Tomassowe Bajania

Tomasso_34 Tomasso_34 16.04.2019, 06:59
Tomassowa Kronika Biegowa #40_2019/8
114V

Tomassowa Kronika Biegowa #40_2019/8

Jeszcze nie tak dawno temu chciałem sobie kupić koszulkę z napisem "Jedyny wyścig, jaki w życiu wygrałem" i grafiką przedstawiającą plemnika, który dociera do komórki jajowej. Dziś owe hasło jest już nieaktualne, bo wygrałem swoje pierwsze zawody i stanąłem na najwyższym stopniu podium, czym spełniłem jedno ze swoich największych marzeń życia. 

Były grubasek, a obecnie delikatnie tłuściutki człowieczek wygrywa z innymi, chudymi biegaczami, zostawiając ich daleko w tyle. Czyż nie jest to historia na film rodem z fabryki snów Hollywood? Może kiedyś zekranizują moją historię. Zanim to jednak stanie się faktem, zapraszam do mojej relacji.

Okolice stawu Olszak to jedno z moich ulubionych miejsc do biegania. Trasa jest wymagająca, ale jej pokonanie daje olbrzymią satysfakcję. W tym roku przy okazji 8. Olszak półmaratonu i 7. Olszakowej Czternastki organizator zawodów biegi.wlkp.pl postanowił rozegrać I. Olszakowy Ekiden. Aby wyjaśnić ten zawiły termin, jakim jest Ekiden, posłużę się ogólnie dostępną Wikipedią.

 

Ekiden (jap. 駅伝競走 ekiden-kyōsō) – długodystansowy bieg sztafetowy.

Pojęcie pochodzenia japońskiego, które przyjęło się jako określenie długodystansowych biegów sztafetowych, niezwykle popularnych w: Japonii, Australii, Nowej Zelandii, Kanadzie, Hiszpanii, Holandii, Chinach, Niemczech, Francji czy Stanach Zjednoczonych.

Nazwa tego maratonu-sztafety pochodzi od japońskiego systemu transportowego i pocztowego, przebiegającego wzdłuż szlaku Tōkaidō (53 stacje szlaku Tōkaidō). Powstał on w XVII w. (okres Edo) pomiędzy miastami Edo (obecnie Tokio) i Kioto, oddalonymi od siebie o ok. 500 km. System umożliwiał szybką komunikację m.in. dzięki wymianie koni na kolejnych stacjach (eki).

Długość trasy biegu oraz liczba osób w sztafecie różni się w zależności od decyzji organizatorów.

Trasa półmaratonu nad Stawem Olszak sprzyja organizowaniu biegów sztafetowych, gdyż liczy ona sobie trzy pętle, po 7 km każda. Regulamin biegu przewidywał start sztafet męskich, żeńskich i mieszanych - 2 mężczyzn i jedna kobieta oraz 2 kobiety i jeden mężczyzna. Wraz z Sylwestrem i Anetą wystartowaliśmy w kategorii sztafet mieszanych. Trochę czas zajęło, zanim udało mi się ich namówić do wspólnego startu. Wykorzystałem jednak swój urok osobisty i osiągnąłem sukces. W końcu mało kto jest w stanie oprzeć się mojemu wrodzonemu wdziękowi.

Trasa biegu nad Stawem Olszak nie należy do łatwych. Znajdują się na niej liczne pagórki. Charakterystycznym elementem trasy jest górka znacznych rozmiarów, pod którą trzeba się wręcz wdrapać oraz stroma górka, z której należy tak zbiec, aby nie wybić sobie zębów. W związku z licznymi prośbami zawodników organizator dokonał w tym roku znacznej korekty trasy. Zmienił miejsce  startu, które znajdowało się dotychczas na polance, która często była namoknięta i biegło się w błocie po kostki. To niby przeszkadzało biegaczom. Chore to jakieś! To był właśnie cały urok tego biegu. Od początku człowiek dostawał ostro po dupie i mógł nie przejmować się zabrudzeniami na dalszym etapie trasy, gdyż miał już pełno błota na sobie. Organizator usunął też etap na, którym trzeba było skakać przez tory kolejki wąskotorowej "Maltanka", która dowozi ludzi do pobliskiego ZOO. To też miało swój urok. Trzeba było uważać, żeby się nie potknąć i sobie ryjka nie rozbić na torach. Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło. Nowa trasa wykastrowana z moich ulubionych elementów, w ostatecznym rozrachunku okazała się trudniejsza. Dołożono odcinek bardzo wąski, pełen korzeni i kamieni, który dodatkowo przebiegał cały czas pod górkę oraz kilka innych podbiegów, które sprawiły, że moje mięśnie tyłka nie raz spinały się podczas zawodów z bólu.

