Tomassowe Bajania

Tomasso_34 Tomasso_34 29.01.2018, 07:51
Tomassowa Kronika Biegowa #1
148V

Tomassowa Kronika Biegowa #1

„Słowo się rzekło, kobyła u płotu” – głosi pewne polskie przysłowie. Amatorów bydła muszę rozczarować, bo żadnej kobyłki w tym miejscu nie uświadczycie. Będzie za to tekst o moim pierwszym starcie w 2018 roku.

Nie tak dawno, bo zaledwie w sylwestra, zakończyłem sezon biegowy 2017, aby już 5 stycznia 2018 zacząć nowy sezon: 2018. Mój wybór padł na nocny bieg w podpoznańskim Puszczykowie. W tym roku odbyła się tam druga edycja Zimowej Piątki Nocnego Puszczyka. Chciałem wziąć udział w tych zawodach już w poprzednim roku, jednakże z powodów losowych nie było mi to dane. W tym roku oprócz dystansu 5 km organizator postanowił przeprowadzić również bieg na najpopularniejszym wśród biegaczy dystansie 10 km. Strasznie się jarałem na ten bieg. Po pierwsze ponieważ nigdy jeszcze nie biegałem w nocnych zawodach, a po drugie był to bieg crossowy, który od poprzedniej jesieni darzę dużą sympatią, gdyż zapewnia o wiele więcej emocji niż bieganie po asfalcie. Człowiek musi uważać na naturalne przeszkody w postaci krzewów, drzew i wystających korzeni. Trasy biegów zazwyczaj są pełne trudnych podbiegów oraz stromych zbiegów. Jest dużo kurzu i błota. Jest o wiele trudniej stąd satysfakcja z ukończenia takiego biegu jest o wiele większa.

Zapisując się na Pierwszą Zimową Dziesiątkę Puszczyka nie wiedziałem, że aż tak wiele rzeczy na trasie biegu może pójść nie tak, jak się planowało. Nie zdawałem sobie sprawy, że bieganie po lesie nocą jest takie trudne. O wszystkich moich perypetiach opowie Wam ten tekst. Niech będzie on nie tylko przestrogą dla biegaczy, którzy mają zamiar bez przygotowania i lekkomyślnie biegać po ciemnym lesie, ale i źródłem rozrywki dla osób niebiegających.

Start zawodów zaplanowany był na godzinę 21.30, a więc około godziny 20.00 z kolegą Sylwestrem z urzędniczego klanu wyruszyliśmy do Puszczykowa, aby się nie spóźnić na bieg. Po 30 minutach byliśmy na miejscu. Bez żadnych kolejek odebraliśmy pakiet startowy. Był on dość ubogi, bo oprócz numeru startowego zawierał jedynie ulotki i baton energetyczny firmy Squeezy. Cena pakietu nie była wygórowana: 40 zł. Nie zapisałem się jednak w pierwszym terminie kiedy opłata była niższa. Organizacja biegu była bardzo sprawna. Zaplecze biegowe zadowalające. Było ognisko, przy którym można się było przebrać i ogrzać. Była czysta, choć mała toaleta. Ważne jednak, że była i było gdzie zrzucić zbędny balast przed biegiem.   

Jeden z moich ulubionych reżyserów Alfred Hitchcock  zwykł mawiać, że dobry film powinien zacząć się od trzęsienia ziemi, a potem napięcie powinno tylko rosnąć. Stwierdzenie wielkiego mistrza idealnie pasuje do moich przeżyć na nocnym puszczykowskim biegu. Na liście startowej figurowało ponad 160 nazwisk, jednakże na dystansie 10 km postanowiło wystartować zaledwie 43 biegaczy. Ta nowina nie napawała mnie optymizmem, gdyż liczyłem, że pobiegnę w jakiejś większej grupie, dzięki czemu będzie bezpieczniej w ciemnym lesie. Punktualnie o godzinie 21.30 starter puścił bieg. Wszyscy wydarli ostro do przodu. Wszyscy oprócz mnie, Sylwestra, "Pana po 40" i jednej "delikatnie pulchnej Pani". Wtedy już wiedziałem, że mam przerąbane. Stawka zawodników była bardzo mocna. Dla mnie zdecydowanie za mocna. Postanowiłem trzymać się swojej grupy. Udało mi się dotrzymać swojego postanowienia do drugiej pętli. Na 6 kilometrze opuściły mnie siły. Zwolniłem. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że to był błąd.

Podczas biegu każdy z jego uczestników obowiązkowo musiał mieć latarkę czołową, aby oświetlać sobie trasę. Moja latarka została zakupiona w Lidlu w promocji i, o ile w mieście sprawowała się całkiem znośnie, o tyle w ciemnym lesie nie oświetlała. Dawała tyle światła, ile daje mała zapałka zapalona w dupie Murzy... Afroamerykanina. W porównaniu do latarek innych biegaczy wypadałem bardzo blado. Można tę sytuację odnieść do zawodów w długości prącia zorganizowanych przez Murzyna i Azjatę. Podobnie jak Azjata odpadłem już w przedbiegach. Choć w rzeczywistości nie poddałbym się bez walki. Podniósłbym rękawice, albo raczej opuścił gacie do kostek, gdyż wiem, na co mnie stać.

