Tomassowe Bajania

Tomasso_34 Tomasso_34 27.05.2019, 08:03
Tomassowa Kronika Biegowa #43_2019/11
77V

Tomassowa Kronika Biegowa #43_2019/11

Gdy tylko mamy ochotę, możemy wyjść z domu i pobiegać. Wystarczy włożyć na siebie buty i jakieś spodenki, aby pindolek nam nie dyndał i już możemy się cieszyć upływającymi w radosnej ekstazie biegowej kilometrami. Można też wsiąść w pociąg i pojechać ponad 400 km, aby pobiegać sobie po starym mieście w Krakowie. Zgadnijcie, jaką ja opcję wybrałem w ostatnią sobotę kwietnia?

Bieg nocny na dystansie 10 km towarzyszył Krakowskiemu Maratonowi, na który postawili się wybrać moi wierni towarzysze biegowych eskapad – Sylwester i Aneta. Na maraton moje ciało, dusza i psychika nie są jeszcze gotowe, ale na dyszkę jak najbardziej. W troje zapakowaliśmy się do pociągu, który miał nas zawieść bezpośrednio do drugiej stolicy naszej Polszy. I pewnie Was nie zaskoczę, bo to mu się udało i to nawet zgodnie z rozkładem. Podróż trwająca blisko 6 godzin minęła mi, jak z piczy strzelił. Nawet się nie zorientowałem, gdy byliśmy na miejscu. Wszystko to zasługa Netflixa, który umilił mi podróż swoimi produkcjami. Pierwotnie przed wyjazdem zakładałem, że w czasie podróży dokończę swój kolejny tekst na bloga. Serce kinomana zdominowało jednak duszę blogera. Produkcja oryginalna Netflixa „Fotograf z Mauthasuen” oraz kultowy „John Wick”, którego przyznam się, widziałem dopiero po raz pierwszy, zapewniły mi ciekawą i pełną różnego rodzaju emocji podróż.

Po zakwaterowaniu się w wynajętym na czas wjazdu lokalu udaliśmy się na stadion Białej Gwiazdy, czyli Wisły Kraków, aby odebrać nasze pakiety startowe. Mój pakiecik był delikatnie uboższy od tego maratończyków. Zawierał koszulkę techniczną 4F z logo biegu oraz opaskę lampkę do przymocowania do ciała, aby być widocznym po ciemku. Wszystko to spakowane było w mały worek, który można nosić na plecach jak plecak. Maratończycy mieli w pakiecie jeszcze kilka słodkości. Mieli także kupon upoważniający na pobranie porcji makaronu, aby naładować się węglowodanami przed ciężkim dystansem 42 km. Mimo iż nie posiadałem owego kuponu, to również uraczyłem się smakiem wegańskiego spaghetti. Jedni powiedzą, że wyłudziłem żarcie jak typowy Janusz z internetowych memów. Ja tą sytuację widzę jednak zgoła inaczej. Mój urok osobisty tak oczarował panią wydającą ów makaron, że zapomniała poprosić mnie o mój kupon. I tej wersji będę się trzymał i zdania nie zmienię. Chyba, że na torturach, bo na ból mam małą odporność.

Zanim wróciliśmy do naszych pokoi zaproponowałem, abyśmy wykręcili na chwilę na Rynek Krakowski, aby zerknąć, jak wygląda strefa startowa. Bieg nocny rozpoczynał i kończył się w tym samym miejscu, w którym w dniu następnym maratończycy mieli startować i finiszować. I w tym miejscu dochodzimy do momentu, w którym padły słowa, które zapewne przejdą do historii wyjazdów Świętej Trójcy – „Ale z jakiej racji?” Słowa te wypowiedziała Aneta, gdy dowiedziała się, że będę startował i finiszował w tym samym miejscu, gdzie ona, mimo że biegnę zaledwie dystans 10 km, a nie maraton. Wypowiedziała je nie z pogardą, ani ze złością, tylko z nutką humoru. Były to słowa zaczepne, które miały zmobilizować mnie do ukończenia pierwszego maratonu. Spodobał mi się ten tekst. Zacząłem go używać często w różnych sytuacjach podczas całego wyjazdu, gdy chciałem podkreślić element humorystyczny mojej wypowiedzi. Podobnie zresztą jak moi towarzysze wycieczki. Myślę, że ten tekst na długo zagości w naszym „słowniku biegowym”.

Start biegu nocnego miał miejsce o 21.30. Został on poprzedzony cudownym pokazem laserowym przez który o mały włos nie doszło u mnie do tragedii. Zamiast ustawić się wcześniej w strefie startowej, raczyłem swoje gałki oczne widokiem kolorowych laserów, a bębenki uszne dźwiękami muzyki. Gdy chciałem dostać się na start, okazało się, że wszystkie wejścia są już zamknięte. Bez wahania zatem zdecydowałem się przeskoczyć przez metalową barierkę dzielącą mnie od miejsca startu. Pech chciał, że podczas przechodzenia przez nią poślizgnęła mi się noga i zaliczyłem upadek moimi klejnotami królewskimi wprost na barierkę. Po chwili opanowałem sytuację i stałem już wśród innych zawodników na linii mety. Jajka bolały jedynie delikatnie. Bardziej ucierpiała moja duma, gdyż moje niezgrabne, wręcz fajtłapie zmagania z metalową barierką ochronną widziało „zaledwie” kilkaset osób biorących udział w zawodach.

