawałki, ale też chociażby śpiewy chóralne. KOS-MOS (pun intended).

Xenoblade Chronicles 2 to ostatnia wielka gra 2017 roku i perełka w koronie Switcha. Oby Monolith Soft dostarczył coś jeszcze na tę konsolę, bo to obecnie  – obok Atlusa – mój ulubiony deweloper third-party.

Piaskownica, w której chciałem bawić się

The Legend of Zelda: Breath of the Wild

„Nowa Zelda z otwartym światem? Pogrzało was tam od tego sake?” – myślał sobie Elancheski po ujawnieniu, że Breath of the Wild będzie sandboksem. Okazało się jednak, że nie jest to kolejna kancerogenna „piaskownica”. Po prostu wystarczyło, by za ten styl rozgrywki wzięło się Nintendo.

Jakieś 150 godzin w Zeldzie to prawdopodobnie najlepszy czas spędzony przeze mnie przy jakiejkolwiek konsoli w tym roku, przynajmniej pod względem czystej rozgrywki. To nie jest tak, że ta gra jest przehajpowana, bo wyszła na śmieszny tablet i starszą konsolę, której nikt nie kupił, i tylko z tego powodu – ewentualnie dzięki pieniądzom Nintendo – dostała takie, a nie inne oceny. To tytuł z otwartym światem, która nie zawraca dupy graczowi i pozwala mu robić to, co chce. Promuje zarówno eksplorację, wynagradzając zwiedzanie zakamarków nie tylko kolejnymi znajdźkami (które też tutaj są, ale nawet jeśli jakąś zlokalizujemy, musimy sobie na nią najpierw zasłużyć), jak i konieczność wysilenia szarych komórek – filmiki z możliwością całkowitego ominięcia zagadki z kulką widzieli już chyba wszyscy, a to tylko wierzchołek góry lodowej tego, jak można zabawić się z fizyką w najnowszych przygodach Linka.

Nie wiem, czy chcę, by Nintendo już na zawsze – albo przynajmniej na długo – pozostało przy formacie rozgrywki zaprezentowanym w „Oddechu Dziczy”. W końcu uwielbiam też klasyczne Zeldy, zarówno te trój-, jak i dwuwymiarowe. Pozostaje liczyć na kolejny ciekawy eksperyment z serią, który udowodni, że można klepać jeden cykl przez 30 lat i nadal zaskakiwać nawet jego największych fanów.

Idealnie odgrzany kotlet

Dragon Quest VIII:  Journey of the Cursed King

Serię Dragon Quest poznałem już (albo dopiero) w 2016 roku, gdy na 3DS-ie zagrywałem się w siódmą część serii. Nie mogłem więc przepuścić okazji nabycia drogą kupną także „ósemki”, o której czytałem jeszcze pozytywniejsze opinie.

No i kupiłem. I grałem wiele godzin. I faktycznie okazało się, że „Podróż Przeklętego Króla” to brylant w dorobku Square Enix. Walka jest tu prosta, można by powiedzieć nawet, że prostacka; pozbyto się też systemu klas z poprzednika. Tę grę trzeba jednak ograć dla doświadczenia podróży z kompanią niezwykle ciekawych indywiduów, podczas której spotkałem jeszcze więcej postaci niezależnych, również wartych poznania. Robotę robi zwłaszcza angielski dubbing, do którego zaprzęgnięto aktorów z całego świata, nawet tych, dla których język Szekspira nie jest rodzimym. Ględzący w cockney Yangus, posługujący się piękną angielszczyzną Król Trode i Angelo, zadziorna Jessica czy komiczny Morrie – to właśnie aktorzy głosowi wydobyli z tych postaci charakter.

Jest w tej serii coś, co wyjątkowo mocno ze mną rezonuje i jedenastka odsłona cyklu to ta gra, na którą najbardziej czekam w 2018 roku. Oby tylko faktycznie się u nas w tym 2018 pojawiła.

Ledwo odsmażony kotlet, ale i tak jem

Pokemon Ultra Moon

Początkowo miałem w ogóle nie kupować nowych Poksów. Rok temu grałem przecież w zwykłe Moon i dobrze wiedziałem, że wersje Ultra nie zaoferują zbyt wielu nowych zmian. Ale jakoś tak się zdarzyło, że uzbierałem sobie sporo zniżki w takim pewnym sklepie i – nie mając na oku nic innego, a ręka mnie świerzbiła – wykorzystałem ją, by zgarnąć wersję „Ultraksiężycową” prawie za darmo. Cebula we mnie silna.

W Poksy gram właśnie teraz  – prawie cały grudzień poświęciłem na Xenoblade’a – i muszę przyznać, że cokolwiek by do tych gier nie wrzucili, schemat rozgrywki polegający na łapaniu nowych stworków, trenowaniu ich i biciu kolejnych trenerów, aż nikt mi nie podskoczy, nie znudził mi się od kilkunastu lat i prawdopodobnie nie znudzi nigdy. W stosunku do gier z ubiegłego roku różnic jest tyle, co kot napłakał, ale te, które są, wypadają nieźle. Dostałem sporo dodatkowych scenek (w tym z siostrą Joy!), surfowanie na Mantine czy nieco zmienione Triale, a słyszałem, że im dalej w grze, tym rozbieżności jest więcej.

