Blog użytkownika Ashin

Ashin Ashin 06.02.2020, 19:15
Moje ulubione serie bijatyk? + Wersja audio!
519V

Moje ulubione serie bijatyk? + Wersja audio!

Jestem wielkim fanem bijatyk na konsole. Nie wiem czy to przez to, że w młodości u kumpla zagrywaliśmy się w emulatory, a tych było tam najwięcej i najłatwiej bawiły na krótkie sesje zabawy. Czy może to wychowanie na filmach karate i uwielbienie dla filmów z Jackie Chanem. Ja po prostu uwielbiam bijatyki i bardzo często potrafię skusić się na nowe produkcje tego typu. Zapraszam więc na przegląd ukochanych przeze mnie serii, a być może wy podzielicie się swoimi.

Audio nagrywane osobiście, jako forma testu. Wiem, że daleko mi do profesjonalnych lektorów, ale jeśli forma się przyjmie będę starał się nad sobą pracować. Jeżeli odpowiada Ci taka forma materiału i chciałbyś np posłuchać na temat na który już pisałem, a nie chciało Ci się przebrnąć przez tekst daj znać postaram się ponownie opracować temat w formie audio. Z góry dziękuję za wszelkie wskazówki

Jestem wielkim fanem bijatyk na konsole. Nie wiem czy to przez to, że w młodości u kumpla zagrywaliśmy się w emulatory, a tych było tam najwięcej i najłatwiej bawiły na krótkie sesje zabawy. Czy może to wychowanie na filmach karate i uwielbienie dla filmów z Jackie Chanem. Ja po prostu uwielbiam bijatyki i bardzo często potrafię skusić się na nowe produkcje tego typu. Zapraszam więc na przegląd ukochanych przeze mnie serii, a być może wy podzielicie się swoimi.

Na początku chcę podkreślić, że nie jest to top lista, więc sama kolejność nie ma tutaj większego znaczenia. Będę skupiać się przede wszystkim na klasycznych bijatykach 2D i 3D, więc z automatu nie znajdziecie tutaj żadnych arenówek pokroju Smash Bros, czy Power Stone. Są to dla mnie odrębne gatunki i kładą nacisk na zupełnie inne aspekty rozgrywki. Nie oznacza to oczywiście, że ich nie lubię i nie szanuję. Uważam, że to świetne gry i pojawiają się one u mnie i to wcale nie tak sporadycznie. Jednak ciężko mi je zestawiać z takim Street Fighterem, czy Tekken. Dodatkowo chcę podkreślić, że lista jest pisana przeze mnie i pod mój gust, nie świruj jeżeli jakaś seria się tutaj nie znalazła tylko napisz o niej w komentarzu. Ja zawsze chętnie podyskutuję.

