Tomassowe Bajania

Tomasso_34 Tomasso_34 17.04.2018, 07:14
Tomassowa Kronika Biegowa #5
128V

Tomassowa Kronika Biegowa #5

Francji nigdy nie darzyłem zbytnią sympatią, zwłaszcza po Euro 2000 w piłce nożnej, gdy Francuzi pokonali w finale po dogrywce moją ukochaną reprezentację Italii. Z miłością francuską jest zupełnie inaczej. Darzę ją wielką sympatią, szacunkiem i nieustannie odczuwam do niej ciągoty...

7 kwietnia roku pańskiego 2018 odbył się w Gnieźnie XVI. Bieg Europejski, którego państwem przewodnim była w tym roku Francja. Co roku organizator bierze na tapetę inny kraj Wspólnoty Europejskiej. Na zawody udałem się z Sylwestrem, ale na miejscu spotkaliśmy parę biegaczy z naszego klubu Polonia Środa - Damiana i Anię. Bieg Europejski jest wyjątkowy ze względu na czas jego rozgrywania. O ile zdarzają się sytuacje, że zawody odbywają się w sobotę, a nie w niedzielę, gdy większość osób ma wolne, to pora rozgrywania biegu głównego o godzinie 17.00 jest już dość nietypowa. Dla mnie jest to pora idealna. Dzięki późnej godzinie rozgrywania biegu można się spokojnie wyspać przed zawodami. Fakt rozgrywania konkurencji w sobotę wybitnie mi pasuje, gdyż mogę dnia następnego spokojnie odpocząć przed pracą. 

Lubię biegać w Gnieźnie. Organizacja zawodów zawsze stoi na wysokim poziomie. Opłata startowa nie jest wygórowana, pakiet startowy bogaty, ale... No właśnie zawsze musi być jakieś "ale". Trasy biegu są zawsze nudne. W przypadku Biegu Europejskiego, który odbywa się zawsze na dystansie 10 kilometrów, start i meta usytuowane były na rynku miejskim, z którego tylko parę kroków dzieli biegaczy od słynnej Katedry Gnieźnieńskiej. To duży plus biegu. Rynek jest mały, ale urokliwy. Pozostała część trasy przebiegała na obrzeżach miasta i była strasznie nudna. Zero ładnych widoków i mało kibiców. Sama trasa jest dość nietypowa, gdyż składa się z dwóch pętli, ale nie są one jednakowej długości, jak to zwykle ma miejsce na innych biegach. W Gnieźnie pierwsza pętla jest krótsza i liczy sobie 4 kilometry, a druga dłuższa 6 km. Wiem, że organizator, wyznaczając trasę biegu, stara się w jak najmniejszym stopniu sparaliżować komunikacyjnie miasto. Można jednak wyłączyć większą część miasta z ruchu samochodowego na kilka godzin, dając większą frajdę biegaczom. Inną sprawą jest to, że organizator nie chce zmienić ustalonej już jakiś czas temu trasy, gdyż posiada ona atest Polskiego Związku Lekkoatletyki (PZLA). Utrata atestu wiąże się ze spadkiem prestiżu, ponieważ wyniki uzyskane na trasie bez atestu nie są oficjalnie uznawanymi. Nie można legitymować się "życiówką" z trasy bez atestu. Uzyskanie atestu wiążę się z dodatkowymi kosztami. Niewiele osób w naszym kraju ma uprawnienia do sprawdzania trasy pod względem wytycznych  PZLA.

Bieg kosztował mnie ok. 60 zł. Byłoby taniej, gdybym zapisał się w pierwszym terminie. Nie wiedziałem, czy będę w stanie wystartować w Gnieźnie, stąd moja opieszałość w zapisać. W skład pakietu wchodziła piękna koszulka techniczna, kubek z motywem z biegu oraz butelka Piwa Grodziskiego. Odbiór pakietów przebiegał sprawnie, a samo biuro zawodów było zlokalizowane blisko startu. Ilość przenośnych toalet była wystarczająca. Nie musiałem stać w długich kolejkach. Po biegu każdy zawodnik otrzymywał zupę cebulową z bagietką, rogala z kremem ozdobionego flagą francuską oraz kawę lub herbatę do wyboru w zależności od preferencji. Na trasie biegu były aż trzy punkty z wodą do picia. To wszystko składa się na moją bardzo wysoką ocenę tego biegu. Narzekanie na nudną trasę to ostatnio moje hobby. Stałem się wybredny i tyle. Trudno mnie zadowolić. Nie skupiajcie się zatem na moim psioczeniu na trasę, tylko bez obaw startujcie w kolejnej edycji Biegu Europejskiego, bo naprawdę jest warto.

