RetroSzmelc

polygonom i shaderom mówimy stanowcze "NIE"!

lghost lghost 08.11.2015, 21:10
Kilka naprawdę dziwnych gier na PC
841V

Kilka naprawdę dziwnych gier na PC

Tak jak głosi tytuł - parę zapomnianych gier sprzed lat, które wymykają się prostej klasyfikacji i opisowi. Poniekąd zainspirowane wpisem Yukikazego sprzed nieco ponad tygodnia. 

Nie tak całkiem dawno niejaki Yukikaze napisał artykuł na swym blogu o "dziwnych, chorych i szalonych grach na konsole". Art jest ze wszech miar ciekaw i wart przeczytania, ale - tu zakładam okulary w rogowej oprawie i zapuszczam brodę do piersi - nie zaskoczyła mnie tamta lista tytułów. Moja fascynacja grami uznawanymi za dziwne sięga jeszcze szczeniackich lat, kiedy miałem do dyspozycji jedynie Commodore 64 i stertę kaset, z czego połowa nie miała żadnych opisów poza (błędnymi) tytułami gier. A choć dużo mówi się o dziwności gier konsolowych i automatowych (a już zwłaszcza gdy patrzymy przez pryzmat japońskiego rynku), to na wszelakie komputery domowe ukazała się tyle różnych dziwactw rodem z sennych koszmarów, że można by spokojnie nimi zapełnić książkę. I jak już się pewnie domyśliliście, ten wpis będzie swoistym "companion piece" do artykułu Yukikazego - wyciągnę z otchłani zapomnienia  kilka naprawdę pokręconych gier, które ukazały się tylko na PC. Żeby sobie uatrakcyjnić zadanie, postanowiłem nie sięgać ani po tytułu indie/freeware, ani po te produkcji japońskiej. Ciekawi tego, co zebrałem? To zapraszam...

 

Bad Day on the Midway

 

Miłośnicy awangardy być może kojarzą trupę artystyczną The Residents - kwintet anonimowych kolesi którzy od lat 70 kontestują kulturową teraźniejszość, nagrywając albumy muzyczne oraz tworząc surrealistyczne projekty multimedialne. Czym więc może być gra zaprojektowaną przez takich oryginałów? Bad Day on the Midway zaczyna się wagarami małoletniego Timmy'ego, który zamiast iść do szkoły wędruje do zapuszczonego parku rozrywki. W tym to ledwo żywym wesołym miasteczku przebywa kilkanaści zwichrowanych postaci, każda z własną historią - Timmy może zwiedzać park na własną rękę i odkrywać kolejne zdezelowane atrakcje, albo też spojrzeć na świat oczami pozostałych rezydentów... by się przekonać, że świat to naprawdę, naprawdę brudne i parszywe miejsce. Nie ma zagadek jako takich, ale żeby poznać całą historię trzeba się trochę naklikać by zwiedzić wszystkie lokacje i poznać myśli każdego wykolejeńca, który krąży po Midway. Czasem też celem niektóych ludzi jest śmierć... yup, to nie jest gra familijna. Nietypową fabułę uzupełnia kompletnie "odjazdowa" surrealistyczna oprawa graficzna - The Residents zaprosili do współpracy wielu podziemnych ilustratorów i projektantów, dzięki czemu ten schizofreniczny lunapark wygląda jak sen w malignie. Niestety, pomimo wysokich ocen w prasie, gra nigdy nie została wznowiona, i aby w nią zagrać pozostaje albo eBay (kopie chodzą po 300pln...), albo dobrze zaopatrzone torrenty.