Tekken

Seria, która zdefiniowała PlayStation i bijatyki 3D. Początkowo mocno stylizowana na Virtua Fighter od Segi, jednak z czasem nabrała własnego charakteru. Seria została zapoczątkowana w roku 1994 na automatach i pojawiła się na pierwszy playstation. Gra która mnie osobiście niezwykle zaskoczyła, gdy do niej usiadłem(a było to lata po poznaniu legendarnej wręcz części trzeciej). Pytanie jakie cisnęło mi się na usta brzmiało ‘jakim cudem to zapoczątkowało taką serię’. Pierwsza część w moim odczuciu niewiele różniła się od Virtua Fightera, a wręcz przegrywała z nim pod wieloma względami. Charakterystyczne wysokie skoki były w niej dostępne, bardzo toporny system walki i praktycznie niewiele elementów, które wyróżniały ją od jej prekursora. Szok i niedowierzanie, bo był to początek jednej z najlepszych serii bijatyk 3D, która w swoim czasie ustanawiała standardy w tego typu grach i sama doczekała się swojego klona w postaci Kensei choć być może to przekłamanie z przeszłości. Jeżeli chodzi o samą grę to zakochałem się w niej od razu, gdy tylko kolega odpalił jej demo na PlayStation 1, gdzie dostępne były tylko dwie grywalne postacie (Eddy i Xiaoyu) oraz dwóch przeciwników z którymi można się było zmierzyć(Lei w którym się wtedy po prostu zakochałem i jeżeli dobrze pamiętam Paul). Ja po prostu odpadłem ta gra miała wszystko: super grafikę, świetną grywalność i mnóstwo ciosów specjalnych. Do tego dość przystępny system tworzenia kombosów zachwycał płynnością. Do dnia dzisiejszego pamiętam jedno sobotnie popołudnie gdy kolega do mnie zadzwonił i zaprosił mnie do siebie, bo złapał demo w którym można pograć Lei’em i posiadał demo Tekkena 2, gdzie pierwszy raz mogłem zagrać postacią która tak mi się spodobała. Kilka lat później dane było mi pograć w pełną wersję, która rozgrzewała moją konsolę do czerwoności. Czasy, gdy brakowało karty pamięci i uruchomiona konsola całe dnie bo przecież odblokowaliśmy wszystkie postacie. To były dobre wakacje, które wspominam niesamowicie i z łezką w oku. Jest to seria, która do swojej szóstej części rozwijała się bardzo dobrze i niezmiennie. Niestety część 7 pomimo, że jest grą dobrą popełniła grzechy dzisiejszych gier tego typu. Mianowicie mnóstwo rzeczy do kupienia, niepotrzebne ciosy specjalne, które wciska się do każdej gry, przez które rozgrywki on-line przypominają wyliczanie kiedy przeciwnik będzie na jedno takie uderzenie i kiedy będę mógł je wykonać. Gra odarła mnie dość mocno z przyjemności z obcowania z serią, jednak nie zrobiła tego na tyle mocno, by obrzydzić siebie mi jak inna seria Bijatyk. Nie chce się jednak dalej rozwodzić nad tą serią bo wyszłaby tyrada na kilka stron A4 o jednej serii, a przecież nie o to chodzi prawda?

Soul Edge/Soul Calibur

Kolejna seria, która rozpoczęła się na PlayStation i dość mocno była kojarzona z tą konsolą. Moja historia z nią jest dość burzliwa bo jako młody szczyl grywałem w wypożyczalni VHS w nią, na konsolach które można było wynająć na godziny. W tym przybytku była również konsola PlayStation 1, a na nią Soul Edge. Grę wypatrzyłem kątem oka, kiedy grały w nią starsze dzieciaki. Widziałem walkę z ostatnim bossem Inferno i moje oczy zapłonęły pożądaniem. Myślałem o tym jak bardzo chcę w nią zagrać i oczywiście kolejnego dnia gdy dopchałem się do cudu techniki od sony wypatrzyłem upragniony święty graal. Usiadłem i zostałem pochłonięty przez grę, siekałem wszystko i wszystkich niezwyciężonym Siegfriedem. Było to dla mnie objawienie. Jednak wraz z przyjściem szkoły i zamknięciem wypożyczalni zapomniałem o grze na kilka lat. Nie byłem w stanie sobie przypomnieć jej nazwy, ale wiedziałem o czym była i pamiętałem młodego rycerza z wielkim dwuręcznym mieczem. W końcu u kumpla jego brat przyniósł, przyniósł Soul Edge’a i wszystkie wspomnienia powróciły do mnie jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Ogrywaliśmy i katowaliśmy produkcje całe wakacje i nie nudziła się nam ani przez chwilę. Potem czasy emulacji Dreamcasta, oraz zakupienie PS2 pozwoliło mi zapoznać się z rozwojem serii i jej następcą Soul Caliburem. Do dziś mimo wszystko brakuje mi systemu zniszczeń broni z Soul Edge’a, które zachęcało do bardziej agresywnej gry i nie jestem fanem ograniczonych aren w tego typu gra. Nie zmienia to jednak faktu, że po pierwsze to jedna z niewielu gier, które traktują o walce bronią białą w pojedynkach 1vs1, a także tak przemiłym i przyjemnym systemem kombosów. Seria jednak sięgnęła dna wraz z wydaniem części szóstej, gdzie twórcy zdecydowali się na kontrowersyjny krok i wyeliminowanie znanych i kochanych postaci(ten krzyk nastoletnich masturbantów gdy zabrakło Taki : D), bardzo leniwe wprowadzenie nowych i macosze potraktowanie trybu dla jednego gracza pogrzebało prawie całkowicie serię. Najnowsza odsłona stanowi reset uniwersum i powrót do czasów świetności gry, a fabularnie jeżeli dobrze pamiętam kończy się po wydarzeniach z SC II. Jest to gra dobra, ale jak zawsze cierpi na chorobę dzisiejszych gier zwanych wirusem DLC. Przy czym zakup edycji kolekcjonerskiej był niezwykle złym pomysłem. Nie wspomnę o tym, że fani którzy ją zakupili dostali dostęp do jednego Season Passa wprowadzającego 3 grywalne postacie i dodatkowe fatałaszki, po tym należało wykupić kolejny Season Pass. No dla mnie trochę strzał w pysk, ale nie mnie to oceniać. Gra również eksperymentowała z silnymi ciosami specjalnymi i wprowadziła beznadziejny atak uruchamiający mini grę. Atak wykonywany jednym ciosem po trafieniu wymagał od atakującego i broniącego wciśnięcia jednego klawisza i na zasadzie gry papier kamień nożyce wybierano atak, który był skuteczniejszy w danej sytuacji. Co ważniejsze ten ruch specjalny bardzo mocno ładował pasek specjalny, przez co rozgrywka online sprowadzała się do spamu tego ataku i liczenia na wejście ruchu specjalnego. Wyjątkowo brzydki nawyk i mało przyjemna rozrywka. Sama gra próbowała wprowadzić rozbudowaną zabawę dla gracza Single Player, jednak nie zbliżyła się do fenomenalnej części trzeciej. Mimo wszystko seria którą kocham i będę kochać.