Zanim przejdę do opisu samych moich zmagań na trasie, przytoczę Wam moje rozmowy z dwoma starszymi biegaczami, które odbyłem w oczekiwaniu na start. Przy dokonywaniu rekonesansu trasy, a dokładniej strefy startu, zagadał do nas mieszkaniec Gniezna w wieku ok. 60 lat . Do rozmowy z nami zachęciły go nasze koszulki, które poinformowały go, że jesteśmy biegaczami ze Środy Wielkopolskiej. Zapytał nas, czy dobrze biega się w Środzie i jak często biegamy? Rozmowa bardzo się kleiła i przebiegała w miłej atmosferze. Biegacz z Gniezna, którego imienia nie pamiętam, opowiedział nam swoją historię zdrowotną. Podczas zeszłorocznego półmaratonu Lechitów, który odbył się w Gnieźnie we wrześniu ubiegłego roku, i w którym też brałem udział, biegacz z Gniezna miał zawał. Dobiegł na linie mety i jego serce zamiast zwolnić nagle przyśpieszyło. Udał się po pomoc medyczną. Ratownik medyczny poinformował go, że ma zawał i jadą zaraz do szpitala. Dzięki szybko udzielonej pomocy biegacz z Gniezna został uratowany. Zawał zmienił jednak diametralnie jego życie. Musiał zacząć bardziej uważać na siebie. Na ponad 6 miesięcy został wyłączony z biegania. Start w Biegu Europejskim był jego pierwszym po zawale i okresie rekonwalescencji. Oczywiście nie mógł już biegać tyle, co przedtem, ani nawet tak szybko, jak przed zawałem. Musiał rygorystycznie pilnować, aby nie mieć za wysokiego tętna podczas biegu, aby nie nabawić się kolejnego zawału mięśnia sercowego. Spytałem go, czy nie boi się, że może mu się coś stać podczas biegania. On, bez chwili zastanowienia, odpowiedział mi, patrząc prosto w oczy, że woli umrzeć biegnąc na trasie, niż w fotelu przed telewizorem. Miał rację. Nie ma bowiem nic piękniejszego, niż żyć bez ograniczeń i umrzeć w taki sposób, w jaki się chce. Być wolnym do samego końca swoich dni.

Gdy sprawdzaliśmy z Sylwestrem listę startową podszedł do nas pan Ryszard z Wrocławia, lat 75. Poprosił o sprawdzenie, ilu zawodników startuje w jego kategorii wiekowej. Chciał wiedzieć, czy ma szanse na podium w kategorii M70. Okazało się, że mężczyzn liczących sobie więcej niż 70 lat, ale mniej niż 80, było czterech. Po analizie dat urodzenia tych biegaczy okazało się, że pan Ryszard jest najstarszym uczestnikiem biegu w swojej kategorii i prawdopodobnie najstarszym w całym Biegu Europejskim. Zapytałem go, od kiedy biega? Opowiedział mi żartobliwie, że też chciałby to wiedzieć. Ma problemy z pamięcią i nie wie, kiedy zaczął biegać. Po chwili jednak dodał, mówiąc już poważnie, że biega od 15. roku życia, czyli już 60 lat! Pochwalił się, że jego najlepszy wynik na 10 kilometrów po przekroczeniu 70. roku życia wynosi 1 godzina i 3 minuty. Rewelacyjnie. Nie jeden facet w wieku 30 lat może jedynie pomarzyć o takim wyniku. Kontakt z takimi nestorami biegami przyczynia się do poszerzenia zakresu naszej wiedzy. Pan Ryszard poinformował  mnie, że 45 lat temu w Polsce nie biegało się dystansu półmaratonu (21 km), tylko dystans 25 kilometrów. Były oczywiście organizowane maratony. Nie było natomiast tak popularnych obecnie biegów na 10 kilometrów. Dużo częściej biegano na dystansie 5 kilometrów. Pan Ryszard był bardzo zabawny i towarzyski. Wręcz nie chciał zakończyć z nami rozmowy. Na koniec zapytałem, gdzie ma następny bieg?Odpowiedział mi, że on zapisuje się na bieg w ostatnim możliwym terminie, bo gdyby zapisał się zbyt wcześnie, to istnieje możliwość, że wyrzuci pieniądze w błoto, bo może nie dożyć do biegu. Na razie nie wie, gdzie będzie startował. Poinformował mnie, że biegi wybiera spontanicznie. Denerwuje go fakt, że na niektóre biegi trzeba się zapisać z wyprzedzeniem półrocznym, aby dostać pakiet startowy. Mówił, że w takim, jak on jest wieku, żyje się z dnia na dzień. Każdy dzień traktuje jakby był jego ostatnim. Jest to cudowna recepta na życie w szczęściu.   

