Blog użytkownika Ashin

Ashin Ashin 10.01.2021, 16:30
Za czym tęsknię w grach, a co na szczęście zniknęło?
172V

Za czym tęsknię w grach, a co na szczęście zniknęło?

Część z was pamięta zapewne mój tekst o największych kłamstwach starych graczy. Ileż tego jadu się na mnie wylało, ileż gorzkich słów. Część z was pewnie myślało, że jestem stosunkowo młodym graczem, mimo wszystko wychowałem się w latach 90tych wiele gier, które uważa się za kanon powstawało w ‘moich czasach’. Zauważam wiele zmian, jednak nie popadam w przesadny marazm. Tak więc mając to z głowy zapraszam na nostalgiczną podróż.

Epoka odkryć:

 

       Wczesny gaming to okres odkryć, oczywiście ludzie wychowani na na amigach i atari zapewne pamiętają szok pierwszych gier na PC, czy zetknięcie z 16bitowymi konsolami, które mimo wszystko budziły spory podziw. No bo przecież jak nie zachwycić się Mario na SNES’a, czy Soniciem na Segę mając do dyspozycji dużo starsze produkcje. Ja sam zaczynałem od pegasusa, jak pewnie wielu z nas. Pierwszy masakryczny szok graficzny to dla mnie Playstation One, oraz gry na ówczesne komputery, oczywiście oglądanie Dooma zza ramienia kumpla posiadającego potężnego jak na tamte czasy kompa także pamiętam. Wraz z rozwojem grafiki pojawiały się coraz to nowsze sposoby rozgrywki. Mam nadzieję, że nie muszę tłumaczyć jak innowacyjnym dla gier było przejście w trzeci wymiar i jakie ze sobą niosło to możliwości. Dziś marudzimy gdy gra nie ma zaimplementowanych dodatkowych interakcji jak drapanie psa po plecach, czy skorzystanie z toalety. Kiedyś takie podejście uważano za innowację i nie jedna osoba spędziła sporo czasu bawiąc się bilami na stole bilardowym w Duke Nukem 3D. Był to czas zaskakiwania gracza, gdy niewielkie zmiany powodowały opad szczęki. Możesz spojrzeć w górę postacią? Jezusie maryjo drodzy jakie to jest fotorealistyczne! Te czasy partyzanckie tworzyły wiele nowych gatunków gier i to było strasznie fajne. Odkrywanie nowych sposobów rozgrywki, nowych pomysłów było bardzo fascynujące. Jednak nie ukrywajmy kalkowanie już wtedy było wszechobecne. Za czasów świetności RTS’ów te wychodziły jak grzyby po deszczu. Kiedy Doom, a potem Quake święciły triumfy powstawały nawet polskie fps’y, a wtedy gamedev w Polsce praktycznie raczkował. Prawdą jest, że wtedy po prostu dużo łatwiej było zaskoczyć gracza, bo wiele pomysłów rodziło się z nowymi technologiami. Twórcy musieli być sprytniejsi, ale nie brakowało cwanych ruchów mających ograniczyć nakład pracy i przynoszących odpowiednie korzyści.

       Gamedav był mniejszy, ale zawsze musiał zarabiać. Mniej utartych schematów wymagało więcej kombinowania, bo jeszcze mnóstwo rzeczy pozostawało nieodkrytych. Będąc szczerym nie zazdroszczę dzisiejszym twórcom gier, bo praktycznie każda gra jest porównywana do innej. Jest to często stosowany zabieg również wśród recenzentów. Jest on zrozumiały bo pozwala dużo łatwiej zobrazować o co chodzi w grze, ale jednak w wielu przypadkach jest krzywdzący. Z jednej strony rozumiem porównanie GoW’a do DMC z drugiej jest to strasznie krzywdzące dla danej produkcji, często później patrzymy na tę grę przez pryzmat tych porównań. Z drugiej zaś strony sami gracze poszukują podobnych produkcji i niejednokrotnie pojawiają się pytania: ‘a co polecicie podobnego do...’ i sami tego wymagamy. Gry innowacyjne mają mocno pod górkę, a wielkie firmy nie zaryzykują miliardów w niepewny produkt. Dlatego tęsknię za czasami gdy po prostu sama technologia, jak i branża zmuszała nas do odkrywania nowych produkcji. Momentami musieliśmy niejako zawierzyć twórcom, że ta gra będzie dobra. Czasami udawało się, innym razem wręcz przeciwnie. Jednak ta epoka odkryć miała w sobie mnóstwo z romantyzmu. Przecież jeden nieudany pomysł nie był przykrywany przez kolejną premierę CoD’a, czy Batka. Pamiętacie zresztą czasy gdy to te produkcje dziś utożsamiane ze stagnacją były tworami całkowicie świeżymi? Przecież historia CoD’a to historia buntu na zatwardziałe i niezmienne podejście innej serii wojennych fps’ów co dziś wydaje się być bardzo zabawne…