Przed nami wciąż najlepsza część opowieści. Zaraz zdradzę Wam, jak zgubiłem się podczas biegu w lesie. Gdy zostałem już sam na trasie ponieważ wszyscy mnie wyprzedzili, oprócz "delikatnie pulchnej Pani", która była daleko za mną, wokół mnie zapanowała ciemność. Latarka, którą z dumą dzierżyłem na głowie dawała tyle światła, co lampka w telefonie, a latarki moich rywali miały chyba z "pińcet" lumenów, bo oświetlały las, jak długie światła be-em-ki osiedlowego sebixa. Różnice w jakości obydwu sprzętów było widać gołym okiem. W tym momencie przestałem się śmiać z ludzi, którzy wydają prawie dwie stówki na lampki do biegania. Zacząłem się zastanawiać, czemu byłem takim typowym Januszem i poskąpiłem na sprzęcie, który teraz znacznie ułatwiłby mi przeprawę przez las?

Pomyślałem, że nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem. Trzeba sobie jakoś dać radę. Trasa pełna była błota oraz kałuż, które na pierwszej pętli udało mi się ominąć dzięki pomocy latarek innych biegaczy. Na drugiej pętli, którą w dużej mierze całą biegłem sam, panowała wokół mnie prawie zupełna ciemność. W myślach przeklinałem swój los, a gdy z całym impetem wkraczałem w kałuże soczyście bluźniłem na głos. Trasa biegu oznaczona była co jakiś czas taśmą z elementami odblaskowymi. Taśmy zawieszone były na drzewach. Były dość słabo widoczne. Zresztą jak wszystko, gdy ma się taką hooyową latarkę, jaką miałem ja. Kwestią czasu było to, kiedy wybiorę zły szlak, bo nie dostrzegę maleńkiej taśmy. Źle skręciłem ok. 8 km.  Pobiegłem w kierunku światła, które ujrzałem w oddali zamiast skręcić w wąską i ciemną ścieżkę. Biegłem sobie w najlepsze, będąc zupełnie nieświadomy, że najzwyczajniej w świecie poyebałem kierunek biegu. Zorientowałem się dopiero wtedy, gdy dobiegłem do przejścia podziemnego prowadzącego na dworzec PKP. Na pierwszej pętli nie było żadnych schodów. Było dla mnie jasne, że źle skręciłem. W tym momencie trochę się zesrałem, ale zobaczyłem w oddali światło latarki "delikatnie pulchnej Pani". Wiedziałem, że muszę się cofnąć. Doszło do mnie, że jestem ostatni. Duma trochę ucierpiała, ale najważniejsze było teraz, aby dotrzeć do mety. Wróciłem na prawidłowy szlak. Szybko przekalkulowałem, że nadrobiłem ok. 500 m trasy. Niezbyt wiele, ale sam stres związany ze zgubieniem właściwej drogi zrobił swoje. Mięśnie zesztywniały, głowa podpowiadała żeby ostrożne biec. Wiedziałem, że nie warto się przemęczać. Żadnego dobrego wyniku już nie nabiegam. Jako cel postawiłem sobie dotarcie do mety w jednym kawałku.

Gdybym wiedział, że takie przygody czekają mnie na drugiej pięciokilometrowej pętli, to wykorzystałbym stary i sprawdzony patent wymyślony bodajże przez Jasia i Małgosię lub jak wolą nasi zachodni sąsiedzi - Hanzel i Gretel, czyli znaczenie trasy okruszkami chleba. Jednak pech chciał, że nie miałem przy sobie chleba. Na biegaczy drożdżówki czekały dopiero na mecie. W takich momentach żałuję, że nie jestem posiadaczem wytresowanego szopa pracza. Z takim kompanem nie zgubiłbym się w lesie za żadne skarby. Nie musiałbym nigdy dźwigać ze sobą wody, czy innych suplementów biegacza. Mój wierny towarzysz zawsze miałby je w swoim małym plecaczku i na zawołanie podawałby mi je. Po biegu szop mógłby wyprać brudne rzeczy w jakimś akwenie wodnym. W końcu to szop pracz. Same plusy wynikają z faktu posiadania własnego szopa. Muszę o tym poważnie pomyśleć. Niedługo zbliżają się moje urodziny. Jakbyście nie wiedzieli co mi kupić, to kupcie mi szopa!

Chciałbym na chwilę przywołać sylwetkę "Pana po 40". Towarzyszył mi on do 6 km. Przez cały ten dystans biegł tuż za mną. Kiedy ja przyśpieszałem, to i on przyśpieszał. Nie byłem wstanie mu uciec. Najbardziej denerwujące było jego głośne dyszenie. Sapał jakby brał udział w castingu do najnowszej produkcji wytwórni Brazzers. Autentycznie czułem się jakbym grał w jakimś tanim pornosie. Poczułem namiastkę tego, jak czuła się Sasha Grey, gdy jeszcze nie przeszła na emeryturę i występowała w filmach. Długie minuty dyszenia i sapania za plecami. Nie dałem rady psychicznie i w końcu pozwoliłem się wyprzedzić. Podczas biegu rozważałem pewną nurtującą mnie kwestię związaną z emeryturą Sashy Grey. Gdy piłkarz kończy karierę, to mówi się, że zawiesza buty piłkarskie na kołku. Co w takim razie zawiesza na kołku emerytowana aktorka porno? Odpowiedzi na to pytanie do dzisiaj nie poznałem.

Kończąc moją przydługawą relację chciałbym polecić Wam Zimową Piątkę/Dziesiątkę Puszczyka. Bieg jest dobrze zorganizowany. Infrastruktura ok. Trasa niełatwa, ale też nie bardzo wymagająca. Jeśli macie dobrą latarkę czołową, to spokojnie możecie startować. Nawet jeśli zgubicie się na trasie to i tak jakoś w końcu dotrzecie do mety, co potwierdza mój przykład. 

 

Tagi:

Oceń notkę
+ +15 -

Paganini pióra i dystansu
Oceń profil
+ +100 -
Tomasso_34
Ranking: 139 Poziom: 62
PD: 31233
REPUTACJA: 17411