Blog użytkownika Ashin

Ashin Ashin 16.01.2018, 22:49
Assassin's Creed Unity – rewolucja piękna, ale płytka.
1135V

Assassin's Creed Unity – rewolucja piękna, ale płytka.

Wielu z nas graczy zakochało się w serii Assassin's Creed. Wiemy również o tym, że seria w końcu złapała zadyszkę. Dziś wiemy, jak dobrym pomysłem była krótka przerwa, a Origin's zbiera świetne recenzje. Czy jednak Unity było zapowiedziom tych wydarzeń? Czy można było zacząć szybciej reagować na powolną stagnację serii?

Zabieram się do tego tekstu jak pies do jeża, chyba momentami sam wyszukuje sobie wymówki. No, ale cóż mogę poradzić? Wróciłem do kampanii DoW2:Retrubution i jak już się dorwę do kompa gram i gram i gram. No, a jeszcze legendy wspominają o tym, że jest coś takiego jak życie towarzyskie, no i praca jeszcze. Ta ostatnia zabiera najwięcej czasu i chęci. No, ale w końcu klepię w te klawisze i mam okazję podzielić się moimi wrażeniami z AC:U, zwanego również Bugity, czy też Glitchlity i innymi ciekawymi epitetami. Bo gra zasłynęła już wręcz legendarnymi problemami wraz w dniu premiery i cudowną optymalizacją dla przedstawicieli PCMaster Race. Po takim czasie od premiery gra wyzbyła się wielu błędów, a na konsoli raczej nie uświadczyłem większych problemów. Na pewno jednak nie było idealnie i osoba bardziej przywiązująca uwagę do zagadnień technicznych uwieczniłaby pewnie niejeden, ani nie dwa, a więcej glitchy i bugów. No, ale cóż zapraszam na rewolucję – która nie nadeszła!

 

Graficznie gra wywarła na mnie spore wrażenie. Ja wiem, że są już ładniejsze tytuły i hdr'y i cuda na kiju. Legendy głoszą, że pomału widać już jak włosy łonowe pannicom sterczą na widok naprężonych muskuł wiedźminów, ale ja zdecydowanie należę do plebsu zachwycającego się mniejszą złożonością detali. Szczególnie, że Paryż ma wiele do zaoferowania. Czasy rewolucji francuskiej to czasy o których uczyliśmy się w szkole. Kojarzymy wzrokowo część obrazów, wiemy jak zakończyła się ta cała afera i przewrót. Znajdujemy również niektóre budynki, które niektórzy być może już widzieli, a inni wzdychali do nich patrząc na obrazy lub filmy. To dobry klimat na tworzenie opowieści assassyńskich i przede wszystkim na kreowanie świata w którym europejski odbiorca poczuje się swojsko, a amerykański zafascynowanie. Jest kolorowo, wszak rewolucjoniści przyodziewali charakterystyczne kolory, jest piękna gra świateł, ale zarazem wszystko ma ten swój charakterystyczny brud. To niespokojne czasy, obok pięknych kamienic widzimy płonące stosy, jakieś bójki uliczne. Bohaterowie niezależni potrafią się przepychać walcząc o swoje poglądy, wykrzykując rewolucyjne lub także antyrewolucyjne hasła. To wszystko tworzy iluzoryczny obraz żyjącego miasta. Zdarzało mi się, że naprawdę przystanąłem na szczycie jakiegoś budynku i podziwiałem panoramę. Nie dzieje się to często w moim przypadku, więc mogę to swobodnie uznać za sukces. Udźwiękowienie zaś jest na swoim miejscu, nie urzeka, ale tez nie przeszkadza. Aktorzy zostali dobrani dobrze, muzyka też przygrywa odpowiednio. To sztampa i solidna rzemieślnicza robota. Lepsze to, niż nieudolnie dobrani aktorzy, albo irytujący podkład w grze. Brak jednak tej grze pod tym kątem mocnego pazura, czegoś czym by się wyróżniała... Brak jej... Szantów... Nie znów zaczynam o Black Flag'u pisać... No, ale nie da się tego uniknąć. Muzyka odstaje w porównaniu z opowieściami o piratach, aczkolwiek jej odbiór jest uzależniony od naszych preferencji. Paryż niezwykle piękny, ale też pusty, ale o tym opowiem trochę później. Ograniczenie się do jednego miasta wprowadziło poczucie monotonii i na dłuższą metę, nie chce się podróżować po zobaczeniu połowy miasta.

