SKLEP

Tomassowe Bajania

Tomasso_34 Tomasso_34 20.03.2019, 07:02
Tomassowa Kronika Biegowa #34_2019/5
84V

Tomassowa Kronika Biegowa #34_2019/5

Zapewne znana jest Wam scena z kultowego filmu Juliusza Machulskiego „Kiler – ów 2 – óch”, gdy postać grana przez Jolantę Fraszyńską przedstawia się Jurkowi Kilerowi tymi słowy:” Jestem Aldona. Ale mówcie mi Dona – Dona, krótko i zajebiście.” I taki też będzie ten wpis – krótki i zajebisty! 

Po tym, jak w ostatnim wpisie kronikarskim, uraczyłem Was obfitą ścianą tekstu, dziś obiecuję, że będzie krócej. Recordowa Dziesiątka w Poznaniu (dawniej Maniacka) to bieg charakteryzujący się szybką trasą, dlatego też będzie dziś mega szybko, bez zbędnego lania wody. Popiszę jednak trochę głupot. Nie martwcie się. To silniejsze ode mnie. Wiecie, że podobno chłop może wyjść ze wsi, ale wieś z chłopa nie wyjdzie nigdy. U mnie jest podobnie pisaniem głupot. Mogę chcieć pisać poważnie, ale na chęciach zazwyczaj się kończy. 

Na zawody o nazwie 15. Recordowa Dziesiątka udaliśmy się skromną ekipą Polonii Środa w składzie: Asia, Aneta, Łukasz x2, Adam, Marcin i ja rzecz jasna we własnej osobie – Boski Kwiatkowski! Dla przyjaciół Tomasz, Kwiatek lub Tomasso, a dla wrogów ten przystojny umięśniony gnojek! Droga jak zawsze przebiegała w wesołej atmosferze. To jest interesujące, jak dorośli ludzie mogą się dobrze bawić w drodze bez alkoholu. Kiedyś wydawało mi się to niemożliwe. Teraz wiem, że piwo cieszy, ale nic nie powoduje takie wielkiego uśmiechu na twarzy jak myśl o zbliżających się zawodach. 

W biurze zawodów, które mieściło się tak, jak przed rokiem, nad jeziorem Malta, zameldowaliśmy się po godzinie 10.00. Jak zawsze na tej imprezie, było ono pełne ludzi. Sam proces odbioru pakietów nie zajął nam zbyt dużo czasu. Po ok. 20 minutach miałem już swój w ręku. Duży plastikowy worek wiązany sznurkiem (ekologia pierwsza klasa, plastik musi być, płótno nadal jest passe) mieścił w sobie oprócz numeru startowego, piwo marki Grodziskie. Było do wyboru alkoholowe i takie bezalkoholowe. Pani wydająca pakiet bez pytania się mnie o wybór rodzaju piwa, pewnie i bez wahania spakowała mi piwo alkoholowe. Pewnie wyczytała z moich pięknych błękitnych oczu, że alkohol to mój dobry kumpel i nie chciała nas rozdzielać. Z piwem alkoholowym zawsze się dogadam. Z bezalkoholowym mogłoby być różnie. Moglibyśmy nie przypaść sobie do gustu. Kłótnie i waśnie nie były mi potrzebne przed biegiem. Mimo młodego biegu, pani z biura zawodów wykazała się wielką mądrością życiową i rozsądkiem. 

Start miał miejsce o godzinie 12.00 i odbywał się w kilku falach. Nie sposób jest naraz puścić na trasę 5 tys. osób. Znaczy, da się, ale jak chce się uniknąć rzezi i tratowania słabszych przez silniejszych, to nie wypada tego robić. Dla psycholi żądnych krwi byłby to istny raj i spełnienie najskrytszych fantazji z dzieciństwa. Ja nie chciałbym tego oglądać, choć przyznam, że jakaś ciemna i chora część mojej psychiki rzuciłaby z chęcią na to okiem, jakoś tak ukradkiem.