W związku z tym, że pomysł wystawienia sztafety był moim autorskim pomysłem, mianowałem się kapitanem naszej drużyny, której w sposób samozwańczy nadałem nazwę Święta Trójca Polonii Środa. Postanowiłem wystartować na pierwszej zmianie, aby biec z jak największą liczbą biegaczy, aby mieć dodatkową motywację do biegu. Zmienić mnie miała Aneta, aby już, gdy będzie luźniej na trasie, bo stawka ludzi się rozrzedzi, miała dosyć miejsca na szybki bieg i nadrobienie ewentualnych moich strat do naszych rywali. Kończyć sztafetę miał Sylwester, który miał utrzymać przewagę wypracowaną przez Anetę lub nawet ją powiększyć. Ostatecznie moja drużyna dokonała korekt w mym misternym planie. Drugą zmianę objął Sylwek, a Aneta kończyć miała naszą sztafetę.

Parę minut przed planowanym startem, odebrałem z biura zawodów naszą pałeczkę, która miała w sobie czip do pomiaru czasu. W strefie zmian kolejni zawodnicy musieli sobie ją przekazywać i biec swoją pętlę, aby system mógł zmierzyć czas danej drużyny. Przyznam szczerze, że nie przepadam za bieganiem i trzymaniem jednocześnie czegoś w dłoni. Zwyczajnie tego nie lubię, ale jak mus to mus. Czego się nie robi w końcu dla pucharów?

Zarówno uczestnicy sztafet, jak i biegów indywidualnych wyruszali ze startu wspólnego o godzinie 11.00. Początek był bardzo ciasny. Miałem bardzo mało miejsca do biegu. Na pierwszym podbiegu cały peleton biegaczy się zakorkował. Nie mogłem wbiec pod górkę. Musiałem ją pokonać szybkim marszem. Dalej już było trochę luźniej, ale i tak nie było komfortowo. Nie czułem się jak sardynka upchana razem z kolegami w ciasnej puszcze, ale do swobodnego biegu sporo jeszcze brakowało. Dobrze, że bieg odbywał się w lasku, gdzie o dużą ilość tlenu zadbały drzewka i krzaczki licznie rosnące na trasie biegu, bo inaczej od tej ciasnoty byśmy się jeszcze podusili.

Pierwszy kilometr mimo tego, że pokonywany był przeze mnie tylko biegiem, ale i dłuższym marszem, zaliczyłem w czasie 6 minut. Drugi kilometr zaczął się szybkim zbiegiem z górki. Kolejny etap owego kilometra był płaski jak tyłek początkującej fit girl, która ćwiczy 5 razy w tygodniu na miejscowej siłowni wszystkie możliwe partie ciała, ale zapomina o przysiadach, bo na instagramie nie napisali, że dupę też trzeba wzmacniać. Czas drugiego kilometra - 5m06s bardzo mnie usatysfakcjonował. Pełen pozytywnych myśli, ruszyłem ostro z kopytka na trzeci kilometr. Ten był już pofalowany niczym klatka piersiowa ikony kina lat 90' dla dorosłych - Pameli Anderson. Dałem jednak radę go pokonać w czasie 6 minut. Musiałem się jednak wspomóc kilkoma żelkami z kofeiną, bo czułem, że liczne podbiegi odebrały mi odrobinę sił witalnych. Żelki o smaku coli były pyszne, ale sił dodały mi tyle, co nic. Liczyłem choćby na efekt placebo, ale nawet ten się nie pojawił.

Czwarty kilometr to była dla mnie prawdziwa udręka. Spokojnie mogę go porównać do drogi krzyżowej, tyle że ja nie niosłem na swoich barkach krzyża, a jedynie dzierżyłem mocno w dłoni pałeczkę naszej sztafety. Gdybym ją zgubił, to byłoby nieciekawie. Dyskwalifikacja murowana. To właśnie na tym kilometrze znajdował się nowy etap trasy - wąska i ciągnąca się chyba nieskończoność pod górę. Pokonując ją, cały czas musiałem sobie powtarzać w myślach: "Dasz radę... Nie możesz się poddać... Drużyna liczy na Ciebie... Kapitan nie może odpuścić... Biegnij gnojku... Masz szansę na podium... Pierwszą i raczej ostatnią szansę... Nie możesz jej zjebać... Run or Die..." Ta swoista mantra pozwoliła mi przetrwać naprawdę spory kryzys. 6m29s to kiepski czas, ale biorąc pod uwagę niesprzyjające okoliczności przyrody, byłem go w stanie zaakceptować. Nie miałem zresztą innego wyjścia.