Zanim jeszcze napiszę coś o biegu pora na krótką zmianę tematu... Będąc uczniem klasy o profilu edukacja europejska jako drugi obowiązkowy do nauki język miałem w liceum francuski. Ucząca go pani była bardzo miła, ale cała klasa nie czuła wielkiej miłości do tego języka. Nauka szła nam opornie. Wszyscy moi koledzy i koleżanki woleli skupić się na nauce języka angielskiego. Było to rozsądne, gdyż z tego języka zdawaliśmy maturę. Pani Danusia robiła co mogła, aby nas zainteresować ogólnie pojętą tematyką francuską. Puszczała nam francuskie piosenki, a zajęcia często odbywały się w sali od informatyki na komputerach. Pamiętam, jak kolega z ławki Maciej nucił często pod uchem na lekcjach utwór Edith Piaf - "Milord". Maciej uwielbiał zmieniać teksty piosenek, dlatego w jego wykonaniu początek tego utworu brzmiał: "Au revoir milord, where is your broken sword." Połączenie francuskiego z angielskim tak spodobało się męskiej części klasy, że nie raz i nie dwa było śpiewane po pijaki podczas licealnianych imprez.

Pomimo faktu, iż mury LO im. Powstańców Wielkopolskich opuściłem z czwóreczką na świadectwie, to do dziś potrafię się jedynie przedstawić po francusku, a moim ulubionym zwrotem do dziś dzień jest: "Je ne comprends pas. Parlez vous polonais?" (Nie rozumiem. Mówisz po polsku?). Pamiętam, jak pani Danusia uczyła nas, aby na zadane pytanie nie odpowiadać krótkim "tak" lub "nie". Chciała, abyśmy odpowiadali pełnym zdaniem. Nie zawsze człowiek był w stanie uargumentować swoją wypowiedź. W takich sytuacjach przydawał się zwrot "ca depends", czyli "to zależy". Była to taktyka obronna wymyślona przeze mnie, a potem praktykowana przez innych kolegów, aby uniknąć używania zwrotów "tak" i "nie". Oczywiście nie zawsze była to taktyka skuteczna. Gdy pani Danusia była dociekliwa, to zadawała pytania doprecyzowujące i wtedy człowiek był z góry skazany na porażkę. Czasami jednak udawało się tym krótkim zwrotem zakończyć dyskusję.

Po krótkiej dygresji przyszła pora na opis moich poczynań na trasie. Przed biegiem postanowiłem, że nie będę się "boostować" żadnym żelem. Zbijam wagę, dlatego ograniczam cukier. Wziąłem ze sobą jednak jeden żel energetyczny na trasę biegu, aby dać mięśniom siłę do walki o lepszy czas. Start w Gnieźnie był okazją do przetestowania nowych butów biegowych, które nabyłem dzień wcześniej w sklepie biegacza w Poznaniu. Nike Air Zoom Vomero 13 to cudowny but (buty zostaną opisane w osobnym tekście na blogu). Bardzo wygodny oraz zapewniający bardzo dużą amortyzację, co w moim przypadku jest bardzo ważne, gdyż Calineczką nie jestem. Nawet najlepsze buty nie są w stanie ponieść człowieka, gdy sił w nogach nie ma. Brakuje mi treningów, aby dojść do optymalnej formy. W Gnieźnie brakowało mi również świeżości w nogach. Od pierwszego kilometra czułem, że moje nogi nie są w stanie szybko biec. Zmęczenie nóg wynikało z faktu ich przeciążenia. W przeddzień biegu udałem się na zakupy do Poznania po buty zamiast wypoczywać po ciężkim tygodniu pracy. W sobotę rano miałem nadrobić czas odpoczynku. Wybrałem się jednak do miasta po zakupy, które przedłużyły mi się znacznie z powodu gry w Pokemon GO. Z mojej własnej winy pojechałem na bieg zmęczony. Co gorsze, nie przełożyłem do nowych butów wkładek sportowych, które zapewniają mi duży komfort biegania. Bez wkładek bolą mnie poduszki stóp, gdy biegam. Ból nie jest intensywny, ale dość dokuczliwy podczas biegu.

Wiem, że winny się tłumaczy, ale uznałem, że muszę się wytłumaczyć ze swojego kiepskiego czasu. Co prawda jest to najlepszy wynik jaki uzyskałem w tym roku na dystansie 10 kilometrów (54 min. 26 s.), jednak w zeszłym roku przebiegłem dokładnie tę samą trasę o ponad 30 sekund szybciej i to w gorszych warunkach atmosferycznych. Sam bieg przebiegał spokojnie. Pierwsze 3 kilometry miałem bardzo szybkie. Sił zaczęło mi brakować w okolicach 6 kilometra. Spożyłem wtedy żel energetyczny, który zawierał małą ilość cukru, ale w jego składzie było 1000 mg witaminy C, która niweluje zmęczenie. Żel nic nie pomógł w dalszym biegu. Po raz kolejny sprawdziła się zasada, że żadne wspomagacze nie pomogą, gdy w nogach nie ma siły. Dałem z siebie wszystko. Na więcej nie było mnie stać.