Wystartowałem ze swojej strefy startowej parę minut po 12.00. Na początkowych metrach biegu towarzyszyła mi koleżanka klubowa Asia, która przestrzegała mnie, abym na stracie zbytnio nie szarżował, bo bieg liczy sobie 10 km. Nie posłuchałem jej. Potem żałowałem. Start biegu był z dużej górki. Jeśli dodamy do tego entuzjastyczny tłum ludzi, który zawsze dodaje skrzydeł, to idzie dojść do wniosku, że da się wykręcić dobry czas. Pierwszy kilometr ukończyłem w czasie poniżej 5 minut. Szkoda, że następne kilometry nie poszły mi również tak szybko. O ile drugi, trzeci i czwarty kilometr w moim wykonaniu nie były najgorsze, bo zaliczyłem każdy w czasie poniżej 5m25s To szkoda, że nie mogę tego powiedzieć tego samego o piątym kilometrze. 

To właśnie na nim zacząłem odczuwać trudy zbyt nonszalanckiego początku. Nogi zrobiły się cięższe. Oddech mocno przyśpieszył. Delikatnie zawirowało mi w głowie. Udało się jednak ukończyć ten kilometr w czasie 5m39s. Przez chwilę chciałem nawet spróbować przyśpieszyć, aby dogonić Asię, która uciekła mi gdzieś na 4 kilometrze. Na chęciach się jednak skończyło. Nogi dostałem jak z kamienia. Kręciło mi się w głowie, jakbym przed chwilą brał udział w zdjęciach do teledysku do utworu Reni Jusis „Zakręcona.” Muliło mnie i jeździło po żołądku. Wydawało mi się, że zamiast biec, to człapię się jak jakiś niezbyt ruchawy zombie z amerykańskiego filmu klasy B. Chciałem jedynie dobiec do mety cały i zdrów. W dupie miałem dobry rezultat. W miarę upływu kolejnych metrów siły jednak powoli zaczęły do mnie wracać. Gdy zobaczyłem, że szósty kilometr ukończyłem w czasie 6m08s, uznałem, że jest to dobry rezultat, jeśli brać pod uwagę to jak się czułem w tamtej chwili. 

Czas dostrzeżony na zegarku dodał mi sił. Brakujące 3 kilometry do mety, pokonałem już w znacznie lepszym czasie. Dodam i podkreślę, że każdy kolejny kilometr był szybszy od poprzedniego, a dziesiąty kilometr był tylko nieznacznie wolniejszy od pierwszego. Nie umiem znaleźć powodu nagłego napływu sił. Nie mały wpływ na zaistniały stan rzeczy miał pewnie fakt, że ostatnie trzy kilometry do mety były z górki, a w plecy wszystkim biegaczom wiał silny wiatr dodający impetu. 

Czas na mecie – 53m45s odbiegał od czasów moich marzeń, w porównaniu z czasem, jaki nabiegałem na tej trasie w ubiegłym roku (trasa była tylko delikatnie w tym roku zmodyfikowana) – 57m37s, był to świetny wynik. Widać, że jestem teraz w lepszej formie, niż przed rokiem o tym samym czasie. Finisz, jaki zaliczyłem na Recordowej Dziesiątce, był moim najlepszym finiszem w historii. Nogi niosły mnie do mety, brakowało trochę oddechu, ale nogi niosły. Do tej pory zawsze zawodziły mnie na samej końcówce biegu. W Poznaniu miały siłę. Nie zrobiły się bolesne i twarde jak z kamienia. Czuję w nich moc, jakiej jeszcze nigdy nie czułem! Oddech przyjdzie, gdy zacznę więcej biegać. A jak wszystko zagra odpowiednio, to na wiosnę będzie pięknie.

Tagi:

Oceń notkę
+ +11 -

Paganini pióra i dystansu
Oceń profil
+ +97 -
Tomasso_34
Ranking: 149 Poziom: 60
PD: 27777
REPUTACJA: 16461
Miesięcznik PSX Extreme