Tomassowe Bajania

Tomasso_34 Tomasso_34 21.03.2018, 07:00
Tomassowa Kronika Biegowa #3
160V

Tomassowa Kronika Biegowa #3

Kiedyś, dawno temu maniakalnie pochłaniałem słodycze. Ubóstwiałem konsumować 3 wafelki Grześki po każdym obiedzie. Czy oznaczało, że podświadomie chciałem "schrupać" jakiegoś Grzegorza? (Znam tylko jednego Grzegorza i wcale nie mam na niego ochoty. Zresztą i tak jest żonaty. A ja małżeństw nie rozbijam) .

Na pewno nie! Oznaczało to jedynie, że lubiłem wpieprzać słodycze jak jakiś maniak. Dzisiaj już tak nie jem. Manię jedzenia słodyczy zamieniłem na manię biegania. W związku z tym nie mogło mnie zabraknąć na zawodach z serii Maniacka Dziesiątka w Poznaniu

Zawody te cieszą się dużym zainteresowaniem wśród biegaczy. Zapisy ruszyły bodajże w połowie października 2017 roku. Komplet pakietów w liczbie 5 tys. został wyprzedany po około miesiącu. Organizator udostępnił w późniejszym okresie dodatkowy tysiąc pakietów startowych, który także rozszedł się błyskawicznie. Najbardziej jednak zdziwiła mnie informacja, że ponad 17% zakupionych pakietów nie zostało odebranych. Zacząłem się zastanawiać, co jest przyczyną tego stanu rzeczy, iż ludzie wydają swoje ciężko zarobione pieniądze, a potem nie odbierają należnych im pakietów? Wiadomo, że część osób spotkały różne zdarzenia losowe typu kontuzja, czy urodziny szwagra, a jak wiadomo, na kacu łatwo się nie biega. Lepiej już biec z kontuzją, bo łatwiej. Po dłuższej chwili zastanowienia doszedłem do wniosku, że taka duża liczba nieodebranych pakietów startowych to wynik zmasowanych akcji tzw. Januszy biznesu, którzy szukają łatwego zarobku kosztem innych ludzi. Zdarza się wielokrotnie, że takie cwaniaczki kupują kilkanaście pakietów, a potem odsprzedają je po znacznie zawyżonych cenach. W mojej opinii jedyną skuteczną formą walki z tym haniebnym procederem jest zaprzestanie możliwości przepisywania pakietów na inne osoby. Ukróci to możliwość nielegalnego handlu pakietami. Organizator powinien oddawać pieniądze biegaczowi, który poinformuje go do wskazanego w regulaminie terminu o swojej niemożności startu. A zwrócone pakiety powinny trafiać do ponownej sprzedaży. Zabieg taki stosuje organizator półmaratonu w Gdyni i w Grodzisku Wielkopolskim.   

14. Maniacka Dziesiątka, zwana w tym roku Recordową z racji największej liczby biegaczy biorących w niej udział była moim drugim startem w barwach sekcji biegowej KS Polonia Środa. Bieg Pamięci Żołnierzy Niezłomnych był moim pierwszym startem jako zawodnika Polonii, ale wtedy nie miałem jeszcze koszulki klubowej. Dlatego to start w Maniackiej Dziesiątce traktuje jako swój debiut w tym wiekowym, bo liczącym już 99 lat klubie. 

Zawody rozpoczynały się o godzinie 12.00. Pakiety startowe wydawane były do godziny 11.00, dlatego wyjechać ze Środy musieliśmy ok. godziny 9.30. Wspólny wyjazd zawodników nastąpił przed stadionu piłkarskiego Polonii Środa. Grupa była dość liczna. Wydaje mi się, że była to liczba ok 15 osób. Dzięki dwóm busom Mateusza Strugarka dojechaliśmy bezpiecznie i wygodnie na miejsce. Całość wyjazdu sfinansowała Gmina Środa Wielkopolska, udzielając sekcji biegowej dotacji celowej na realizację zadań publicznych. W tym momencie dobrze widać, że moja ciężka praca w Urzędzie nie idzie na marne. Wymierzane i egzekwowane przeze mnie podatki lokalne idą na słuszne cele, jakim jest niewątpliwie rozwój kultury fizycznej i sportu wśród mieszkańców mojej pięknej Gminy. 

Pamiętacie, jak Clark Kent ściągał okulary i zrzucał z siebie garnitur, aby zamienić się w Supermana? Pewnie tak, bo w końcu kto nie zna tej postaci. Czułem się podobnie, gdy przebierałem się przed biegiem. Schowałem ostrożnie okulary do etui. Bluza i koszulka powędrowała w górę, odsłaniając moją piękną i pełną sierści klatę. Koszulka startowa Polonii powoli powędrowała na ciało, zasłaniając nagi tors. Wiedziałem, że gdy mam ją na sobie to nie jestem już zwykłym Tomkiem urzędnikiem. Jestem już od tej chwili Tomkiem biegaczem. Tomkiem Polonistą. Jedno tylko nie ulega zmianie. W koszulce Polonii, czy jakiejkolwiek innej, cały czas jestem zajebiste przystojny. I choć nie wiem jak bardzo bym, chciał zbrzydnąć, aby nie wpędzać innych facetów w kompleksy, to tego nie zrobię, bo nie potrafię. A gdybym mógł, to bym tego nie zrobił, bo po co? Sensu by w tym nie było żadnego.

