Growy Przegląd Maniaka

Subiektywnie o graniu, konsolach, rynku okołogrowym i technologicznym. Dyskusyjnie, ale kulturalnie.

MatekMZ MatekMZ 23.11.2015, 18:53
Nowy Need for Speed okiem maniaka serii
1073V

Nowy Need for Speed okiem maniaka serii

Kocham Undegroundy. Kiedy tylko usłyszałem, że Ghost Games przygotowuje nowego Need for Speed w klimatach podziemnych, nielegalnych wyścigów, czekałem na tę grę niczym na premierę nowej generacji konsol. Tym bardziej po dłuższej niż zwykle, dwuletniej przerwie od ostatniej części. Przeszedłem do tego czasu pierwszego i drugiego Undergrounda, odświeżyłem Most Wanted, więc 5 listopada czym prędzej poleciałem do sklepu po swój egzemplarz.

Need for Speed od samego początku wręcz urzeka grafiką, która jest absolutnie fenomenalna. Śliczne feerie barw ozdabiają ulice miasta na dziesiątki kolorów, neony jarzą się swoim jaskrawym blaskiem, a karoserie pojazdów znikają w kąpieli letnich, mocnych opadów deszczu. Frostbite 3 daje tutaj radę jak nigdy wcześniej i śmiało nowy Need for Speed może konkurować do miana najładniejszych wyścigów tej generacji. Fajnym pomysłem było też wdrożenie filmów fabularnych z wykorzystaniem prawdziwych aktorów i pasjonatów powszechnie znanych miłośnikom tematu - Kena Blocka i Nakai-Sana. Wkradł się nawet Magnus Walker, którego motoryzacyjni sympatycy mogą kojarzyć z jego niezwykłego zamiłowania do marki Porsche.

Dalej mamy dziesiątki wyścigów, pościgi policyjne, otwarte miasto, po którym możemy poruszać się w dowolny sposób. Powrócił również tuning - znakomicie zrealizowany, gdzie modyfikujemy w znacznym zakresie zarówno wygląd zewnętrzny pojazdu, jak i jego osiągi, a przy tym dostajemy kilkanaście suwaczków mających wpływ na zachowanie samochodu w określonych warunkach. Czy chcemy, żeby bardziej driftował przy każdym zakręcie, czy raczej trzymał się drogi niczym przyklejony. Możemy nawet zmienić szerokość kół, lub sztywność zawieszenia czy dostosować działanie hamulca ręcznego.

Autorom należą się także pochwały za udźwiękowienie nowego Need for Speeda. Setki koni pod maską brzmią bardzo wyraziście, szalejąc między budynkami złowrogim echo, a muzyka dobywająca się z głośników to ostre, potężne brzmienia rocka, techno, elektroniki lub dubstepu. Są oczywiście lepsze i gorsze utwory, ale mimo wszystko - soundtrack nie ma startu do fenomenalnej ścieżki dźwiękowej z pierwszego i drugiego Undergrounda.



Saga zwana Need for Speed przechodziła ostatnio trudny okres. Zdarzały się zarówno wzloty, jak i upadki. Z pomocą przyszedł Criterion Games w 2010 roku, który przygotował Hot Pursuit i dzięki temu seria w jakiś sposób uniknęła drastycznych kroków. Niestety rok później powstał tragiczny potworek i do dziś wspominam The Run jako jedną z najgorszych gier wyścigowych mojego życia i dalej też głowię się, jak po wspaniałym Most Wanted mogło przyjść najpierw Pro Street, a potem fatalne Undercover. Nie wyszła też najlepiej próba "wskrzeszenia" legendy i wydanie nowego Most Wanted w roku 2012. Niby grało się OK, ale to nie było to.

W końcu Need for Speed: Rivals pozwolił mi niejako przywrócić wiarę w umiejętności EA do zatrudnienia odpowiednich programistów. Grę przeszedłem trzy razy, na każdym sprzęcie z osobna, bawiłem się bardzo dobrze, model jazdy wyjątkowo mi podpasował, a wyścigi są podstawą mojego growego życia. Tym bardziej więc z radością przyjąłem wiadomość o nowym Need for Speedzie tworzonym przez Ghost Games - ludzi od Rivals.