Bushido Blade

Znowu PlayStation? Ty dziadowski fanboju! No, ale co ja poradzę, że tyle pięknych gier powstało na system sony? Seria, która doczekała się zaledwie dwóch części na PSOne. Gra z 1997 roku (w Europie wydana w 1998) przedstawiała nietypowe podejście do tego gatunku gier. Wyobraźcie sobie grę w której pojedynek może trwać od kilku sekund po kilka minut. Brak pasków zdrowia, brak widocznych ciosów, a nasze ruchy determinuje przede wszystkim broń jaką wybierzemy? Tym był Bushido Blade. Dla osoby uruchamiającej ją pierwszy raz najważniejszą stawała się broń, jednak po dłuższym obcowaniu z grą zauważaliśmy, że każda z postaci miała swoje preferencje. Zaczynając od chłopaka, który gdy dostał katanę używał dwóch, przez silne postacie preferujące miecze dwuręczne. Po spędzeniu czasu z grą odkrywaliśmy wiele smaczków. Tylko część , postaci korzystało z niektórych ciosów, lub władało lepiej danym typem broni. Grę bez problemu można było zakończyć jednym ciosem, ponieważ miał to być symulator walk samurajów. Jednak celne uderzenie w rękę mogło skutecznie ją unieszkodliwić. Zranienie nogi sprawiało, że przeciwnik utykał. Jak na tamte czasy był to niespotykany realizm rozgrywki. Dodatkowo ciekawe podejście do kampanii. Ją samą mogliśmy ukończyć w dosłownie kilka sekund. Dlaczego? Ponieważ każda z postaci coś do nas mówiła przed walką, my jednak posiadaliśmy kontrolę nad naszą. Nic nie stało na przeszkodzie, by podczas monologu rozpłatać przeciwnika na pół. Podążając jednak drogą dyshonoru nigdy nie mieliśmy okazji obejrzeć filmów kończących. Bo przecież atak w bezbronnego przeciwnika nie jest zgodny z kodeksem bushido prawda? Niesamowite emocje jeżeli chodzi o pojedynki z żywym przeciwnikiem. Łatwe wprowadzenie do gry i szybkie rozgrywki były atutem gry. Jednak wprawny gracz mógł bez problemu dominować nad innymi. Bardzo żałuję, że gra nie została przeniesiona na nowe generacje. Była jedyna w swoim rodzaju….