 

No, ale to najbardziej przekłada się na rozgrywkę. Próbowano wprowadzić nieudolnie kosmetyczne zmiany do rozgrywki. Od teraz część budynków była dla nas otwarta – choć częściowo. Miało to pozwolić na tworzenie ciekawych lokacji do skrytobójstw, a także ukrywania znajdziek. Efekt jest taki, że bieganie wokół drzwi i szukanie wejścia do nich męczy. Czasem orli wzrok pokazuje skrzynię i obiegamy ją z każdej strony, ale nie możemy się do niej dostać, bo jest to np. w budynku obok do którego prowadzi jedno jedyne wejście i jest to małe okienko na dachu. Gorzej, kiedy wejście znajduje się w sieci sporych kanałów, po których nawigacja to koszmar. Zwiedzanie ich to koszmar – przynajmniej dla mnie i w ogóle kiedy musiałem do nich wejść to miałem ataki malarii. Gra przez to straciła na dynamice, a co gorsze osławione akcje skrytobójcze straciły rozmach. W moim wypadku jakoś ciężej przemykało mi się do celu. Alarm wzbudzałem częściej, wąskie korytarze nie wspierały swobodnego planowania zabójstw. To nie otwarte tereny z Black Flag, czy świetnie tworzone miejscówki w Brotherhood. Miało być lepiej, a wyszło gorzej. No i wspinaczka. Ach najmocniejsza strona serii, a zarazem jej pięta achillesowa. Z jednej strony od zawsze kochaliśmy wspinanie się po budynkach jako Ezio, Edward czy Altair. Brakowało nam natomiast często nieco większej kontroli nad protagonistą. Ile razy klnęliście, gdy zamiast biec prosto wasz zabójca zaczynał się wspinać? Lub zamiast wyżej, skoczył nieco niżej? No i twórcy Unity poszli po rozum do głowy i wprowadzono dwa klawisze odpowiadające za wspinanie się w górę, lub w dół. No i na papierze wygląda to cudownie. Jeżeli mamy przeszkodę i da się ją ominąć na dwa sposoby - więc podczas pościgu niejednokrotnie będziemy woleli pokonać dystans pod stołem, a podczas ucieczki może okazać się pomocne zwiększanie wysokości na której porusza się nasza postać. No i nie wiem jak tego dokonali, ale wspinało mi się gorzej. Za to przestałem włazić na dachy, bo przemieszczanie się chodnikiem stało się wygodniejsze, gdyż nasz bohater co rusz nie próbował podróżować wyżej i nie blokował się na prostych niskich obiektach.

Wąskie korytarze, nieintuicyjne momentami poruszanie się bohaterem, no i znana wszystkim walka. Cóż, nie wiem jak to zrobili, ale w Unity paruje mi się źle, a to było przecież podstawą w systemie walki w tej serii. Możliwe, że wpływ na to ma rodzaj broni jakiej się używa, ale mimo wszystko nawet podczas pojedynków szermierczych ciężko było mi wyczuć moment parowania ataku. Nie uświadczyłem takiego uczucia w żadnej innej części AC, w Batamanach także miałem to opanowane. I nie mówię, że mam szybkość reakcji niczym gepard, a nauki refleksu dawał mi sam Raiden, ale nie mam aż tak wolnej reakcji 'oko-palec' i po czasie przyzwyczajam się do tempa gry. W tym AC - no nie potrafiłem. Dodatkowo pomysł z różnymi broniami być może i był w zamyśle fajny i miał rozwinąć system walki, ale jakoś tego nie odczułem. W sumie to nawet nie pokusiłem się o zmianę typu broni i postawiłem na miecz. Jednak odczuwalnym było walczenie z przeciwnikiem z toporem, mieczem, lub włócznią i wymagało nieco innej taktyki. Dobra przesadziłem z tą taktyką, gości z bronią ciężka i włóczniami unikałem, a cięcia mieczem próbowałem parować. Próbowałem to idealne słowo – poza tym w poprzednich odsłonach przeciwnicy także dzielili się na kilka rodzajów. Ginąłem częściej i wydawało mi się to nie z mojej winy. Zasadzki się nie udawały, nie czułem nawet chęci próby powtarzania misji. Kilka nawet podejrzałem w necie i inni też urządzali tak krwawe jatki. Nie wiem, może ja nie miałem serca do tej gry, ani chęci odwzorowania prawdziwych skrytobójczych akcji....