 

Gry były trudniejsze:

       Dziś słyszy się mnóstwo o tym jak gry kiedyś były trudniejsze. Często wspominamy o tym, że dzisiejsze produkcje to niesamowite samograje. I oczywiście w pewnym sensie jestem w stanie się z tym zgodzić. Oczywiście nacisk na fabułę kiedyś był mniejszy, bo i możliwości narracyjne były mniejsze. Czasami mam wrażenie, że w grach było po prostu więcej gry i soczystego gameplay’u. Jednak jestem przeciwnikiem biadolenia, że gry były dłuższe. Jest to wierutne kłamstwo. Wyższy poziom trudności zmuszał do częstszego powtarzania tych samych etapów. Miało to oczywiście swój urok gdy po godzinach walki z poziomem w końcu się udawało, ale bywało to często frustrujące. Twórcy nie cackali się z graczami i czasem mam wrażenie, że sami niektórych etapów nie kończyli pomimo dobrej znajomości mechaniki rozgrywki. My jednak nie poddawaliśmy się i gry kończyliśmy. Jednak czy do końca dlatego, że byliśmy tacy hardkorowi? Dostęp do gier był cięższy i nikt mi nie wmówi, że było inaczej. Grało się w to co było i co przynieśli koledzy, jeżeli coś dawało jakąś szczątkową frajdę to w to się grało. Dziś takie produkcje jak chociażby Jersy Devil są wspominane nostalgicznie przez garstkę ludzi, którzy posiadali tę grę. Jednak świat by się nie zawalił, gdyby ta produkcja nie powstała nigdy, bo nie była specjalnie odkrywcza. Dziś jednak wspominam ją z nostalgią, bo była jedną z niewielu gier, które mogłem ograć i które posiadałem w tym konkretnym przypadku na drodze wymiany. Zresztą to były też czasy, gdy gry 5/10 to były dość dobre i przede wszystkim grywalne gry. To cieszyło, bo krapiszczy nie brakowało.

 

Każda nowa gra to nowa historia:

       I w tym stwierdzeniu jest trochę prawdy. Generalnie ktoś może się dziwić, że nostalgicznie podchodzę do mniejszego wyboru. Jednak patrząc na dzisiejszą bibliotekę steama, gry na półkach które posiadam dochodzę do wniosku, że szacunek dla produkcji bardzo zmalał. Dlaczego mam siedzieć przy produkcjach 5/10, skoro mogę odpalać gry 8/10 ze sprawdzonymi mechanikami, sprawdzonym sposobem rozgrywki i potem narzekać, jakie to wszystko wtórne. Kiedyś zakup gry to było naprawdę wydarzenie. Pochodzę z małego miasteczka i wtedy mało kto otwierał sklep z grami w takich miejscach. Dostęp do nich był w dużych miastach do których co jakiś czas jeździło się na zakupy. Zresztą patrząc na tamtejsze zarobki momentami nowa gra za 200zł to była 1/5 wypłaty, więc był to rzeczywiście towar luksusowy. Niejednokrotnie też nie miało się tak szerokiego dostępu do opisów gier, były gazety branżowe(sam kupowałem kilka), ale patrząc na półkę z grami niespecjalnie wiedzieliśmy co wybrać. Budżet był ograniczony, wybór zresztą także. Do dziś pamiętam jak wyprosiłem zakup gry podczas rodzinnych zakupów. Dla świętego spokoju moja rodzicielka wspaniałomyślnie pozwoliła mi wybrać jedną grę. Nurkując w okładkach wybrałem grę pod tytułem „Necromania”, zapowiadało się soczyście. To miało być kolejne diablo, a ten ork z toporem na okładce mówił „weź mnie wspólnie zniszczymy naszych wrogów” i to nie była dobra gra. Jednak jako, że ją dostałem, a wręcz wybłagałem grałem w nią i potrafiłem znaleźć pozytywy. Szkoda, że gra była skierowana raczej ku rozgrywce w kilka osób z tego co pamiętam. Jednak gra do dnia dzisiejszego zdobi moją półkę, nie była spełnieniem marzeń, ale była grą i to było tak elektryzujące. Zresztą dzisiaj często rodzice to też gracze, byli lub aktualni i dużo łatwiej im zrozumieć zafascynowanie pociech rozrywką tego typu. U mnie patrzyło się to raczej jako na dziwactwo, do dziś tak się patrzy. Mimo, że z nostalgią patrzę na te czasy i tęsknie do nich to chyba dobrze, że dziś dostęp do gier jest szerszy. Być może ich celebracja jest mniejsza, ale to zmusza twórców do tworzenia produktów wyższej jakości. Serio teraz gry są bardziej rozbudowane i wbrew pozorom bardziej dopracowane. Jednak…

 

Kiedyś kupowało się grę, a nie podstawkę:

       To jest mój największy zarzut co do dzisiejszych gier. Kiedyś kupując produkcję otrzymywało się produkt kompletny, nie odczuwało się, że treść jest wycinana. Kupując bijatykę po ukończeniu trybu arcade otrzymywałem filmik i niejednokrotnie dodatkową postać do ogrania. Trzymało się graczy ukrytymi trybami gry i fajnymi ukrytymi smaczkami. W TTT Bowl Mode odblokowywało się dodatkowo i to była gra w grze i nie są to pojedyncze zabiegi, zresztą seria tekken zawsze słynęła z dodatkowej zawartości. Dziś chcąc dobrać ciekawy strój muszę zapłacić. Kiedy zobaczyłem, że Bowl Mode jest płatnym dodatkiem przyznam się szczerze mi pociekły łzy bo był to koniec pewnego okresu, który trwał już od lat. DLC miały być możliwością długoterminowego rozwijania gier i wsparcia po wydaniu. Za drobne opłaty mieliśmy otrzymywać coś czego nie opłacałoby się wydawać jako osobny produkt, nie miało to jednak oznaczać całkowitego kastrowania gier i wycinania jej kawałków w celu późniejszego monetyzowania. Do dziś pamiętam sytuację z TKxSF gdzie połowa postaci pojawiła się na krążku z grą. Hackerzy w pierwszy dzień od premiery znaleźli linię kodu, która to blokowała i bez dodatkowego ściągania mogliśmy się cieszyć wszystkimi postaciami. Te znajdowały się na krążku z grą i wraz z jej premierą były gotowe. I nie zrozumcie mnie źle, ja chętnie kupiłbym dodatkowe postacie w rozsądnej cenie. Jeżeli za nową grę płacę powiedzmy 260zł to za dodatkową postać jestem w stanie położyć 5-10zł. Jej przygotowanie to ułamek pracy programistów, bo działają już na stworzonym tworze. Rozumiem, że muszą balansować taką postać, jednak mimo wszystko robili to wcześniej z np. 15 innymi i mają pewne doświadczenie. Wczoraj odpaliłem Tekkena 7, żeby rozruszać paluchy i co? Jedna pojedyncza postać kosztuje 25zł. Jeżeli dobrze liczę to jest 14 dodatkowych postaci, więc za wszystkie zapłacimy 300zł, za podstawkę w której jest 20parę postaci zapłaciłem 270zł, do tego wraz z pakietem postaci otrzymałem całą resztę czyli samą produkcję, jak i dodatki w postaci możliwości ubierania postaci, story mode(dramatycznego zresztą), oraz możliwości odblokowywania filmików kończących postaci(dramatycznych swoją drogą), no i całego trybu online. Czujecie różnicę? Za Bowl Mode muszę zapłacić bodaj kolejne 25zł. Gdzie w tym wszystkim jest logika?