Na piątym kilometrze zacząłem wątpić w sukces. Przez chwilę byłem biblijnym człowiekiem małej wiary. Przyznam się, zwątpiłem w swoje siły i w nasz sukces. Postanowiłem się wtedy odwołać do sił nie z tego świata. Przypomniałem sobie słowa naszego Zbawiciela. Czyż Jezus uzdrawiając epileptyka, nie rzekł: "Bo zaprawdę, powiadam wam: Jeśli będziecie mieć wiarę jak ziarnko gorczycy, powiecie tej górze: "Przesuń się stąd tam!", a przesunie się. I nic niemożliwego nie będzie dla was." Posłuchałem go, bo starszych należy słuchać i przestałem wątpić w sukces całej sztafety. Wiedziałem, że nawet jak pobiegnę trochę wolniej, to moi rodzice biegowi nadrobią cenne minuty. Są w gazie biegowym. Gdy stają w szranki na zawodach to normalnie widać ogień z dupy. Zegarek wskazał mi, że piąty kilometr trasy pokonałem w czasie 6m15s. Pomyślałem sobie, że jest dobrze. Może nie mam sił do przenoszenia gór jak jakiś Herkules lub inny Herakles, ale do szybkiego przebierania girkami trochę sił mi jeszcze zostało.

Szósty kilometr to ciągłe przekonywanie siebie, że nie wolno odpuszczać, bo meta jest blisko. Już bliży, niż dali. To pozytywne myślenie pomogło, bo pobiegłem  ten kilometr szybciej, niż poprzedni o całe 12 sekund. Ten etap trasy był bardziej płaski. Żelki z węglami i kofeiną zaczęły chyba także działać, bo mimo zmęczenia dawałem radę biec na aktualnego swojego maksa. Niepokoiło mnie jedynie to, że w zasięgu mojego wzroku nie ma innych biegaczy z pałeczkami. Optymista powiedziałby, że to dobry znak, bo wszyscy są gdzieś daleko w tyle. Pesymista zapewne stwierdziłby, że są daleko w przodzie i nie widzi ich, bo zamyka stawkę zawodników ze sztafet. Gdy opanowałem emocje i włączyłem rozsądne myślenie, zdarza mi się to czasami na krótką chwilę, doszedłem do wniosku, że jestem gdzieś w ogonie stawki sztafetowiczów, ale na pewno nie jestem ostatni. Moja strata zapewne nie jest dużo. Muszę jedynie utrzymać aktualne tempo i odpalić moje dwie rakiety zwane Sylwkiem i Anetą, aby w końcu stanąć na upragnionym najwyższym stopniu podium.

Końcówka mojej zmiany to bieg na 100% i walka o każdą sekundę. To był w końcu najważniejszy bieg w moim życiu. Taka szansa na puchar mogła się już mi więcej nie przytrafić. Swoją pętlę siedmiokilometrową ukończyłem w czasie 40m12s. Podałem pałeczkę Sylwestrowi, który miał za zadanie dogonić swoją rywalkę oraz wypracować nad nią przewagę. Z moim bezpośrednim rywalem przegrałem o jedną minutę i czterdzieści sekund. Posiliłem się pomarańczami i wodą, aby odzyskać siły witalne. Następnie podzieliłem się z Anetą swoimi uwagami odnośnie do trasy, aby łatwiej było jej biec. Zaczęło się nerwowe wyczekiwanie na powrót Sylwestra. Ludziom, którzy patrzyli na mnie z boku przypominałem pewnie małe dziecko, które nerwowo oczekuje powrotu ojca z pracy, gdyż ten zawsze kupuję mu po drodze drobny słodki upominek. Tym razem nie chodziło jednak o jakieś tam łakocie, ale o puchar za tryumf w zawodach.

Nie byłem w stanie oderwać wzroku od zegara wskazującego oficjalny czas biegu. Wypatrywałem niecierpliwie Sylwka w oddali. Kilka razy cieszyłem się zbyt szybko, gdyż zdarzyło mi się raz, czy dwa pomylić go z innym biegaczem lub nawet biegaczką. Była to jednak wina emocji i braku okularów, które jednak sporo wnoszą do mojego procesu wyraźnego widzenia. W końcu po ok. 34 minutach doczekałem się widoku swojego ojca biegowego. Cały zziajany wbiegł na metę. Widać było, że dał z siebie wszystko. Szybciej się nie dało. Przekazał pałeczkę Anecie, a ta pomknęła jak wystrzelona z procy wielkiego kalibru.