Bloody Roar

Wyobraźcie sobie szybką walkę. Wasza postać wykonuje kilka uderzeń, kopie po czym zmienia się w tygrysa i na waszych oczach rzuca się na przeciwnika i wgryza mu w gardło. Czyż to nie jest marzenie dzieciaka wychowywanego w latach 90tych? Nie wiem, ale dla mnie było powodem mokrych snów. Poznana od części drugiej w postaci dema(dwie dostępne postacie Stun the Insect i Long the Tiger), zdobyta na drodze emulacji i kultywowana na PS2. Jest to seria, która zawładnęła moim młodzieńczym sercem i naprawdę przysporzyła wielu godzin zabawy. Koncepcja była niesamowita. Do dyspozycji oddawano nam postać, która mogła zmieniać się w zwierzę. W przetransformowanej postaci mogliśmy regenerować nieco nasze życie, ale ataki które przyjmowaliśmy pobierały nie tylko pasek zdrowia, ale i energii bestii. Ten drugi wyzerowany sprawiał, że wracaliśmy do postaci człowieka i musieliśmy go napełniać ponownie. Gra raczyła efektami świetlnymi i bardzo widowiskowymi atakami. Oczywiście jak na standardy szaraka i potem czarnulki. Pamiętam emocje, gdy komuś udawało się po utracie formy bestii powrócić do gry i jeszcze sprać dupę przeciwnikowi, ta frustracja gdy niedawny oprawca stawał się ofiarą. Gra jednak straciła formę na PlayStation 2 i część czwarta miała w sobie wiele głupotek i mało ciekawych nowych postaci. Szkoda. Grę próbowano wskrzesić na GameCubie o czym dowiedziałem się całkiem niedawno, ale chyba nie osiągnęła wielkiego sukcesu komercyjnego o czym świadczyłby brak nowych odsłon. Trzymam kciuki, że seria kiedyś jednak zechce powrócić i pozwoli mi na powrót do młodzieńczych lat.

The Last Blade

Seria bijatyk przedstawiona przez SNK(nieoficjalnych królów tego typu gier, rzygających IP tego typu masowo). Jest to przedstawiciel gier, które znamy bardzo dobrze za sprawą serii Street Fighter. Z jednej strony tak podobna do swoich przedstawiciela, z drugiej tak diametralnie różna. To ona sprawiła, że chciałem napisać ten tekst, kiedy zobaczyłem, że jest za grosze dostępna na GoGu. Gra, którą odkryłem za sprawą brata kumpla o którym ciągle wspominam w tekście. Pomimo konwencji 2D wprowadzała pewne urozmaicenie, otóż nasze postacie posiadały broń białą. Co ważniejsze dwa tryby gry, które nieznacznie się od siebie różniły. To co stanowiło o wyjątkowości tej gry to przede wszystkim postacie. Z jednej strony generyczni samuraje, z drugiej chińscy mnisi, kapłanki władające mocą przyzywania duchów, czy olbrzymi z kamiennymi łapami. Dynamiczna rozgrywka pozwalała usiąść każdej osobie zaznajomionej z tego typu grami i praktycznie z marszu rozpocząć rozgrywkę. Jednak postacie miały na tyle różne style walki, że chwilę nam zajęło zanim je wszystkie pogarnialiśmy i wybraliśmy naszego ulubionego kombatanta. Dostawałem w nią niezwykłe wciery od kumpla i pewnie do dnia dzisiejszego kopałby mi dupę jak szalony, nie zmienia to faktu, że gra była dla mnie niesamowita. Jedna z pierwszych gier, które odpalałem na swoim pierwszym komputerze i z którą spędziłem jedne wakacje. Bardzo chętnie zobaczyłbym powrót tej marki do dzisiejszych czasów, być może sukces King of Fighters, oraz Samurai Shodown pokaże, że jest jeszcze sporo miejsca na rynku i wystarczająca ilość fanów tego typu gier.