Niespieszne przechodzenie gry powinno mi zająć jeszcze co najmniej kilka dni, po czym omijam mające mieć premierę w styczniu 3DS-owego wznowienie Pokemon Crystal i czekam na pełnoprawne Poksy na Switcha. Nintendo, wy gnoje, czemu nie daliście tej wersji razem z Goldami i Silverami we wrześniu (z nostalgii – druga generacja to moje pierwsza – kupiłem te drugie i przeszedłem ze smakiem)? Nie wydam kasy dwa razy na prawie to samo.

Przecież mi się takie rzeczy nie zdarzają, nie?

Kogo ja chcę oszukać…

Populacja osób ze złamaną szczęką zwiększa się

Yakuza Kiwami

Po przejściu Persony 5 moje PS4 od dłuższego czasu zbierało kurz, ale że trwała letnia posucha i na 3DS-a nie wychodziły akurat żadne interesujące mnie gry, postanowiłem spróbować czegoś nowego. Yakuza Kiwami okazała się być strzałem w może nie dziesiątkę, ale solidną ósemkę na pewno.

Mafijne porachunki Kazumy Kiryu były dla mnie miła odmianą po tych wszystkich gierkach dla dzieci. Świat gry to zaledwie jedna dzielnica Tokio, wzorowane na Kabukichō Kamurocho, ale nie brakuje w niej ani aktywności, ani gąb do obicia. No właśnie, gąb – gra od SEGI ma tak przyjemną i efektowną walkę, że nawet jeśli nie musiałem z kimś walczyć, to i tak to robiłem, bo jak można nie wykorzystać okazji do ponownego rozpłaszczenia komuś twarzy na ścianie? Tak się rodzi przemoc.

Kiwami to dobry film z Yakuzą w roli głównej, tylko zamiast oglądać walki, toczysz je samodzielnie. To jedna z serii, którą będę chciał zbadać bardziej w 2018 roku, zaczynając zapewne od odsłony 0 i czekając na odświeżoną „dwójkę”. A może zaopatrzę się wreszcie w to PS3 i nadrobię ten milion gier z tej maszynki, który warto ograć, w tym trzy kolejne Yakuzy? Czas pokaże.

Najwięcej śmierci na ostatnim bossie

Etrian Odyssey V: Beyond the Myth

Atlus znowu to zrobił – sklecili jakiś labirynt, wypełnili go potworami, polecili Yuzo Koshiro skomponować trochę muzyki, zamieszali i zamknęli to wszystko w pudełku jako kolejną odsłonę niskobudżetowej serii, do której wzdychają domorośli kartografowie.

Etrian Odyssey V to nic nowego – a w pewnym sensie nawet krok w tył, bowiem piąta część serii jest wykastrowana z w wielu elementów wprowadzonych w „czwórce” – ale zostało to, co najważniejsze: ciągła chęć zbadania, co czai się za najbliższym rogiem. A potem oznaczenia tego na mapie na dolnym ekranie 3DS-a. Być może o to chodziło twórcom, a może to tylko cięcia na rzecz szybszego wydania gry – tego nie wiem. Ale bawiłem się świetnie, o ile tę podróż przez mękę, w której nawet ruszający się orzech zabija twoją najbardziej napakowaną postać jednym ciosem, bo się akurat zdenerwował, można w ogóle nazwać zabawą. 

„Piątka” to druga po Untold odsłona serii, którą udało mi się skończyć i jedyna, w której zdecydowałem się na kontynuowanie rozgrywki w post-gamie. Jak się okazało, ku mojej zgubie, gdyż ostatni boss zaorał mnie tak wiele razy, że nie pomogło mi zhańbienie się kupnem DLC za 8 zł, dzięki któremu mogłem szybko podbić poziomy postaci do maksimum. Ostatecznie usunąłem ponad 90-godzinny zapis i sprzedałem grę bez jej sfinalizowania. To się chyba nazywa „rage quit”. Ale i tak było warto.

Najwięcej dziewoj wyrwanych na płody rolne

Story of Seasons: Trio of Towns

Sympatykiem serii Harvest Moon (Story of Seasons to jej nowa nazwa na Zachodzie. Ostatnie Harvest Moony to tylko haniebna próba oszukania niezorientowanych konsumentów przez Natsume. Piszę to przy każdej okazji, bo należy im się za to solidny karny beniz) jestem od dawien dawna, choć nie zaczynałem jak większość graczy w Polsce od odsłony na PSX-a, a od „trójki” ze Stadionu Dziesięciolecia na Game Boya Colora. Najwięcej czasu spędziłem jednak z inną odsłoną, Friends of Mineral Town, którą ogrywałem w równie legalny sposób, bo na emulatorze. Takie czasy.