Odbiór pakietów przebiegał bardzo sprawnie, pomimo dużej liczy zawodników. Organizator dwa dni przed zawodami wysyłał uczestnikom biegu sms-y z numerem startowym oraz numerem stanowiska, gdzie będzie oczekiwał na nich numer startowy. Pakiet startowy był dość ubogi, bo zawierał jedynie worek z logo biegu, numer startowy oraz butelkę Piwa Grodziskiego. Jak się potem okazało, dalsza część pakietu była do odebrania na mecie, po biegu, wraz z pamiątkowym medalem. Każdy biegacz otrzymał torbę papierową lub plastikową z następującą zawartością: ciasto owsiane, kawa MK Cafe Premium, Musli i woda kokosowa. Rzucał się wyraźnie w oczy brak wody. Kokosowy napój to nie to samo. Zdecydowanie brakowało wody po biegu. Ja tu o końcu biegu piszę, a nie było jeszcze jego początku...

Startowałem z ostatniej strefy oznaczonej literkę E i kolorem niebieskim. Niech Was nie zmyli fakt, że była to ostatnia strefa. Tak naprawdę była to elita biegu. Jakby miało być inaczej, to nikt przecież nie oznaczyłby tej strefy literką E jak ... elita. Kolor strefy, także nie był przypadkowo dobrany. Elita podobnie jak szlachta szczyci się faktem posiadania w swoim krwiobiegu błękitnej krwi. Okoliczność umieszczenia strefy elitarnej na końcu stawki, także nie jest przypadkowa. Czyż Jezus Chrystus, Nasz Pan Zbawiciel i od grzechu Wyzwoliciel, narodzony z Maryi wiecznej dziewicy (biedny Józef), nie głosił, iż ostatni będą pierwszymi! "I powiadam Wam umiłowani w bieganiu Bracia i Siostry, błogosławieni Ci, co startują z ostatnich stref startowych, albowiem oni pierwsi metę zdrowo i bezpiecznie osiągną." - Św. Tomasz, werset 23, linia 34.

Startowi mojej strefy czasowej towarzyszyła fantastyczna muzyka. Na pierwsze dźwięki utworu Survivor "Eye of the Tiger moje uszy doznały wielkiej radości, serce szybciej zabiło, a ciało ogarnęła ekstaza. Muzyka z trzeciej części Rocky'ego zawsze działa na mnie pobudzająco. Daje mi solidnego kopa. Naładowany pozytywną energię i solidną wolą walki ruszyłem ostro z kopytka na trasę niczym kucyk Pony. Lubię starty podczas takich licznych biegów. Uwielbiam startować, wtedy trochę bardziej z tyłu stawki i wyprzedzać kolejnych biegaczy. Daje mi to dużą frajdę. Na trasie biegu jeszcze raz było moim uszom dane usłyszeć "oko tygrysa". Puszczała go pewna Pani kibicująca biegaczom na trasie. Muzyka dodała mi skrzydeł prawie jak napój z czerwonymi byczkami w logo. Nie wiedziałem jak jej podziękować za wsparcie w sytuacji kryzysowej. Jakoś musiałem. Nic lepszego, niż pokręcenie swoim słodkim tyłkiem przed jej oczyma nie przyszło mi do głowy. Należał się kobiecie taki wspaniały widok za okazany gest wsparcia. Podejrzewam, że na długo zapamięta tę chwilę i jeszcze wnukom będzie ją opowiadać jak piękny tyłek Tomasza cieszył jej wzrok.

Podczas biegu lubię jak gra głośno muzyka. Solidny bas pozwala zagłuszyć głupie myśli pojawiające się w głowie człowieka podczas biegu. Są to myśli typu:"po co mi to było", "ile jeszcze do mety", "zwolnij, biegniesz za szybko." Na poboczu trasy biegaczom przygrywało kilka zespołów. Głównie były to zespoły rockowe, ale trafił się też jeden zespół weselny z charakterystycznym keyboardem znanym z teledysków disco polo. Nie dało się nie zauważyć i przebiec obojętnie bez uśmiechu obok facetów przebranych za zakonników, którzy na swoich gitarach i perkusjach grali utwór AC/DC "Highway to Hell". Przebiegałem obok nich dwa razy, gdyż tak prowadziła trasa i za każdym razem mimo dość sporego zmęczenia zawsze miałem spory uśmiech radości na twarzy. Oby więcej takich pozytywnie zakręconych ludzi, a nasz świat będzie lepszy. Nawet gdy nie będzie lepszy to na pewno śmieszniejszy, a z uśmiechem na twarzy idzie pokonać wszelkie przeciwności losu.

