SKLEP

Blog użytkownika Ashin

Ashin Ashin 12.08.2017, 12:53
[Love&Hate]Final Fantasy VII – 'pierwszy taki Final'
600V

[Love&Hate]Final Fantasy VII – 'pierwszy taki Final'

Istnieją takie gry, które regularnie pojawiają się na wszelkich top listach najlepszych gier, są też te które zostały znienawidzone przez praktycznie wszystkich. Opowiedzenie się po przeciwnej stronie barykady oznacza – często lecz nie zawsze, falę hejtu ze strony wielu graczy. Zapraszam na mam nadzieję dłuższy cykl Love&Hate, gdzie przyjrzymy się ukochanym, lub znienawidzonym produkcjom.

Musimy uświadomić sobie jedną rzecz. Final Fantasy VII to pierwsza odsłona serii w 3D i mimo że dziś może dziwić ten fakt posiadała ona naprawdę świetną grafikę. O ile modele postaci z widoku mapy nie zachwycają, to już wchodząc do walki widzimy dużo lepiej wykonane modele. No i przerywniki animowane, to była klasa sama w sobie w tamtych czasach wydawały się wręcz być świetnie wykonanym filmem animowanym – i po upływie lat daje wyglądają dobrze, niestety rozdzielczość jest niska. To wywarło na graczach spore wrażenie. Dodatkowo gra ciągnęła tematykę futurystyczną z poprzedniczki, która została ciepło przyjęta. Nie oszukujmy się Japończycy potrafią po mistrzowsku mieszać gatunki i ich mariaż z fantastyką i sci-fi wychodzi im praktycznie zawsze dobrze. Rozbudowano system walki, bez wielkich zmian, dano większą kontrolę nad rozwojem postaci za pomocą materii umieszczanych w orężu i generalnie poprawiono bardzo wiele rzeczy. Historia również wydawała się bardzo dojrzała, pełna zwrotów akcji – to właśnie w tej części poznaliśmy Sephirotha uznawanego za jednego z najlepszych antagonistów w grach, to w tej grze poznaliśmy gorzki smak rozstania, gdy Aeris umierała na naszych ramionach. Wiele czynników przełożyło się na sukces tejże części. Wiele, a w tym także nostalgia.

Historia toczy się wokół perypetii Clouda, żołnierza oddziałów specjalnych. On i jego dwóch przyjaciół Tifa i Barret chcą rozwikłać co dzieje się z ich miastem, a także dowiedzieć się dlaczego dawny przyjaciel głównego bohatera – Sephiroth, mówiąc krótko ześwirował i postanowił odejść pozostawiając po sobie pożogę i rozpacz. Gra skupia się na relacjach między bohaterami i stara się stworzyć między nimi, a nami więź – co imo wychodzi jej bardzo dobrze. Na naszej drodze poznamy również innych bohaterów, którzy postanowią dołączyć do naszej wesołej kompanii. Postacie takie jak Vincent znalazły wielu fanów, ze względu na ich wygląd, jak i często charakter. Większość z nich kryła w sobie również tragiczne historię. Warto tutaj wspomnieć chociażby o Red XIII, przedstawicielem rasy o aparycji wilków. Był on obiektem wielu eksperymentów, od których podczas naszej podróży uwalniamy go. Również nienawidził swojego ojca, który jak sądził porzucił go i stchórzył gdy go potrzebowano, z czasem prawda okazuje się zupełnie inna. Wielu graczy oszalało na punkcie fabuły FF VII ukazując ją jako przykład dla wielu gier.

Sam system walki był rozwinięciem tego co już znamy. Bez niepotrzebnych udziwnień jak w niektórych częściach. Spośród naszych sprzymierzeńców wybieraliśmy 3(o ile nie narzucała nam fabuła kształtu drużyny), a każdy bohater różnił się statystykami, używaną bronią i atakami specjalnymi. Do części z oręża mogliśmy montować różne materie dodające nam czary i przywołania, co pozwalało nam na modyfikację umiejętności, które nas interesowały, przez co drużyny między graczami sporo się różniły. Każdy gracz miał swoich ulubionych bohaterów z którymi związał się na czas swojej przygody. Co ciekawe gra skrywała w sobie wiele sekretów, nie tylko w postaci materii. Mogliśmy również odkryć poukrywane części legendarnego ekwipunku, a nawet ukryte postacie(jeżeli dobrze pamiętam poza Vincentem również Yuffie była opcjonalna).

Gra wbiła się na wyżyny popularności, a jej ceny na eBay sięgają niebotycznych stawek. Gra była pierwszym takim Finalem i na tle następnego wypadała bardzo dobrze. Gracze pomimo zauważalnego progresu graficznego wyłapali wiele błędów i głupkowatych pomysłów w przypadku części VIII. Bardzo dojrzały klimat i postacie przysporzyły siódemce wielu fanów. Pokochali oni bohaterów i rozgrywkę, przez co do dziś gra trafia na najwyższe listy ocenianych gier na szaraka. I czy słusznie wokół niej jest taki hajp? Moim zdaniem nie. Jest to na pewno dobra gra, która przetarła szlak serii do jeszcze szerszej publiczności, a także pokazała możliwości nośników CD, które w tamtych czasach były sporą nowością. I nie zrozumcie mnie źle, to dobra odsłona FF, ale nie zasługuje na taki kult o jakim mówimy.