Jak pierwsze Story of Seasons zupełnie mi nie podeszło, tak „Trio Miast” wciągnęło mnie od samego początku. Może za sprawą o wiele krótszego niż poprzednio samouczka? Trudno powiedzieć. Wiem tyle, że tym razem chciało mi się uprawiać te rzepy i kartofle, karmić kury i krówki, a także bałamucić dziewczyny z każdej wioski (z nadzieją, że nie dowiedzą się o sobie nawzajem). A ostatecznie i tak żadnej nie zbałamuciłem na tyle, by zamieszkała na mojej farmie. W grze jak w życiu.

Najbardziej wannabe Zelda

Ever Oasis

Lubię Zeldy i sprzedałbym starego, gdyby mi na jakąś akurat brakowało, więc Breath of the Wild nie mogło być jedyną, którą w tym roku ograłem. Jakoś nie chciało mi się po raz wtóry wracać do Oracle of Ages i Seasons w tym roku, więc zdecydowałem się na twór zeldopodobny pod tytułem Ever Oasis, które – uwaga, hejterzy – jest nowym IP od Nintendo!!!111

„Na zawsze w Oazie” nie jest grą dla tych, których wywalili z Oazy, bo byli za starzy, a dla tych, którzy lubią penetrować zapomniane przez bogów i ludzi podziemia, a dodatkowo cenią serię Animal Crossing. Oprócz warstwy typowo zeldowej, polegającej na łażeniu i walce, jest tu także rozbudowa własnej oazy, rekrutowanie nowych mieszkańców i dbanie o ich szczęśliwość. A że zadowala ich byle grat z pustyni albo zabicie kilku niewinnych istot ją zamieszkujących (nie wnikam w psychikę tych popaprańców), to nie miałem z utrzymaniem niemal komunistycznej harmonii wielkiego problemu.

Mówiąc poważniej, mam nadzieję, że nie był to jednorazowy wyskok i zobaczę na Switchu sequel tej sympatycznej pozycji. Ma potencjał, chociaż jest co poprawiać, bo pomimo niezbyt długiego czasu koniecznego do jej ukończenia, gdzieś w połowie przygody zacząłem odczuwać zmęczenie powtarzalnością rozgrywki. W końcu lepiej, by odpowiedzialne za grę studio Grezzo robiło coś swojego, niż klepało kolejne porty Zeld, no nie?

Bo to kolejna część serii, w której można bić ludzi wałkiem

Splatoon 2

Splatoon i Mario Kart 8 na Wii U to gry, które, niestety, wciągnęły mnie w rozgrywkę po sieci. O ile Mario Kart 8 Deluxe na Switcha to port po linii najmniejszego oporu i szczerze mówiąc nie chce mi się już ścigać z tymi Japończykami, tak w sequel Splatoona (tak naprawdę to raczej Splatoon 1,5, ale ciii) chętnie się zaopatrzyłem. Bo nowe mapy, tryby i noobki czekające na dostanie wałkiem po głowie.

Splatoon 2 na premierę wyglądał tak, jak powinna część pierwsza, która była niesamowicie uboga w zawartość. Teraz gra wystartowała z 3 trybami rankingowymi, jednym nierankingowym, jednym kooperacyjnym, kampanią, kilkoma mapami i sporą liczbą broni. A z każdym tygodniem Nintendo dodawało (i nadal dodaje) kolejne, dorzucając do tego chociażby okolicznościowe eventy, w których trzeba było opowiedzieć się po jednej ze stron kilku ważkich konfliktów. Po co ratować świat, gdy można strzelać się za majonez lub keczup? Albo rolkę papieru toaletowego zawieszoną przodem bądź tyłem? No właśnie.

Mam nadzieję, że w 2018 do gry nadal będą trafiać kolejne dobrocie, bo nabyłem ją dopiero w grudniu i lepiej co jakiś czas zostać obdarowanym nowym etapem czy wiadrem na fabrę, niż przyjść na gotowe. Chociaż i tak nie nabiję w „dwójce” aż tylu godzin co w jedynce, ale to akurat dobrze.

 

 

Powyższa dziesiątka to oczywiście nie wszystkie gry, w które grałem, ale i tak wyszło mi tego bazgrolenia całkiem sporo. Nie poruszyłem tematu gier nie z tego roku, na przykład ogrywanych na Vicie Persony 3 czy Atelier Rorony, kilku mniejszych pozycji na 3DS-ie czy pykania od czasu do czasu w PES-a 2017. Powiedziałbym, że to właśnie ta dycha tytułów zdefiniowała mój growy rok 2017. Niestety nie znalazło się na niej multum pozycji, w które chciałem zagrać, ale i tak, pomimo rzępolenia na różnych konsolach pewnie z 1000 godzin, nie znalazłem na nie czasu.

Takie to było obfite w growe perełki 365 dni. Pozostaje życzyć sobie i Wam, by 2018 był jeszcze lepszy.

Tagi: podsumowanie roku

Przejdź do strony
Oceń notkę
+ +11 -

Oceń profil
+ +37 -
Elancheski
Ranking: 962 Poziom: 42
PD: 10225
REPUTACJA: 3845