Mortal Kombat

Ktoś wątpił, że ta gra tutaj zagości? Jeden z pewniaków, gdy pojawiają się listy najlepszych serii bijatyk. Gra, która z samego szczytu spadła na same dno. Gra, która potrafiła z tego dna się odbić i znów wrócić na szczyt. Gra, która wychowała całe pokolenia. Legenda, która zapoczątkowała debatę na temat brutalności w grach i wprowadzenia systemu oceniania PEGI, czy ESRB. Gra miodna, która oferowała to co było maścią na zbolałe młodzieńcze serce – brutalność. Jednak nie tylko ona przyczyniła się do sukcesu tej serii. Moim skromnym zdaniem to przede wszystkim dojrzalsze podejście do tworzenia postaci i kreowania świata. W końcu nie walczyliśmy cukierkowymi mangowymi bohaterami, a wojownikami o silnych osobowościach i kreacjach. Fatality były tylko smaczkiem, ale jakże ważnym i przede wszystkim sposobem na szybki rozgłos marki. Sukces gry to także nietypowe podejście do grafiki i pogoń za nowymi technologiami(który także przyczynił się później do upadku serii). Z tą przez lata nie było mi aż tak po drodze. Tak naprawdę rozegrałem się dopiero od części czwartej(tak wiem herezja, ale kumple grali więc i ja grałem), romanse na PS2 i powrót do klasycznych części z których zakochałem się w trójce. Seria ma za sobą wyboistą ścieżkę. Przejście w realia 3D sprawiły, że gra zatraciła swoją tożsamość. Tego typu gry źle przyjmowały się w 3D, a samo przekombinowanie fabuły doprowadziło w końcu do Armagedonu i pełnej Anihilacji uniwersum. Jednak to co miało być zakończeniem historii stało się absurdalnie najlepszym i najjaśniejszym jej momentem. Bo oto gra powróciła w 2011 by wyrwać serca wszystkich graczy i…. przytulić je i ogrzać wspaniałą rozgrywką. Nastawienie na grafikę 2.5 i klasyczne podejście do rozgrywki stało się strzałem w dziesiątkę. Samo przeglądanie krypt dla fanów było bardzo jasnym punktem całej produkcji. I tak seria wróciła na właściwe tory i jak taran przebija się przez różne pogadanki o bijatykach. To ta jasna historia o sukcesie i determinacji twórców. Warto również pamiętać o mimo wszystko ‘zdrowym’ podejściu Midway(a raczej Netherrealm Studio) do DLC. Te oczywiście powstają i chętnie przywłaszczają sobie nasze pieniądze, jednak po kilku latach gdy gra traci wsparcie dla nowej zawartości wydawana jest wersja kompletna. Ta oferuje wszelkie rozszerzenia i pozwala się cieszyć grą. Ta praktyka była kultywowana w MK 2011, MKX, oraz obu częściach Injustice (które będę trzymać w tym samym worku i tak są to gry genialne) i teraz czekam aż takowa pojawi się dla część Mortal Kombat 11. Warto także wspomnieć o całkowicie nowym podejściu do kampanii dla jednego gracza zapoczątkowanym w MK 2011. Od teraz twórcy pozwalali nam przechodzić kolejne misje z przerywnikami fabularnymi i ciągnęli jedną wspólną historię. Kampania pozwalała nam na zapoznanie się ze wszystkimi postaciami, poznać ich kanoniczne dzieje i pozwoliło twórcom na bardziej kompetentne podejście do opowieści. Sam jednak pomimo, że lubię to podejście to trochę mi brakuje wertowania forów internetowych i wnioskowania, które zakończenia były kanoniczne.