Sam Cloud, nad którym wielu się rozpływa to bardzo charakterystyczny dla anime, mang i właśnie jRPG bohater. Nieco krnąbrny i trochę emo, rozpływający się nad przeszłością, utalentowany wojownik. Po czasie okazuje się jaka potęga w nim drzemie, jednak wiele z zagawostek moralnych nad którymi się roztrząsa są mocno na wyrost. Po prostu w moim odczuciu nie reprezentuje on w sobie nic nowego, czego bym już nie widział, a co ważniejsze nie przekonuje do siebie. Jasne zakochał się w Aeris, którą zabito na jego oczach – spora trauma, ale nie przeszkadza mu to być cwaniakiem i wykorzystywać uczucia Tify by osiągnąć swoje cele. Sprawia również wrażenie megalomana, którego problemy są najważniejsze – takim przynajmniej go zapamiętałem. Spehiroth to po prostu przeuj, których spotykamy wielu. Nie ma on w sobie charyzmy i charakteru chociazby Kefki, a co ważniejsze jego aspiracje są dla mnie dziwne. Pokrzywdzony chłopczyk, który jest wynikiem eksperymentu postanowił zniszczyć świat, bo eksperymentują na jego matce, ale tak po prawdzie to bardziej jest wytwór genetyczny na jej bazie? No, ale nieważne! Oni mnie skrzywdzili zniszczę świat, a przy tym mojego przyjaciela, który zawsze mnie wspierał, bo tak i koniec. Co ważniejsze to wszystko tak naprawdę stoi na przeciwnym biegunie w porównaniu z światem, ciężkim i dojrzałym. Mamy klisze wyrwane wprost z shonenów(jak np. Tifa przyjaciółka z dzieciństwa, nieco chłopczyca zakochana bez wzajemności w pipowatym głównym bohaterze) w ciężkim i postapokaliptycznym świecie. Czy może lepiej nazwać go wariacją cyberpunka? Jednak była pierwszym takim finalem i wykonanym poprawnie, no i klimat był mroczny, gracze to pokochali, ale nie ja. Ja uważam, że to było dobre, ale na pewno nie genialne.

Bo po drugiej stronie stoi Final Fantasy IX. Wiele osób odrzucało ją ze względu na dziecinna grafikę, mówili że to krok do tyłu, jednak gra stała się odwrotnością do FFVII w moim odczuciu. Pod płaszczykiem lekkiej i przyjemnej gry skrywała mroczne tajemnice. Głownym bohaterem jest Zidane i nie jest wymoczkiem. To rezolutny chłopak, przekonany o swojej sile i podbijający świat. Wzbudza naszą sympatię i ja mimo wszystko podziwiam takich pewnych siebie ludzi, którzy sięgają tam gdzie chcą, a nie gdzie im pozwolą. No, a jego obiektem westchnięć staje się Garnet, ale nie od razu. Ich uczucie rozwija się, bo początkowo Zidane traktuje ją z dystansem i trochę jak głupawą księżniczkę. Dla niej Zidane staje się takim Bad Boy'em, fascynującym, a zarazem kimś na kim może z czasem polegać. Mamy tutaj małego Viviego, który jest czarnym czarodziejem. Odkrywa on produkcje podobnym sobie i do dziś za serce chwyta mnie animacja w której wybucha statek z stransportem czarodziejów, a Vivi patrzy tak smutno – pomimo że jego twarz składa się z czarnej plamy i żółtych oczu.

FF IX wraca do korzeni serii to zawsze była baśn i tym właśnie final fantasy powinien być. Niejednowymiarowa opowieść, na którą w pierwszym momencie patrzymy i nie rościmy sobie nadziei, że skrywa coś więcej. Im głębiej w nią wchodzimy tym więcej zauważamy i to jest właśnie pięknie. Epicka opowieść, przedstawiona w prosty i czytelny sposób, nie mamy wrażenia że coś tutaj wrzucono na siłę, że coś jest niespójne i nie pasuje. Ta gra to dla mnie majstersztyk i tym bardziej mnie cieszy, że ma rzeszę swoich fanów i to wcale nie małą. W momencie premiery jednak stała się obiektem wielu kpin – pomimo bardzo wysokich ocen. Te dwie gry to dla mnie zestawienie bardzo skrajne i pokazuje jak często można przejść obok wspaniałej opowieści obojętnie, doceniając to co wszyscy doceniają. Dla wielu przynajmniej moim zdaniem FFVII to jedno z pierwszych doświadczeń z jRPG, coś bardzo egzotycznego, a przy tym oszałamiającego – bo na swoje czasy grafika była powalająca. Wydaje mi się, że gracze nie zauważali jeszcze pewnych klisz, albo przymykali na to oko – bo to przecież olśniewająca gra!

 

A jakie są wasze wrażenia i wspomnienia? Może zgadzacie się ze mną, albo wręcz przeciwnie twierdzicie, że głoszę herezje i podważam prawdę ujawnioną? Dajcie znać! :)

Tagi:

Oceń notkę
+ +25 -

Oceń profil
+ +43 -
Ashin
Ranking: 1988 Poziom: 29
PD: 3942
REPUTACJA: 3050
Miesięcznik PSX Extreme