Niestety, nie wszystko w tej grze zagrało. Idiotyczny jest choćby wymóg stałego podpięcia do sieci. Wystarczy problem dostawcy, nieopłacony rachunek czy burza, by niektórym już zerwało połączenie i tym samym, uniemożliwiło zabawę. Następstwem tego jest całkowity brak pauzy. Nie możemy tej gry w żaden sposób zatrzymać, więc jeśli w trakcie wyścigu akurat przyjedzie dostawca pizzy, będzie musiał przez te kilka minut poczekać pod drzwiami.

Ale to dopiero wierzchołek góry lodowej. Najgorsze jest tutaj AI naszych kompanów, które zostało zaprogramowane w taki sposób, by w możliwie największym stopniu uprzykrzyć nam życie. Kiedy jedziemy na pierwszym miejscu, możemy naszych przeciwników nie widzieć w ogóle na mapie, ale wystarczy jeden porządny dzwon i nagle lądujemy w środku stawki. Zdarza się, że teoretycznie znacznie słabszy samochód ni z tego ni z owego dostaje superturbo i wyprzedza nasze na maksa wypasione Lambo tuż przed metą. Innym razem, podczas driftowego pociągu, przeciwnicy dostają głupawki i potrafią jechać tak wolno, że trzeba się do nich równać, by zdobywać punkty. A drift z tak powolnej prędkości to dramat. W drugim przypadku potrafią przywalić nam solidnie w bok podczas driftowania, tym samym zabierając nabite combosy. Nie da się z nimi normalnie pościgać, tragedia. Sam rzucałem mięsem na prawo i lewo, bo tych idiotyzmów było tutaj całe mnóstwo.

Jeszcze gorszy jest fakt, że podczas naszej zabawy, razem z nami w świecie gry znajduje się kilku prawdziwych graczy, którzy rozgrywają niejako swoją ścieżkę fabularną. Po mieście jeździ zatem kilka "Manu" czy kilka "Amy". Zdarzyło mi się kilkakrotnie, że ta druga "Amy" zajeżdżała mi drogę czy wypadała zza zakrętu. Oczywiście dzwon i oczywiście ostatnie miejsce. Gdyby tego było mało, podczas wyścigu, niezależnie czy jedziemy obok sojusznika czy przeciwnika, ten z uporem maniaka zajeżdża nam drogę, bezczelnie ładując się przed maskę.

Samo Ventura Bay jest totalnie nijakie. O ile po Bayview z U2 śmigało się bardzo przyjemnie, podobnie zresztą jak po Rockport z Most Wanted, o tyle tutaj przechodzimy od wyścigu do wyścigu, byle tylko jak najszybciej skończyć te fabularną miernotę. Nie miałem ochoty odkrywać kolejnych darmowych części, robić bączków czy zwiedzać miejscówek, gdzie niektóre ujęcia np. na fabrykę albo skrzyżowanie były bądź co bądź wątpliwej urody.

Drażnią też supermocne barierki, które pokryto jakimś magicznym klejem, momentalnie zatrzymującym nasz pojazd. Wystarczy przy dużej prędkości wjechać w taką bokiem, by od razu wylądować na dachu. Za to pochwalić muszę za zniszczalne płotki, latarnie, znaki - im więcej tego rozwalimy, tym więcej punktów stylu otrzymamy. Szkoda, że tuning dostępny jest tylko w garażu i nie mamy po całym mieście rozsianych punktów, które po odkryciu zaoferują nowe części lub konkurencyjne ceny. Ja wiem, że tak, jak jest teraz jest wygodniej, ale właśnie to odkrywanie kolejnych sklepów w U2 sprawiało mi radochę.

Fatalnym pomysłem są ciągłe telefony do naszego bohatera. Każdy ukończony wyścig wymaga odebrania telefonu z ziomalskim tekstem "cool przejazd ziom, świetnie, do zobaczenia następnym razem!". Od wirtualnych wibracji dostawałem ataku furii w pewnym momencie, pomijałem większość rozmów po zakończonym wyścigu. Podobnie jak filmy fabularne, niczego one nie wnoszą i są jedynie męczącym i uciążliwym dodatkiem. Dlaczego nasza postać jest niema? Dlaczego to wszystko zostało poprowadzone w tak mizerny sposób? Członkowie czarnej listy z Most Wanted byli chociaż charakterystyczni, ekipa złowrogich policjantów również potrafiła napsuć nam krwi, ale coś dla tej całej naszej historii znaczyła. A tutaj? Tutaj każdy kolejny filmik jest w zasadzie niezależny od poprzedniego. Oglądałem to trochę z ciekawości, trochę z przymusu, trochę z obowiązku, ale w żadnym wypadku nie z radości. No może jak zobaczyłem Nakai-Sana, było lepiej. Szkoda, że zarówno on jak i Ken Block odegrali szalenie epizodyczne, marne i nic nie znaczące role.