Rival Schools

Gra która posiada właściwie tylko dwie odsłony. Jedną na klasyczne PlayStation oraz drugą na Dreamcasta. Jedna produkcja z serii pojawiła się tylko w Japonii, ta jednak z tego co zdołałem wyczytać była przede wszystkim dość prostym SIMem z minigrami. Szkoda, bo sama gra była przyjemna. To nie jest krok milowy i nie wiadomo jakie podejście do tematu bijatyk. Jest to jednak bardzo przyjemna gra, która przedstawiła całkiem sporo ciekawych postaci (te występowały także chociażby w grze SNK vs Capcom Card Fighter). Fabularnie wcielamy się w postacie z różnych szkół. Każda ma po trzech przedstawicieli, a Ci są charakterystycznymi ich reprezentantami. W szkole o profilu sportowym wybierzemy spośród baseballisty, piłkarza i siatkarki, co już daje pewien ogląd jakie szalone postacie będziemy mogli wybrać. Podczas danej rundy walki sterujemy jedną postacią, ładując atak ciosu specjalnego. Poszczególne paski, które uzbieramy możemy przeznaczyć na wykonanie ciosu specjalnego(coś jak w przypadku Street Fightera, a większość tego typu ataków to po prostu bardziej efektowne ciosy wykonywane za pomocą kombinacji), albo wykonać cios zespołowy. Ten jest determinowany przez postać, która nie uczestniczy w walce. Jeżeli obie postacie są z tej samej szkoły tego typu ataki są dużo skuteczniejsze i posiadają unikalne animacje. Gra oferowała dość płynny system walki, który umożliwiał łączenie standardowych serii, z atakami specjalnymi. Sama fabuła nie była bardzo odkrywcza, jednak na tyle przyjemna, że miło kończyło mi się kampanię każdą ze szkół. Co ciekawe w grze występuje Sakura znana ze serii SF, co pozwoliło by sądzić, że sama seria dzieje się w tym samym uniwersum po którym kroczy Ken i Ryu.

Darkstalkers

Wystarczająco was już chyba zanudzam, ale spokojnie jesteśmy bliżej niż dalej. Wyobraźcie sobie grę w której czerwony kapturek to łowca potworów. Słynny rockman to tak naprawdę zombie potrafiący zmieniać swoje ciało w broń. Drakula istnieje, a sukuby są bardzo podobne do wampirów, ale noszą skórzane body i mają nietoperze skrzydełka w miejscu uszu. Brzmi dość ciekawie prawda? Oto Darkstalkers. Seria bijatyk 2D, które pod pokręconym klimatem ukrywają całkiem solidny gameplay. Z jednej strony ktoś może powiedzieć meh to jedna z wielu tego typu gier. Przecież grałem już w Fatal Fury, Real Bout, czy Art of Fighting. Jednak ciekawe podejście do przedstawionych postaci, bardzo przyjemny gameplay przełożył się na naprawdę dobrą grę. To jedna z tych pozycji w których główny bohater został olany i postać drugoplanowa ukradła cały blask. Morrigan o której mowa pojawia się do dnia dzisiejszego w wielu produkcjach jako postać gościnna, co daje nam pewien obraz jak mocną marką było kiedyś Darkstalkers i jak silne piętno odbiło w świecie gier. Do dnia dzisiejszego jednak włodarze Capcomu nie mają planów na wskrzeszenie serii(być może za małe możliwości monetyzacji franczyzy, przecież srapcom już tylko to widzi w grach, a była to tak genialna firma….)

