Tomassowe Bajania

Tomasso_34 Tomasso_34 20.01.2018, 08:02
Uznany za terrorystę
189V

Uznany za terrorystę

Wszyscy, którzy mnie znają wiedzą, że ze mnie spokojny facet. Muchy bym nie skrzywdził chyba, że by mnie mocno swoim brzęczeniem wkurzała. Ale i tak bym ją pewnie jedynie przegonił.

Nawet po alkoholu nie zdarza mi się wyskakiwać z piąchami do przypadkowo napotkanych na mieście gentlemenelów, ani nawet z gołym pindolem na wierzchu nie zdarzało mi się publicznie paradować. Takie ekscesy nie są w moim stylu. W obliczu powzięcia tych wiadomości raczej ciężko Wam będzie uwierzyć, że pewnego dnia zostałem posądzony o próbę dokonania zamachu. Przez chwilę uznano mnie za terrorystę...

To nie był zwykły, wtorkowy poranek, gdyż tego dnia zamiast skierować swoje kroki do pracy miałem jechać w delegację do Poznania w celu odbycia szkolenia. Tematyka była fascynująca. Wprost nie mogłem się doczekać, jak przez bite 4 godziny będę wysłuchiwał o "praktycznych rozwiązaniach problemów powstałych w gminach po centralizacji VAT w obliczu wyroku Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości UE". Plus całej tej sytuacji był taki, że nie musiałem iść do pracy i mogłem dłużej spać prawie o godzinę, a, jak wiadomo, rano każda minuta jest na wagę złota. 

Ze spokojem zjadłem "pożywne" śniadanie złożone z dwóch rogali maślanych i kawy kopiko. Dzień wolny od pracy to prawie jak weekend. Można sobie pozwolić na lekko niezdrowe jedzenie. W myślach cały czas miałem przed oczyma genialne drożdżówki, które można nabyć obok siedziby ośrodka szkoleniowego dla urzędasów z Wielkopolski. Żadne szkolenie nie może się bez nich obyć. Z ich powodu nie objadłem się w domu, ani też nie zabrałem ze sobą drugiego śniadania.

Ubrałem się w pośpiechu ponieważ zbliżała się godzina odjazdu bany do Poznania. Dla niewtajemniczonych w gwarę wielkopolską dodam, że "bana" to "pociąg". Zarzuciłem torbę na ramię i wyszedłem z mieszkania. Już na klatce schodowej doznałem nagłego olśnienia: zapomniałem w dniu wczorajszym, który, jak to zawsze ma w zwyczaju poprzedzać dzień dzisiejszy, odebrać z sekretariatu druku delegacji na wyjazd służbowy. Przysłowie, które głosi, że kto nie ma w głowie, ten musi mieć w nogach po raz kolejny znalazło odzwierciedlenie w życiu. Musiałem przed wyjazdem udać się do urzędu, a podróż do stolicy Wielkopolski przełożyć na późniejszą godzinę. Na szczęście podróż następnym pociągiem również umożliwiała mi dotarcie na szkolenie na czas, ale istniało dość spore ryzyko, że nie zdążę kupić pysznych drożdżówek od poznańskiego piekarza.

Podobno nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. W ten wtorkowy poranek nie wypadało mi się z tym nie zgodzić. Będąc w drodze do urzędu przypomniało mi się, że mam nieodebraną paczkę z paczkomatu usytuowanego w pobliżu urzędu. Wpadłem jak strzała na pierwsze piętro mojego zakładu pracy. Szybkim, pewnym i wybitnie stanowczym ruchem otworzyłem drzwi sekretariatu, gdzie czekała na mnie delegacja. Sekretarka podała mi ją z uśmiechem i życzyła miłego dnia. Gdyby tylko wiedziała, że już niedługo zdarzy się coś niezwykłego pewnie życzyłaby mi wtedy spokojnego dnia.

Wpakowawszy delegację do teczki, którą to teczkę umieściłem w swojej znoszonej, urzędniczej torbie mającej już wiele  różnych przygód za sobą, pośpiesznym krokiem udałem się w kierunku paczkomatu po odbiór kolejnej gry na PS3: Little Big Planet 2. Kupiłem ją spontanicznie dla zabicia nudy dnia codziennego. Wydanie w ślicznym Steelbooku, gra plus wszystkie dodatki. To nic, że nie grałem w pierwszą część. Pomyślałem, że jestem zdolny i ogarnę fabułę z netu zanim zagram lub kupię pierwszą część w niedalekiej przyszłości.