Nie jestem także zwolennikiem dodawania do klimatu podziemnych wyścigów takich pojazdów jak Lamborghini Murcielago czy też Mercedes AMG albo McLaren 570S. Po co to komu? Tych fur i tak nie można za specjalnie stuningować i żaden z podziemnych drifterów takiej fury mieć nie będzie. Nijak nie pasują mi one do tej produkcji. I wielka szkoda, że same wyścigi w większości opierają się właśnie na driftach. Gdzie są dragi chociażby? Gdzie są fotoradary? Szkoda.

Animacja w wersji na PS4 potrafi solidnie chrupnąć w niektórych momentach, brakuje też ciekawie zaaranżowanych początków każdego wyścigu. W Undergroundach widzieliśmy gorące panie, które kręciły tym, co miały najlepsze. W Most Wanted pojawiały się scenki z członkami czarnej listy, a tutaj... pojazdy przeciwników po prostu spadają przed nami z nieba. I tyle. Nie podnosi to immersji w żadnym wypadku. Szkoda także, że po spotkaniu prawdziwego gracza na naszej drodze, możemy go co najwyżej stuknąć. Nie da się ani odbyć wyścigu, ale wspólnie przejść fabuły, ani porównać pojazdów w garażu. Nic. Nie wiem zatem, po co Ci gracze w ogóle się tutaj znajdują.

Podobnie jest zresztą z policją, którą spotykamy tutaj dosyć rzadko, a jeżeli już spotkamy, to uciekamy im w przeciągu kilku, do kilkunastu najbliższych sekund. Ukończenie wyzwań związane z osiągnięciem puli 2500 punktów mandatowych graniczny z cudem, bo musimy ciągle przystawać, zwalniać i dawać fory stróżom prawa, bo Ci nie potrafią za nami w żaden sposób nadążyć. Przykre to, bo nie mamy żadnego wyzwania. Szkoda, że po tak fajnie zrealizowanej policji z Rivals, tutaj otrzymujemy taką katastrofę. No i jeszcze całości dopełnia ten przeklęty, ziarnisty filtr, który całkiem zaburza klarowność obrazu. Filtrów jest tutaj zresztą od groma - tam, gdzie mamy pomarańczowe latarnie, nagle cały ekran przyozdabia taki filtr, podobnie z innymi kolorami. Gra jest wyładowana efektami graficznymi, które maskują pewne graficzne niedociągnięcia. Ale na szczęście, w ogólnym rozrachunku robi to bardzo dobre wrażenie. Gdybym tylko to ziarno mógł wyłączyć...

Jestem ogromnym fanem Need for Speeda. Grałem w każdą część tej serii, nawet w te dedykowane platformom mobilnym czy konsolom przenośnym. Przegrałem też wiele godzin w Need for Speed World i czekam na Need for Speed Edge. Ale jeśli Edge będzie taką wpadką, jak tegoroczna odsłona, to nie wróżę jej wielkiego sukcesu. Wbiłem 60% trofeów i do platyny zostało mi ich jeszcze 7, więc zapewne i ona przyozdobi mój profil, ale gra jest bardzo słaba. To jedno z moich największych rozczarowań tego roku. Po niezwykłych zapowiedziach i fantastycznych materiałach promocyjnych, dostałem produkt, który w ogólnym rozrachunku drażni, frustruje, doprowadza do białej gorączki i zadziwia idiotyzmami. Każdy fan tej serii powinien sprawdzić najnowszą odsłonę i wyrobić sobie własne zdanie, bo są również opinie, że to "najlepszy Need for Speed od lat". Z tym się zupełnie nie zgodzę. Tego NFS-a przeszedłem raz i mam dosyć. Rivals skończyłem trzykrotnie i pewno do niego jeszcze kiedyś wrócę, jak do Undergroundów czy starego Most Wanted.

O tym Need for Speedzie wolałbym już zapomnieć.

Tagi: need for speed need for speed 2015 NFS ps4 wyścig wyścigi

Oceń notkę
+ +24 -

Oceń profil
+ +17 -
MatekMZ
Ranking: 2677 Poziom: 30
PD: 4193
REPUTACJA: 1794