Dead or Alive

Ostatnia seria, którą omówię w tym tekście. Właściwie miałem ją olać, ale jest to na tyle ważna produkcja, że nie mogę jej pominąć. Niektórzy słysząc o Dead or Alive od razu myślą o piersiach. Rzeczywiście, już przy pierwszej serii twórcy chwalili się animacją piersi bohaterek. Pewnie dla niektórych było to rzeczywiście istotnym elementem. Zresztą do dnia dzisiejszego bohaterki są bardzo mocno seksualizowane i działają na młode umysły graczy. To co jednak mnie urzekało w grafice w DoA i urzeka do dnia dzisiejszego to przywiązanie do detali w grze. Jeżeli nasza postać miała coś na głowie to to podczas gry mogło spaść. Pas karate? Powiewa podczas ruchu. Włosy bohaterek i ich spódniczki także latały jak szalone. Wtedy to było bardzo realistyczne i coś czego nie spotykałem w innych tego typu grach. Co ważniejsze świetny system kontr w grze i ich piękne animacje. Postać wykonując kontrę nie blokowała animacji i wykonywała swoją(jak chociażby w Tekkenie Paul i Heniu), ale reagowała na wykonany cios. Jeżeli kucaliśmy i kopaliśmy to postać kontrująca chwytała za nogę w przykucku i kontrowała cios. Kopnięcie wykonane na wysokości klatki piersiowej wywoływało inną animację, tak samo gdy uderzaliśmy pięścią. Co ważniejsze każda z postaci wykonywała kontrataki inaczej, a niektóre style gry wręcz pozwalały z nich wykonywać kolejne ciosy i łamania. W kolejnych odsłonach serii przedstawiono świetny system gry Tag Team. Ja wiem, że TTT był świetny, ale szczerze? Wchodzi DoA i mówi potrzymaj mi piwo pokażę Ci jak to zrobić. Bardzo płynne przejście między zmianą wojownika, łączenie kombosów różnych postaci w jeden sprawiało, że ta rozgrywka była bardzo płynna. To nie zmiana postaci bo mam mało życia, a kompetentne wachlowanie postaciami w ramach potrzeb. Dodatkowo, między niektórymi postaciami była naturalna chemia. Uzasadniona stylami walki, oraz po prostu spowinowaceniem w historii. Taka Kasumi dużo lepiej uzupełniała swoją przybraną siostrę Ayame, aniżeli zapaśniczkę Tinę. Z drugiej strony Tina świetnie uzupełniała ciosy swojego ojca Bassa. Tego typu zależności, które mogliśmy wyłapać poznając fabułę gry było sporo, ale nic nie stało na przeszkodzie by łączyć dwie zupełnie inne postacie i starać się je uzupełniać na bieżąco. Do dnia dzisiejszego gdy uruchamiam DoA5 uwielbiam patrzeć na detale jak zabrudzenia na stroju bohaterek, czy spływający pot po bardziej wymagającej walce to niesamowite przywiązanie do szczegółów. Jednak dużym problemem w grze jest to, że zręczny gracz może szybko penalizować długie kombosy wykonywane przez przeciwnika za pomocą klawisza kontr. Generalnie możemy dość łatwo nie znając gry pokonywać dużo bardziej doświadczonych przeciwników za pomocą jednego klawisza, co jest troszkę smutne, ale i na to da się znaleźć sposoby. Z samą grą jednak pokłóciłem się przez wydawcę od części 5. Póki co silna wola wygrywa i nie zakupuję części 6, chociaż jestem na samym skraju by się przełamać. Dlaczego? Skoro ta seria jest tak miodna? Odpowiem tak: DLC i edycje kompletne. Część piątą kupiłem 3krotnie i dalej nie mam dostępu do wszystkich postaci. Po zakupie wersji Ultimate okazało się, że tydzień później wyszła wersja Last Round. Ta posiadała bodaj cztery dodatkowe postacie, które były zablokowane dla posiadaczy wersji Ultimate(średnia nazwa jak na wersję niekompletną), troszkę się zjeżyłem, ale zakupiłem wersję Last Round i ta nie odblokowała wszystkich postaci. Potem dałem jej szanse i kupiłem ponownie na PS4, gdzie dalej te same postacie były zablokowane. I ja naprawdę mam gdzieś, że twórcy wydają setki strojów i karzą sobie za nie płacić jak za zboże. Proszę bardzo jak jakieś nerdy za to płacą, by zobaczyć cyfrowe gacie to mi to nie przeszkadza. Jeszcze sobie chaty za te pieniądze pokupujcie, wydawajcie je po wydaniu wersji kompletnych. To mnie nie interesuje. Jednak jak wydajecie edycje kompletne to oddajcie chociaż wszystkie postacie do gry, bo ileż można kupować wersje kompletne, kompletnych z tych kompletnych, które są uzupełnieniem edycji ultymatywnych? Dlatego nie kupuję części 6, a newsy o ich polityce DLC przekonują mnie, że robię dobrze.

I to wszystko co dla was przygotowałem w tej liście. Zdaję sobie sprawę, że o wielu grach nie napisałem, że mógłbym jeszcze tak bajać i bajać bez końca o różnych seriach. Poprzypominać sobie tytuły niektórych gier, rozpisać się o Samurai Shodown, które także lubię. Liznąć serię King of Fighters, ale czy serio chcielibyście tyle czytać te wypociny? Jeśli tak to chętnie jeszcze pobajam. Póki co komentarze są wasze i zapraszam do dyskusji!

Poniżej wersja audio, jeżeli ktoś woli taką formę:

Tagi:

Oceń notkę
+ +21 -

Oceń profil
+ +62 -
Ashin
Ranking: 1573 Poziom: 37
PD: 7443
REPUTACJA: 4814