Podobało mi się natomiast rozwinięcie ekwipunku. Co prawda wynika to z mojego natręctwa w grach, bo uwielbiam zmieniać przedmioty, zbierać je i kupować. Daje mi to poczucie progresu i przeciwnicy, którzy wcześniej byli bardzo trudni stają się dużo łatwiejsi – Waaaaa ja znaleźć nowy rębacz! Ja miaszczyć!. Co prawda sposób w jaki stworzono kupowanie ekwipunku jest dość słaby, bo wymaga od nas naprawdę sporo grindu – niemniej jednak dla mnie okazał się mało inwazyjny. Nie przetestowałem jednak w ogóle trybu dla wielu graczy. Być może moje niepowodzenia w singlu sprawiły, że nie czułem chęci, ani potrzeby by spróbować pograć on-line. Być może to mój błąd i ktoś z was ma większe doświadczenie w tej kwestii – jeżeli tak to cytując klasyk 'wiecie co z nim zrobić', czyli zapraszam do komentarzy – wspominałem jak bardzo lubię je czytać?

Kolejny problem pojawia się z fabułą. Tak wiem zawsze chcą mnie ukrzyżować, ale najlepszym Assassynem jest Edward Kenway i basta, nie przyjmuję jakiejkolwiek próby dyskusji w tej kwestii – moje zdanie mam do tego prawo, wy macie prawo do swojego no, ale generalnie wiecie :). Ezia polubiłem, z Conoher potrafiłem się utożsamić, a może bardziej zrozumieć pobudki jego poczynań – sama końcówka AC III gdy Conor widzi, że wszystko o co walczył legło w gruzach jest po prostu genialne. Altair był dla mnie na tyle neutralny, że ani mnie nie ziębił, ani nie grzał. Nie miał w sobie nic co lubiłem, ale też nic czego bym nie lubił. Natomiast z Arno mam cholerny problem. Na początku strasznie go polubiłem, ot zadziorny młody chłopak. Część z was pewnie znalazło wspólne cechy z Ezio w młodości, potem śmierć opiekuna i 'prrrrryt' Arno się mocno zmienia. Staje się zawzięty żądny zemsty, nagle wpada w alkoholizm, nagle nirwana zabójca doskonały. Ten, który kocha i zna kodeks. No i nagle tak siedzę i sobie myślę łot da fak niga dżast hapend? Absolutnie nie kupiłem przemiany Arno, absolutnie nie rozumiałem chęci jego zemsty. Przecież wychowywał go Templariusz, prawdopodobnie zamieszany w śmierć jego ojca, twórcy nie dali mi możliwości zrozumienia tej relacji. Tak ja wiem, że tamten go przygarnął, no ale co z tego? Nie pokazano mi wycinków z jego młodości, jego stosunków z ojcem Elizy, a ona to już kompletnie inna para kaloszy. Budowanie relacji skrócono do... samouczka i krótkiego etapu gdy jako dziecko bawiliśmy się z nią i ganialiśmy po jakimś budynku. No super, zakochałem się od razu. Twórcy powiedzieli, że ja czyli Arno mamy z nimi korelacje, tatusiek Elizy był dla nas dobry, a w niej samej zakochaliśmy się, no i nas rozdzielono bo ta zaczęła gdzieś studiować, no i w ogóle tragedia na resorach. Pomijam fakt, że ona doskonale wiedziała, o tym że ojciec Arno był assassynem, że jej ojciec był wielkim mistrzem zakonu Templariuszy i ona generalnie na Templariusza się szkoliła i w jednej chwili potrafiła odrzucić wszystkie uczucia wobec Arno - bo zakon. Nie no relacja wspaniała. No chociaż zgwałciła Arno w balonie, ale potem zostawiła. Jeżeli jakaś pani to czyta i myśli o fantazjach nocnych mężczyzn to tak właśnie je przedstawiłem. Kochamy zimne s..., które nas gwałcą – za obopólna zgodą wszak mężczyzny nie da się zgwałcić, oraz wykorzystują na każdym kroku. Arno zmieniał się podczas tej kampanii tyle razy, że jak już zaczynałem go lubić to był po chwili zupełnie inny. No i na co mi te dramaty? Na co ten bez? Ja wiem, że jestem staromodny, że gram w single i oczekuję dobrej fabuły dłuższej niż na 6h, no ale ludzie co ta gra oferuje poza rozgrywką singleplayer? No, a ubi potrafi stworzyć fajne postacie, które pokochamy. A z tych tu ajbardziej lubiłem chyba markiza De Sade, złamas niemiłosierny, ale mój złamas. Momentami wręcz zaczynałem kupować ideologię templariuszy, bo Assassyni jacyś tutaj miałcy.