Emocje zaczęły jeszcze bardziej sięgać zenitu. Nerwowo oczekiwaliśmy, kiedy nastąpi zmiana u naszych najgroźniejszych rywali. Okazało się, że Sylwester wypracował dla Anety całe 8 minut. Taka szybka koza biegowa jak ona nie mogła roztrwonić takiej znacznej przewagi. Aby zająć czymś myśli i nie wypatrywać nerwowo Anety, postanowiliśmy się trochę porozciągać. Nerwy jednak wygrały z nami i zdecydowaliśmy się nie czekać na naszą kozicę, tylko wybiec jej naprzeciw. Na początku nie zapuściliśmy się zbyt daleko. Zrobiliśmy sobie parę pamiątkowych zdjęć, zanim postanowiliśmy się zapuścić dalej. Po paru minutach oczekiwania dostrzegliśmy Anetę, która biegła do mety jak na złamanie karku. Postanowiliśmy jej towarzyszyć na trasie. Jak się domyślacie, odpadłem po kilku metrach. Sylwek jej towarzyszył do samej mety. Na swoją obronę dodam, że  nie byłem w stanie biec razem z nimi nie tylko dlatego, że jestem słabszy fizycznie, ale też z tego powodu, że miałem na swoich plecach wypchany po brzegi naszymi ciuchami plecak.

Pokonanie dystansu 21 km zajęło naszej wspaniałej trójcy 1h47m27s. Zajęliśmy czwarte miejsce open, ale w kategorii sztafet mieszanych (2M i 1 K) byliśmy najlepsi. Tylko kwestią czasu była moja pierwsza dekoracja na podium. Chwilę oczekiwania na wymarzoną chwilę tryumfu umiliłem się zupą pomidorową i chlebem ze smalcem. Był to posiłek regeneracyjny przewidziany na mecie przez organizatora. 

Gdy spiker wyczytał moje nazwisko myślałem, że dosłownie eksploduje z radości. Byłem tak naładowany endorfinami jakbym właśnie dowiedział się, że wygrałem bańkę w totka. Pewnie wskoczyłem na najwyższy stopień podium. Sylwek stanął po mojej prawicy, na niższym stopniu, a Aneta po lewej stronie. Wiem, że kultura osobista nakazywała mi ustąpić miejsca kobiecie na centralnym miejscu podium. Chciałem choć przez chwilę poczuć się jak zwycięzca i stanąć na pudle z numerem 1. Powiem Wam, że jest to zajebiste uczucie. Objąłem moich partnerów z drużyny, aby im podziękować za tę wspaniałą chwilę radości. Gdy już ta chwila została uwieńczona przez fotografów, ustąpiłem miejsca Anecie na najwyższym stopniu podium. Organizator wręczył nam pamiątkowe dyplomy oraz puchar. Zostaliśmy, również obdarowani drobnym upominkiem od sponsora, w skład którego wchodziły suplementy od sponsora biegu.

Jesteście pewnie ciekawi, kto dostąpił zaszczytu, zabrania pucharu do domu. Spieszę to wyjaśnić czym prędzej. Pamiętacie taką oto scenę z kultowej komedii Juliusza Machulskiego "Kiler - ów 2 -óch", gdzie dwóch gangsterów - Siara i Lipski, dzielą łupy, obrazując należny im udział przy pomocy kostek domina. Posłużę się cytatem z tej sceny:"Pomysł był mój, wykonanie było moje...". Pomysł na start w sztafecie był mój. Wykonanie moje w 1/3. Puchar należał mi się zatem jak burkowi zupa. Poza tym oni już mają w swojej kolekcji pucharu, a ja do tej pory nie miałem jeszcze, ani jednego. Nie byłem jednak okrutny. Dałem im dotknąć i potrzymać przez chwilę nasz puchar, który bezpiecznie będzie spoczywał u mnie w domu.

Najbardziej cieszy mnie fakt, że zostaliśmy pierwszymi, historycznymi zwycięzcami Olszakowego Ekidena. Staliśmy się historią tych zawodów. Zostanie po nas wyraźny ślad. Biegacze z następnych edycji będą porównywać swoje wyniki do naszego rezultatu. Non omnis moriar - nie wszystek umrę. 

Tagi:

Oceń notkę
+ +11 -

Paganini pióra i dystansu
Oceń profil
+ +98 -
Tomasso_34
Ranking: 144 Poziom: 61
PD: 28943
REPUTACJA: 17274