 

Total Distortion

 

 

Nieco weselsza produkcja od poprzedniego tytułu. Na Ziemię spada tajemniczy artefakt, który po przebadaniu przez rząd okazuje się być portalem do innych wymiarów - a żeby było ciekawiej, każdy z nich jest podporządkowany jednemu aspektowi kultury popularnej (kreskówki, muzyka rockowa etc). Zupełnym przypadkiem, stryj gracza pozostawia mu w spadku 3 miliony dolarów - które to avatar gracza postanawia spożytkować na dostanie się do ukrytych wymiarów i... sprowadzenie z nich teledysków na Ziemię, by ożywić popkulturę.
Total Distortion to totalnie pokręcona gra, którą od biedy można nazwać przygodówką - zwiedza się abstrakcyjne lokacje niczym w Myst, wchodząc w nieco oderwane od rzeczywistości dialogi z zamieszkującymi je postaciami, ale też boksując się z robotami, walcząc na riffy z "gitarowymi wojownikami" oraz produkując i sprzedając teledyski. Tytuł ten jest przepięknym dzieckiem multimedialno-eksperymentalnej epoki, maleńkiego okienka z połowy lat '90, gdy zderzyły się ze sobą nowe technologie (CD-ROM, multimedia) wraz z niech anarchistyczną kreatywnością świata rozrywki. Wielka szkoda, że i ten tytuł nie doczekał się re-releasu. Zawsze jednak możemy posłuchać kultowego motywu "game over"...

 

Bibleman

 

 

Gry religijne to jeden z najbardziej fascynujących (mnie) aspektów przemysłu wirtualnej rozrywki. Pomysły do jakich dochodzą autorzy by połączyć ogień rozrywki z wodą religijnej indoktrynacji i stworzyć przy tym grywalny produkt zasługuje na autentyczne uznanie. Mieliśmy więc religijne FPSy, religijne RTSy, to nic dziwnego że doczekaliśmy się biblijnego superbohatera z jego własną grą. I nie jest nim Captain Bible, acz i on mógłby trafić na tę listę...
Bibleman to, jak się okazuje, amerykański serial o - nie zgadniecie - superbohaterze czerpiącym siłę z Pisma Świętego. I to superbohaterze w tym samym znaczeniu co Batman - Bibleman ma swoją Bibliojaskinię, wypełnioną Bibliogadżetami, z Bibliokomputerem wskazującym kolejne uczynki arcyzłoczyńców... z których jeden wygląda jak stereotypowy kujon z fioletową skórą oraz naprawdę kiepskim uczesaniem... i przerażające, bluźniercze zbrodnie, takie jak zbiorowe palenie Biblii, bo...? Bo tak postrzegają świat autorzy religijnej propagandy, chyba. Sama gra to średnio udolny klon stareńkiego Crusader: No Remorse, tyle że wydana dziesięć lat po oryginale, choć po oprawie graficznej tego nie odgadniecie. Zastanawiam się jedynie czasem, czy produkcja takich "natchnionych" gniotów nie mogłaby być intratnym interesem.

 

Castle Knatterfels: Curse Of The Zombie Krauts

 

 

Pamiętacie Kurkę Wodną? Taką gierkę gdzie się strzelało do kurczaków i którą możnaby nazwać "casualową", gdyby to słowo wtedy istniało? To być może pamiętacie też zalew klonów tej (dość durnej) gry, gdzie strzelaliśmy do coraz to dziwniejszych celów w coraz głupszych sceneriach. Jednak absolutne mistrzostwo osiągnęli Niemcy z Redfire Software z Castle Knatterfels - w tej to grze strzelamy do nazistowskich (?) szkieletów i zombie, które opanowały zamek, w którym odbywa się sesja zdjęciowa modelek w bikinii (???). Gra jest naprawdę kiepska, co jest nieszczególną niespodzinką, biorąc pod uwagę że developer wcześniej zasłynął takimi "hitami" jak Wyspa Miłości czy Airline 69. Co ciekawe, na YT znalazłem dosłownie dwa filmy z tej gry - jeden to ziarnisty i nudny trailer, który ma chyba jedynie udowodnić że więcej pracy poszło w animacje obmacywanych przez zwapniałych zboczeńców plastikowych lasek z biustami wielkości dorodnych arbuzów, niż całą resztę produkcji, oraz zakończenie które... po prostu wkleję poniżej.