No i motyw teraźniejszości – uwaga nie ma go! Uwaga spoiler allert! Nie ma Desmonda(łau nie?) i nie łazimy po abstergo jako nasz rzekomy awatar w tym świecie! Bujakasza! Zwycięstwo! O takie polskie żem ja walczył! I takie podejście do teraźniejszego elementu w Assassynach! Zamiast tego dostałem krótkie sekwencje z przemieszczaniem się od punktu A do B, bo rzekomo Abstergo nas namierzało i musiałem zgubić pościg w Animusie – fajne było to przejście i pomieszanie czasów. To pozwalało na przesuwanie czasu i dobieranie interesujących z punktu widzenia fabuły momentów w życiu Arno – ach kryzys alkoholowy.... Piękna sprawa, to chyba takie nawiązanie miało być do odrodzenia, wiecie feniksy i te sprawy, zamek żywiołaków i 4 stwory 7poziomu na tydzień.... I wolę to rozwiązanie, chociaż dla mnie zupełnie niepotrzebne – bo przecież po prostu oprogramowanie animusa powinno nam pozwolić dostęp do dowolnego okresu życia naszego przodka, ale lepsze to niż etapy z Desmondem – nienawidziłem ich, tudzież etapy w siedzibie Abstergo. Jednak te ostatnie posiadały swoje smaczki – ach jak kochałem nagranie z egzekucji Desmonda <3.

No, ale grę ukończyłem. To nie była katorga na miarę AC1(kończyłem go po opowieści o Ezio i Edwardzie, sami rozumiecie problemy technologiczne i takie tam....), nie była to jednak niesamowita przygoda. Niespecjalnie nawet załączył mi się chomik i latanie za skrzyniami. Wielopoziomowy Paryż był dla mnie w większości nieczytelny, a i zyski z misji były na tyle wysokie, że uzupełniałem ekwipunek bez problemu. Jako, że to gra kupiona na promocji w Biedronce nie żałuję godzin spędzonych w niej i zwróciła mi swój koszt w pełni. Gdybym jednak kupił ją na premierę to bym chyba się rozpłakał. To dobra gra, ale mam poczucie tego, że dało się ją dopracować. Wszelkie niedoróbki technicznie można było zakryć wspaniałą fabułą i już mam nad czym się rozpływać. Nie dziwię się, że seria musiała w końcu mieć przerwę -a czekam aktualnie na Origins'a i zobaczymy, a gdzieś jeszcze czeka mnie przeprawa z Syndicate. Kocham Gangi Nowego Jorku i boje się czy gra podoła moim oczekiwaniom, chociaż i tak są już dość mocno zaniżone. Ogółem gra takie mocne 5/10 miałka we wszystkim co robi i brak jej natchnienia, ale jest to kolejna rzemieślnicza i dość porządna robota. Za 69zł lub taniej warto odhaczyć kolejnego Assassyna, jednak zapowiadana rewolucja nie nadeszła. A szkoda.

Na koniec mam do was pytanie. O ile ktoś jeszcze do tego momentu dotrwał. Zastanawiam się nad zrobieniem krótkiego cyklu o Warhammer 40k SoulStorm. Przejść kolejny raz kampanię – rasą wybraną z waszą pomocą. Pytanie czy chcielibyście coś takiego zobaczyć w moim wykonaniu. Czy interesowałaby was relacja pisemna, a może nagrania, albo stream – mówię z góry w dość podłej jakości niestety z rozgrywki wraz z możliwością rozmowy. Czy może jest to uderzanie z motyką na księżyc i całkowita strata czasu? Co sądzicie?

Tagi:

Oceń notkę
+ +7 -

Oceń profil
+ +58 -
Ashin
Ranking: 1584 Poziom: 37
PD: 7095
REPUTACJA: 4624