Proces odbioru paczki poszedł mi nad wyraz sprawnie. Nie pobiłem swojego rekordu w odbiorze przesyłki z paczkomatu, ale byłem tego bliski. Gra była solidnie zapakowana w tekturowy kartonik, który był mocno oklejony dużą ilością szerokiej taśmy klejącej. Paczka wylądowała w mojej torbie, a ja udałem się na najbliższy przystanek darmowej komunikacji, aby pojechać autobusem na dworzec PKP. Darmowa komunikacja to duma naszego miasta, która znacznie poprawiła komfort życia mieszkańców naszej gminy, zwłaszcza tym mieszkającym na terenach wiejskich, którzy nie posiadają własnego środka transportu. Po krótkim okresie wyczekiwania nadjechał autobus, który w 10 minut zawiózł mnie na ulicę Dworcową.

PKP nie byłoby sobą, gdyby ich pociągi się nie spóźniały. Opóźnienie miało wynosić 15 min. Pomimo nieplanowanego wydłużenia czasu podróży nadal miałem całkiem realne szanse, aby zdążyć na szkolenie. Jednak o pysznych drożdżówkach mogłem już sobie tylko pomarzyć. "Będą mi musiały wystarczyć ciastka dostępne na szkoleniu" - pomyślałem z ulgą. Ciastka są zazwyczaj marnej jakości i dość podłe w smaku, ale nie od dziś wiadomo, że na bezrybiu i rak rybą.

Aby schronić się od wszechogarniającego zimna panującego na dworze postanowiłem wejść do poczekalni dworca. Wszystkie miejsca siedzące były zajęte. Byłem zmuszony stanąć w kącie ponieważ tylko tam można było sobie "cupnąć" na szerokim parapecie, który stanowił namiastkę ławki poczekalnianej. Dla zabicia nudy związanej z oczekiwaniem na spóźniony pociąg postanowiłem rozpakować swoją nową grę. Wspominałem już, że była ona dość mocno oklejona taśmą klejącą. Nie wspominałem jednak, że trzy dni przed moim wyjazdem na szkolenie udaremniono we Francji zamach z użyciem małej bomby domowej roboty, którą sprawca chciał zdetonować na stacji kolejowej...

Postanowiłem bez zbędnych ceregieli, szybko i sprawnie rozpakować paczkę. Mocnym ruchem pociągnąłem brzeg taśmy. Dość spory fragment się odkleił, ale towarzyszył temu głośny odgłos, który rozniósł się po całej poczekalni. Nie zważając na hałas, jaki powoduję, zabrałem się za odrywanie kolejnych fragmentów taśmy, aby w końcu dostać się do wnętrza paczki. Pomyślałem, że lepiej narobić dużego hałasu przez krótki czas, niż hałasować długo, delikatnie i po trochu odrywając taśmę zabezpieczającą pakunek. Nagle jakaś siedząca naprzeciw mnie w oddali pani widząc moją nieudolną próbę szybkiego otwarcia paczki  zażartowała: "Panie! Bombę Pan robisz?" Odparłem jej, że tylko paczkę otwieram, a męczę się z nią, bo pakujący nie szczędził taśmy klejącej.

Uśmiechnąłem się do swojej rozmówczyni i zabrałem się za dalszą walkę z paczką. Nagle słyszę nad sobą doniosły głos ochroniarza dworca. Stanowczo kazał mi przestać majstrować przy paczce. Posłuchałem go, gdyż jego ton wskazywał, że mówi śmiertelnie poważnie. Nie zmieniając tonu spytał mnie, co tam mam w tej paczce? Kątem oka rzuciłem na prawą dłoń ochroniarza. Spoczywała na kaburze przy pasku, w której miał broń. Była to pewnie broń gazowa, bo takiej na ostrą amunicję z pewnością nie miał. Mimo tego i tak zacząłem mieć nasrane w gaciach. Na moje szczęście facet uwierzył moim wyjaśnieniom, że to tylko gra. Nie uwierzył mi na słowo. Musiałem na jego oczach otworzyć paczkę i pokazać jej zawartość. Na twarzy ochroniarza pojawił się uśmiech, gdy zobaczył okładkę z gry z wizerunkiem uroczej lalki szmacianki. Przeprosił mnie za całe zajście. Powiedział, że dbanie o bezpieczeństwo to jego praca. Nie miałem do niego żalu o to całe zajście. Dobrze wiedzieć, że w tych niebezpiecznych czasach ludzie podchodzą poważnie do swoich obowiązków. I to nie tylko w dużych miastach, ale również w takich małych, jak moja Środa Wielkopolska. 

Na szkolenie spóźniłem się ok. 10 minut. Pociąg dojechał do Poznania punktualnie biorąc pod uwagę planowane opóźnienie. Na mieście nie było korków. Komunikacja miejska kursowała zatem punktualnie, ale w piekarni po drożdżówki stałem w długiej kolejce...

 

Tagi:

Oceń notkę
+ +17 -

Paganini pióra i dystansu
Oceń profil
+ +100 -
Tomasso_34
Ranking: 139 Poziom: 62
PD: 31282
REPUTACJA: 17417