Bieg Europejski charakteryzuje się dużą liczbą wszelakich grajków zlokalizowanych wzdłuż trasy zawodów. Tym razem było ich mniej, niż w zeszłym roku, a poziom ich umiejętności był znacznie gorszy. Nie było zespołów rockowych. Był za to raper, który nawijał na "fristajlu". Był DJ z dużymi ciągotami do reggae. Ich popisy nie zagrzały mnie jakoś specjalnie do walki. Mnóstwo energii w moje nogi wpompował mężczyzna przebrany za postać żandarma z Saint-Tropez. Pewnie wiecie, że jest to legendarna postać komediowa, w którą wcielał się kultowy francuski aktor komediowy - Louis de Funès. Za dzieciaka oglądałem wszystkie filmy z tym aktorem, jakie leciały w TV. Często nawet wybierałem się do pobliskiej wypożyczalni kaset wideo po kolejne filmy z przesympatycznym łysym Francuzem. Filmy z Louis de Funès to typowe komedie pomyłek, gdzie cały świat nagle wali się głównemu bohaterowi na głowę, a on i tak daje radę cało wyjść z trudnych sytuacji bawiąc przy tym widza swoim zachowaniem, które odbiega od ogólnie przyjętych zasad. Komedie te śmieszą widza w każdym wieku. Nie zawierają nagości, wulgaryzmów oraz źródła ohydy i żałosności. Współczesne komedie francuskie posiadają również te cechy. Niestety komedie z Hollywood poszły zupełnie inną drogą. Nie raz już to mówiłem, ale amerykańskie komedie są obecnie zbyt wulgarne, przez co nie są śmieszne, tylko wręcz żałosne. Tak, jak nie przepadam zbytnio za kulturą francuską, tak uwielbiam ich współczesne komedie. Szczerze polecam. Uśmiech gwarantowany.

Po zakończeniu biegu udało się zrobić fotkę z sympatycznym panem przebranym za żandarma z Saint-Tropez. Na zdjęciu został uwieczniony charakterystyczny pojazd żandarma marki Citroen. Ów pojazd miał z tyłu zamontowane głośniki, z których leciały francuskie szlagiery. "Podrabiany" żandarm podśpiewywał nieustannie po francusku, co było dość zabawne, gdyż nie znał tego języka. 

Na sam koniec całej imprezy zaopatrzyłem się u sprzedawcy w biurze zawodów w cudowny w smaku sok z buraków z dodatkiem soku z aronii i jabłek. Better Sport Drink ma podobno zapewnić mnóstwo energii witalnej w życiu codziennym, jak i podczas zawodów. Zakupiony przeze mnie sok zwany jest "legalnym dopingiem". Przetestuję go i kiedyś napiszę, czy faktycznie działa. Butelka o pojemności jednego litra kosztowała 6 zł. Bez wahania nabyłem całą zgrzewkę, czyli 6 sztuk. Mam problemy z niską ilością żelaza we krwi. Mam pić dużo soku z buraka. Problem z nimi jest jednak taki, że mają ohydny smak. W przypadku soku Better Sport Drink sprawa ma się zupełnie inaczej. Smak buraka jest minimalnie wyczuwalny pomimo tego, że w składzie znajduje się on w proporcji 55%.

Był już wieczór. Słońce szykowało się do snu, a my wyruszyliśmy w drogę powrotną do Środy. Bogatsi o kolejne kilometry w nogach, nowe doświadczenia i medale do kolekcji wracaliśmy z uśmiechami na ustach do domu. Zmęczeni, ale szczęśliwi, z poczuciem dobrze wykonanej pracy zmierzaliśmy pod prysznic, bo już delikatnie zaczynało od nas "capić". Wiedzieliśmy, że następny start nie będzie już taki prosty. Półmaraton w Poznaniu to nie będzie prosta sprawa, jak puszczenie cichego bąka w towarzystwie. Będzie to raczej podobne do próby nie pokolorowania bokserek brązową kredką podczas biegunki. Ciężka sprawa, ale trzeba zacisnąć poślady i da się radę. Jestem dobrej myśli. Na dobry czas nie liczę, ale na solidny bieg już jak najbardziej. Relacja z biegu nastąpi niebawem. Bądźcie zatem czujni!

Tagi:

Oceń notkę
+ +7 -

Paganini pióra i dystansu
Oceń profil
+ +98 -
Tomasso_34
Ranking: 136 Poziom: 63
PD: 31843
REPUTACJA: 17347