       Ja rozumiem, że teraz studia są coraz większe, jednak nie trafia do mnie argument, że gry są większe i musimy za nie więcej płacić. Pomimo wszystko dziś sprzedaż gier jest dużo większa. Pomimo, że grę tworzymy dłużej, jej zasięg sprzedażowy jest dużo większy. Grę produkuje się raz i później jak będziemy ją monetyzować leży w gestii producentów, ci jednak próbują wyciskać z gry jak najwięcej przerażając użytkowników. Wiece jak trudno znaleźć kogoś do pogrania w TK7 w lobby? Przecież to jest dramat. Oczywiście rozumiem, że tyle mogą sobie żądać za podstać i to jest ich prawo. Przeraża mnie jednak to rozdrabnianie. Dlaczego dla kogoś kto gra nie ma możliwości odblokowania postaci in game? Ukryjcie to za milionem kredytów w grze, niech gracze sami podejmą decyzję. Niech będą zmuszeni do farmienia pieniędzy w trybach online. Gracze profesjonalni od razu zakupią te postacie bo muszą je poznać, a casuale będą sobie ciułać grosiki i pocałują twórcę prosto w wór, że pozwolił im odblokować dodatkowy kontent. To nie tyczy się tylko bijatyk oczywiście, bo przecież takie praktyki można znajdować wszędzie. Nie pomnę o próbach monetyzowania amatorskich modów. Ojjj tak Bethesda ja doskonale to pamiętam. Chcieliście pozwolić dobrodusznie amatorom zarabiać na swojej pracy, a przy okazji zgarnąć kawałeczek tortu dla siebie. To już był szczyt bezczelności z ich strony.

Oczywiście pod tym wszystkim stoi jeden poważny atut dzisiejszych gier. Możliwości łatania gier, zdarzały się w przeszłości przypadki w których gry miały błędy uniemożliwiające jej ukończenie i co teraz? Internety to rzeczywistość rodem z Blade Runnera, a jeżeli gra była mało popularna to próżno było szukać patchy w gazetkach, które były w kioskach. No, a na konsolach to już w ogóle pomarzcie, chyba że wydano nową wersję gry z usuniętym błędem. Oczywiście ich konstrukcja ułatwiała wyłapywanie takowych błędów bo te były bardziej liniowe. Jednak mimo wszystko takie rzeczy się zdarzały. No, a dziś czasem się zdarzy, że o takim błędzie przeczytamy dopiero po jego usunięciu, bo w międzyczasie ściągnął się patch i można zobazyć Dum Duma podczas misji(achievement unlocked - umożliwienie dodania taga Cyberpunk 2077).

 

Idealizowanie graczy:

       Nie uwierzycie, ale były czasy gdy graczy kojarzyłem z naprawdę fajną grupą ludzi. Oczywiście zdarzały się zgrzyty, odwieczne walki która część Final Fantasy jest lepsza, ale nie przyjmowały one postaci obrzucania się łajnem niczym małpy. Było nas mniej, a i dostęp do informacji był bardziej ograniczony. Początki rozgrywek internetowych były naprawdę fajne. Poznawało się ludzi z całego świata i rzeczywiście można było naprawdę fajnie spędzić czas. Byli ludzie psujący zabawę, ale mimo wszystko takich petentów bardzo szybko się eliminowało z danej społeczności. Czasami z takich ludzi tworzono pełnoprawny ‘ficzerek’ gry pozwalając jednym atakować bez opamiętania, by inni stawali się obrońcami i szeryfami. Patologia rozgrywek online była mniejsza bo wchodziły w to mniejsze pieniądze. Nie wiem czy ktokolwiek wtedy faszerowałby się lekami, żeby zwiększyć czas reakcji w grze, bo pewnie zapłaciłby za to tyle co równowartość wygranych w światowych turniejach. Jasne były hacki, ale powstawało ich zdecydowanie mniej i szybciej były eliminowane. Dziś patologia na grupach growych to codzienność. Pewnie nieświadomie sam dokładam do niej czasami cegiełkę, ale ludzie serio wpisywanie wszędzie jaki to cyberpunk jest zabugowany to fajne zajęcie? Albo ciągła walka czy PS czy X i to nie na zasadzie ja kiedyś gdy amigowcy i comodorwcy walczyli ze sobą tworząc zabawne wierszyki, dziś to otwarta walka pełna inwektyw. Mam wrażenie, że gdyby tych ludzi postawić przed sobą to by się zadźgali, która firma ma większy hajs. Pamiętam zresztą niedawno jak ktoś nieudolnie tłumaczył, że to że X ma za sobą wiele złych decyzji w poprzedniej generacji nic nie znaczy, bo dla niego ten segment to tylko ułamek zarobku – czyli co może go olać? Momenty w których ludzie naprawdę odgryźli by mi rękę bo powiedziałem, że rozumiem ludzi którzy kupują X’a i uważają go za najlepszą konsolę – jak dodałem, że posiadam 3 konsole od sony, dwie od nintendo i kompa to ludzie jaki to dla niektórych był impas. Bo myśleli na początku bić zielonego, ale to jednak niebieski, ale zdrajca. Dyski twarde tam musiały w czaszkach wybuchać. Do tego to ciągłe dzielenie ludzi na prograczy i casuali, no serio komu to jest potrzebne? Dlaczego na każdym kroku pewne ewenementy i zakały chcą komuś udowodnić, że jeżeli przy czymś bawi się dobrze to znaczy, że robi to źle bo przecież ty nie bawisz się dobrze!

 

Na szczęście teraz mamy menu kontekstowe!

       Pomimo idealizacji wielu aspektów z dawnych lat(jezu brzmi jakbym wspominał XIXwiek….) dobrze, że pewne mechaniki odeszły w zapomnienie. Gry dużo lepiej tłumaczą co masz zrobić i w wielu przypadkach jest to naprawdę duży plus. Światy są coraz większe i nie raz trzeba udać się do jakiegoś miejsca na drugim końcu mapy. Oczywiście przybiera to czasem kuriozalne przypadki, gdzie biegniemy od znacznika do znacznika, ale część gier i mam nadzieję, że będzie to coraz częstsze umożliwia wyłączanie niektórych ułatwień. Dodatkowo coraz więcej gier stara się ułatwiać sterowanie. Gdyby AC powstał kiedyś pewnie inne guziki odpowiadałyby za sprint, inne za wspinaczkę, a jeszcze inne za poruszanie się w czasie skradania. Z jednej strony to casualizacja gier, z drugiej potrzebne ułatwienia, które dynamizują rozgrywkę i pozwalają na wprowadzanie coraz większej ilości aspektów do samej rozgrywki. Ucieczka staje się bardziej dynamiczna, zmiana ekwipunku, czy mnogość mechanik. Bo nie mamy tutaj rozdzielenia pomiędzy etapami, gry często płynnie przełączają mechaniki i my domyślnie do tego się przystosowujemy. Nie rozdziela się często etapów skradankowych z dynamicznymi walki, one przechodzą między sobą płynnie i oczywiście możemy zauważać pewne schematy, które naprowadzają nas na charakter danego etapu, jednak samo sterowanie nie różni się od siebie diametralnie. Ja osobiście nie chciałbym wrócić do zagadek w których muszę szukać dosłownie igły w stogu siania, która jest ukryta pod jednym konkretnym guzikiem. To, że jeden klawisz odpowiada za kilka akcji prowadzi czasem do kuriozalnych sytuacji i nie raz zdarzyło mi się przekląć bo postać zrobiła coś innego. Później jednak zastanowiłem się nad tym, że gdyby to był osobny klawisz to w końcu zacząłbym się gubić w tym wszystkim. Przecież to dobrze, że by anulować budowanie budynku wystarczy nacisnąć prawy klawisz, że poruszanie się i atak to zatwierdzenie wszystkiego lewym, a nie wybieranie odpowiedniej komendy z menu. Jasne mogłoby to być bardziej precyzyjne, ale z drugiej strony to koszt, który jestem w stanie ponieść w imię bardziej płynnej rozgrywki.