Bieg rozpoczął się punktualnie. Jednak dwa pierwsze kilometry miały mało co wspólnego z biegiem. Było strasznie ciasno. Nie dało się biec w równym tempie. Co jakiś czas trzeba było się zatrzymywać, bo na trasie tworzył się korek. Ludzie wpadali na siebie i obijali się nawzajem. Pewnie nie jedna persona zaliczyła upadek. Na moje szczęście Bozia obdarzyła mnie masywną sylwetką. Nie tak łatwo mnie przewrócić. Wzbudzałem chyba wśród uczestników delikatny respekt, bo nikt na mnie nie wpadł. Dodatkowo było strasznie ciemno. Gdybym wiedział, że tak będzie, wziąłbym ze sobą lampkę na czoło. Organizator zawalił start na całej linii. Procedura startu powinna odbywać się falami, a nie na hurra wszyscy na raz. Dopiero na 3 kilometrze trasa zrobiła się na chwilę szerszą, dzięki czemu mogłem biec w swoim tempie. Co jednak straciłem na pierwszych dwóch kilometrach, to straciłem. Nie było to już możliwe do odrobienia. 

W połowie 4 kilometra trasa znów się zwęziła, gdy biegliśmy wzdłuż Wisły. Na szczęście tłum biegaczy zdążył się już rozciągnąć na tyle, że dało się biec swobodnie. Szybki bieg utrudniały małe góreczki i podbiegi, ale na to nie mogłem narzekać. Biegłem tak szybko, jak się dało. Nie mogłem jednak wejść na swojej wysokie obroty. Podczas biegu zacząłem odczuwać trudy sześciogodzinnej podróży oraz blisko 12 - kilometrowego spaceru po mieście. Gdy tylko jednak wbiegliśmy na Planty, ukształtowanie terenu zrobiło się bardzo sprzyjające bieganiu. Było płasko, tylko jeden podbieg i dwa bardzo długie odcinki z górki. Pędziłem na nich na jak złamanie karki. Nagle nogi przestały mnie boleć i poczułem niesamowitą frajdę z szybkiego biegania. Smok Wawelski jak powszechnie wiadomo, zionie ogniem. Ja na ostatnich dwóch kilometrach zionąłem ogniem z dupy. Tak ostro napieprzałem. Leciałem niczym rakieta, a wszystko to, aby urwać, choć parę sekund od kiepskiego wyniku, który dzięki dwóm słabym pierwszym kilometrom, już niebawem na Rynku Głównym w Krakowie, miał stać się faktem. 

Na 9 kilometrze przecinałem ulicę Franciszkańską. Kątem oka dostrzegłem słynne okno papieskie, z którego zwykł Papież Jan Paweł II przemawiać do zgromadzonych na ulicy wiernych. Było w nim ciemno. Widocznie nikogo nie było. Przeszło mi przez myśl, aby zapytać się gospodarzowi owego pomieszczenia, czy nie jest akurat wolne na wynajem. Pewnie tanio by nie było, ale byłaby to niezła okazja do zaprezentowania swoich tekstów szerszemu gronu odbiorców. Ludzie z ciekawości zatrzymywaliby się przed oknem papieskim, gdyby dostrzegli, że jakiś koleś ubrany cały na biało siedziałby w nim i czytał coś z kartki przez mikrofon. Pomyślę o tym przy okazji następnej wizyty w Krakowie. Muszę pamiętać, żeby mnie w październiku na „połówkę” do Krakowa nie wywiało, bo znów nie będzie mnie na urodzinach mojej Elżuni. Kobita jest tolerancyjna, ale w końcu nie wytrzyma i przez łeb szmatą dostanę :-)

Na metę dokulałem się z czasem 56 minut 34 sekund. Była to moja najwolniejsza „dyszka” na zawodach w tym roku. Biorąc pod uwagę niesprzyjające warunki na początku biegu i przemęczenie wynikające z podróży, to był to dobry czas. Kiedyś taki wynik brałbym w ciemno. Najlepsze było to, że na mecie miałem niedosyt, że to już koniec biegu. Dopiero przy końcówce załapałem chęć do biegania. Gdybym mógł, to z chęcią machnąłbym tego wieczoru jeszcze jedną „dyszkę.”

Na koniec wypada wspomnieć, jaki ze mnie prawy, sprawiedliwy i uwielbiony przez Boga biegacz. Prognozy atmosferyczne pokazały na czas biegu prawdopodobieństwo opadów na poziomie 100%! Jednak podczas zawodów cieszyłem się piękną pogodą pozbawioną opadów. Diametralnie inne warunki mieli Sylwester i Aneta, którzy podczas swojego drugiego maratońskiego biegu cały czas męczyli się z obfitym deszczem i silnym wiatrem. Nie przeszkodziło im to jednak ukończyć ten morderczy dystans w czasie 3 godzin i 43 minut z sekundami. Ileż to oni muszą grzeszyć, że niebiosa zsyłają na nich takie ulewy. Opamiętajcie się! Bierzcie ze mnie przykład :-) 

Tagi:

Oceń notkę
+ +14 -

Paganini pióra i dystansu
Oceń profil
+ +98 -
Tomasso_34
Ranking: 144 Poziom: 61
PD: 28876
REPUTACJA: 17235