 

 

A skoro już mówimy o dennych grach "erotycznych"...

 

Biing! Sex, Intrigue and Scalpel

 

 

...to kolejny tytuł z niemieckim rodowodem (zaskakujące, nie?) Pewnie część z was pamięta Theme Hospital - symulator prowadzenia szpitala "na wesoło", który pomimo otoczki nasyconej czarnym humorem był całkiem sprawnie wykonaną strategią, gdzie trzeba było zadbać o jakość usług medycznych i dobro pacjentów. Biing! podwaja stawkę - do wisielczego humoru dorzuca całą masę rysowanych cycków i zadków. Co prawda, lepiej narysowanych niż inna rozerotyzowana produkcja (również niemiecka, co ci nasi sąsiedzi mają z głowami?) Wet: The Sexy Empire, ale i tak sam element zarządzania szpitalem - czyli to nad czym de facto trzeba się skupić - jest dość toporne i trudne do opanowania, ze względu na wysokie ceny sprzętu i najmu, płace dla lekarzy i pielęgniarek oraz okazyjne najazdy chuliganów niszczących wyposażenie, nasłanych przez konkurencję. W zasadzie Biing! ma tylko dwa ciekawe elementy - pierwszy, to opcja zagrania w mini-golfa - która uruchamia zewnętrzną, samodzielną kopię gry Hole in One, która nie ma w sobie żadnej golizny, oraz intro... które ponownie wkleję poniżej bez komentarza.

 

 

Harvester

 

 

I kolejna przygodówka z lat '90 na tej liście, i tak naprawdę jeden z niewielu tytułów którym chciałbym kiedyś poświęcić więcej uwagi na tym blogu. Harvester przez lata był niepisanym tabu fanów przygodówek - gra tak brutalna i kontrowersyjna, że została de facto zbanowana i dopiero rok po zakończeniu developmentu trafiła do sprzedaży. Niedawno doczekała się cyfrowych re-releasów, i każdy mógł się przekonać, ile jest prawdy w nazbieranej przez lata niesławie. A gra zaczyna się ciekawie - nasz bohater, Steve, budzi się w domu ze swego dzieciństwa, jednak wszyscy jego mieszkańcy zachowują się dziwnie - mama piecze na okrągło ciasteczka, pokój ojca jest zamknięty na cztery spusty, a dzieciak bawiący się przy naszym domu nosi przy sobie spluwę - i wystarczy go obrazić, by zaliczyć kulkę w czoło. Bardzo, bardzo szybko okazuje się, że całe miasteczko jest takie - bazy nuklearnej (sic!) pilnuje jeden generał z odciętymi nogami i przyciskiem natychmiastowej anihilacji pod ręką. W szkole dawna wychowawczyni Steve'a trzyma klasę krótko i twardą ręką - a dokładniej, trzymanym w niej kijem baseballowym. I tak dalej, i tak dalej.

 


Harvester, będąc przygodówką FMV na czterech CD, ma dużo, dużo materiału filmowego, z którego zdecydowana część nie nadaje się do pokazania w popołudniowej TV. Zgony są częste, gęste i krwiste. Całość stara się balansować na granicy horroru a'la Stephen King (znający jego powieść "Sklepik z Marzeniami" pewnie skojarzą główny wątek pierwszej połowy gry) oraz pastiszu (głównie ze względu na jakość wykonawczą efektów specjalnych i aktorstwo rodem z filmidła klasy B), ale po drodze potyka się o własne nogi, stając się jednym z najdziwniejszych horrorów na PC. Gdy faktycznie dojdziemy do szerszego opisu na tym blogu, to ujawnię całą zwichrowaność Harvestera, a póki co... bye.

Tagi:

Oceń notkę
+ +13 -

Oceń profil
+ +17 -
lghost
Ranking: 3455 Poziom: 27
PD: 3135
REPUTACJA: 1420