Pogoda ostatnimi czasy nas nie rozpieszczała. Były silne mrozy, wiatry. Ale tu nagle niebiosa na cały weekend dały nam miły prezent w postaci słonecznej pogody. Rano jeszcze przed startem nie wiedziałem jak się ubrać na zawody. Na wszelki wypadek zabrałem ze sobą w drogę dwa zestawy rzeczy. Jeden krótki, drugi długi, czyli zestaw na zimną i zestaw na ciepłą aurę. Na razie mam tylko jedną koszulkę klubową i jest to koszulka na naramkach. Pierwotnie myślałem, że założę ją na inną koszulkę z długim rękawem i będę wyglądał całkiem w porządku. Jednak ciepła aura zmusiła mnie to założenia samej koszulki klubowej. Koszulka jest śliczna i całkiem spoko w niej wyglądam. Podkreśla główne walory mojego ciała takie jak szerokie ramiona i sporych rozmiarów bicepsy. Jednak z uwagi na ciągłe braki słońca moje ciało jest nadal blade. Myślałem, że dam radę się opalić na treningach, aby lepiej prezentować się na zawodach w nowej koszulce startowej. Niestety cały plan spalił na panewce. W tym miejscu wypada zacytować kultowy tekst z filmu Juliusza Machulskiego "Kiler-ów 2-óch" - "Cały misterny plan w pizdu." Nie można  powiedzieć, żebym jakoś  źle się prezentował. Takie ciasteczko jak ja zawsze cudnie wygląda. Zawsze można jednak wyglądać lepiej. Z drugiej strony o opaleniznę łatwo. Nie każdy może jednak mieć takie cudowne ramiona i bicepsy jak moje. I nie każdy jak ja obdarzony zostałem cnotą skromności.

Początek biegu miałem całkiem dobry. Tempo jak na mnie szybkie. Wszystko szło idealnie do 3 km. Potem zacząłem odczuwać skutki diety 1900 kcal. Nogi zaczynały odmawiać mi posłuszeństwa, choć w płucach miałem sporo tlenu. Zwolniłem trochę i przez parę kilometrów biegło mi się dobrze. Posiliłem się żelem energetycznym. Zakląłem pod nosem na organizatorów, że nie zapewnili na trasie wody. Zastrzyk energii starczył mi zaledwie na kilometr. Na 8 kilometrze trasy zupełnie oklapłem z sił. Gdybym chciał nawiązać do mojego nazwiska, to musiałbym napisać, że zwiędłem jak cięty kwiatuszek w wazonie bez wody. Znacznie zwolniłem. Wiedziałem, że spokojnie dam radę "dokulać" się do mety, ale o chociażby przyzwoitym wyniku w biegu nie było już mowy. Zawody ukończyłem z czasem 57:37 min. Kiepsko jak na debiut w KS Polonia Środa. Mam nadzieję, że kolejne starty pójdą mi lepiej.

Na koniec chciałbym zadać pytanie organizatorowi biegu. Kto wpadł na taki "genialny" pomysł, aby na mecie nie było wody?  Biegacz nie wielbłąd. Pić musi! Wiem, że woda kokosowa jest modna i droga, ale po wysiłku fizycznym nie sprawdza się najlepiej. No, chyba że pół życia spędziło się na Karaibach lub jest się wielkim fanem filmu "Cast Away - poza światem". Lubię filmy z Tomem Hanksem, ale nie aż tak, żeby próbować się w wczuć w jakąś postać graną przez tego aktora. Nie jestem wymagający. Wystarczyłaby mi jedynie zwykła kranówka po biegu. Chyba nie oczekiwałem zbyt wiele?

Podróż powrotna do domu przebiegała w miłej atmosferze. Opatrzność nad nami czuwała i nikt na szczęście nie złapał żadnej kontuzji. Była okazja do wielu ciekawych rozmów oraz do nawodnienia płynami różnego rodzaju naszych organizmów zmęczonych wysiłkiem fizycznym w niepotykanie ciepłych jak na marzec, lecz wybitnie ładnych okolicznościach przyrody.

Na koniec chciałbym podziękować koleżankom i kolegom z sekcji biegowej KS Polonia Środa za miłe przyjęcie mnie do swojego grona. Naprawdę biegnie się po stokroć lepiej, gdy człowiek wie, że na mecie nie jest skazany jedynie na siebie, ale może liczyć na wsparcie innych życzliwie nastawionych do niego osób. 

Następny start 31 marca - Bieg Zajączka Wielkanocnego nad stawem Olszak w Poznaniu. Następna relacja z biegu po świętach Wielkiej Nocy. 

 

Tagi:

Oceń notkę
+ +9 -

Paganini pióra i dystansu
Oceń profil
+ +98 -
Tomasso_34
Ranking: 137 Poziom: 63
PD: 31847
REPUTACJA: 17347