 

„Fabuła to tylko dodatek do rozgrywki”

       tak podobno mówił Carmac i po rozstaniu z Romero, żeby to udowodnić stworzył Quake 3 Arena, który nie posiadał żadnej fabuły. I ten trend zauważa się w starszych grach. Fabuła to raczej dodatek, często rozwija się niezależnie. Nikt nie zastanawia się dlaczego jakiś gość zmienia podstać, dopóki nie zaczną dopytywać o to fani i to sposób, by wydać dodatkowo komiks, lub stworzyć serial animowany. Fabuła w starszych grach to często otoczka, nawet gry cRPG, czy jRPG często posiadały generyczną fabułę chociaż to rzeczywiście one wiodły prym w tworzeniu najciekawszych opowieści. Dziś już sporadycznie idziemy po prostu postrzelać do kosmitów, zawsze jest mniej lub bardziej ambitna fabuła. Lubimy wyrazistych wrogów, a coraz częściej w grach przenika się podwójna moralność i odcienie szarości. Teraz już nie jesteśmy tylko tymi dobrymi, nasze czyny często mają konsekwencje. Większe lub mniejsze, ale zawsze. Zdarza nam się nawet rozumieć antagonistów, a ich postacie są coraz ciekawsze i wielowymiarowe. Sama osobowość Mario także była kreowana w późniejszych okresach i późniejszych produkcjach, co jest naprawdę bardzo pozytywnym aspektem dzisiejszego gamedevu. Wiem, że momentami cierpi na tym rozgrywka, ale doświadczenie filmowe i doświadczenie samej opowieści bywa dużo bardziej istotne i to mnie bardzo cieszy.

 

Posłowie

       Jako gracz jestem zakochany w nowoczesnych technologiach. Nie czuję już co prawda takich ciar przy premierach nowych konsol jak kiedyś. Rozwój technologiczny gier mocno spowolnił i widać to na każdym kroku. Dziś odpalenie gier z PS3 czy nawet PS2 nie wypala oczu i nie straszy kwadratami jak w przypadku gier na takie PS1. Gry stają się oczywiście płynniejsze i bardziej szczegółowe, osoby obserwujące dokładnie branże widzą te zmiany, jednak nie są one już tak imponujące jak kiedyś. Nie wiem czy przeżyję jeszcze kiedykolwiek taki sam szok jak widząc pierwszą grę na Playstation One po ogrywaniu gier na pegasusie. Czy jest to złe? Nie do końca dużo łatwiej wrócić do klasyków z PS2 czy 3 i są mniej odstraszające. Gracze i tak znajdują sobie nowe wojenki do prowadzenia, dziś pewnie bardziej agresywnie, no ale wiecie jak to jest. Czasy się zmieniają i bardzo dobrze bo nie możemy stać w miejscu, ale fajnie jednak czasem wrócić do klasycznych gier i wspomnień i dzielić się nimi. No właśnie bo największym skarbem jaki mamy w tym momencie to właśnie doświadczenia jakie zebraliśmy na przestrzeni lat, nie warto dzielić graczy na dzisiejszych i starych. Bo przecież niejeden chętnie by przysiadł do klasycznej gry, gdyby ktoś zamiast patrzeć na niego z góry po prostu pokazałby swoje klasyki, a on chętnie pokaże swoje. Bo może ten Fortnite wcale nie jest taki zły? Może między pokoleniami jest jakiś wspólny język? Oby, a póki co ja uciekam bo mi coś w krzyżu strzyka : )

Tagi: felieton klasyczne nostalgia wspomnienia

Oceń notkę
+ +14 -

Oceń profil
+ +68 -
Ashin
Ranking: 1540 Poziom: 40
PD: 9290
REPUTACJA: 5384