SKLEP

Blog użytkownika Dzwienkoswit

Dzwienkoswit Dzwienkoswit 04.07.2015, 20:06
Rozdział I - Szczęście częściej
246V

Rozdział I - Szczęście częściej

Radosna twórczość w klimatach fantasy w komediowo-parodycznym stylu. Uwaga! Będzie głupkowato :)

Witam uprzejmie :) 

Postanowiłem wrzucić tu fragment mojej radosnej, głupkowatej twórczości. Jeśli znajdą się koneserzy takich rzeczy mogę kontynuować tąż głupkowatą opowieść. Tymczasem zapraszam do czytania każdego, kto się odważy. 

 

Rozdział I

Szczęście częściej

 

Nie możesz w życiu mieć wszystkiego. Gdzie byś to trzymał? – Skrzatu

 

 

Właśnie wstawało południe. Słońce wbijało się na szczyt nieba wysyłając na ziemię swoje wścibskie promienie światła. Jakby nie patrzeć była to zazwyczaj najciekawsza pora dnia. Większość mieszkańców właśnie budziła się ze snu. Dla niektórych jednak ten jakże wczesny poranek był już kolejną godziną pracy. Jedną z takowych osób był pewien nietypowy wieśniak.

Zwał się Skrzatu. Głównie z tej racji, iż był skrzatem, a po części także, dlatego, że wysokim nazwać go nie było można. Dla nieobeznanych stanowił swego rodzaju zagadkę. To gnom, goblin, czy też gremlin? Dopiero imię wyjaśniało wątpliwości. Z wyglądu przypominał dość dużego ziemniaka humanoidalnych kształtów. Skąpo upleciona rudawymi włosami łepetyna, kartoflowaty kinol, małe zdradziecko świdrujące oczka i wyraz twarzy dalece odbiegający od słowa przystojny. Sylwetka była chudawa i raczej wątła. Bohater stąpał małymi kroczkami za pomocą krótkich nóżek odchylając gałęzie z drogi marszu swymi stosunkowo długimi w porównaniu do reszty łapami.

Osiągnął wreszcie cel podróży. Wskoczył do dziury i powoli wychylił głowę z nory, która od kilku dni służyła mu za okop. Był teraz łowcą. Generalne znał się na tym fachu jak przeciętna szwaczka na obróbce drewna, co zasadniczo przekładało się na jego wyniki. Posiadanie na koncie łowieckim takich trofeów jak skorupa ślimaka, pióro łabędzia czy też jajo pisanka były traktowane nawet w kręgach konkretnie amatorskich za wyjątkowo marne.

Ale on łaził, bo musiał. A konkretnie kazano mu. Wuj – gęba jego domu był dla Skrzata jak boss dla gangstera w mafijnych rodzinach. Mieszkał z Wujem odkąd pamiętał. Ten dobry człowiek ze wsi przygarnął go po znalezieniu w skrzynce pocztowej z dopiskiem „zwrot do adresata”. No, ale co miał biedny zrobić? Skoro paczka rzekomo wróciła do niego. Odesłać nie mógł, poza tym myślał, że to prenumerata jego czasopisma o tematyce alkoholowej. Po otwarciu paczki oczywiście pojawiły się oznaki zdziwienia i następnie wkurzenia. Żeby płacić za coś, czego się nie zamawiało! A pieniądze były dla Wuja zawsze tym, co lubił najbardziej. Listonosz od tego czasu przez ponad dwa lata omijał jego dom szerokim łukiem. Skrzatu został, więc wcielony do rodziny w charakterze głównie pomocy zarobkowej oraz chłopca na posyłki.

Rozmyślania przerwał jakiś szmer. Wyczulone za pomocą magicznej mikstury z mchu i paproci zmysły namierzyły niezidentyfikowane dźwięki sączące się z kępy krzaków naprzeciwko. Ku wielkiemu zdziwieniu i jeszcze większemu przerażeniu autorem owych dźwięków nie była goniona przez tydzień surykatka, a jakieś pokraczne coś. Dzięki atutowi skrzaciego wzroku bohaterowi udało się określić kształt istoty jako humanoidalny. Głębsza obserwacja jednak wykazała, że nie jest to żaden przedstawiciel znanych w okolicach ras. Smutek zagościł na twarzy łowcy. Miał nareszcie zatriumfować i wrócić do domu jako zwycięzca. Generalnie Skrzatu był w stanie poradzić sobie z trzy razy mniejszym przeciwnikiem, jeśli pierwszy wyciągnął broń, ale niestety rozmiary przeciwnika wykluczały możliwość upolowania.

Nagle stwór wyrwał z korzeniami kępę jeżyn i małe drzewko, po czym cisnął je na porządną już kupę zebranych elementów lasu. Owy czyn kompletnie wystawił go na widok zamaskowanego łowcy. Wyglądał, co najmniej przerażająco. Na szyi wisiała mu poszarpana szubieniczna pętelka. Ubrany był w jakieś odzienie łata na łacie z worka po kartoflach, które przelewało się przy każdym ruchu. Do prawej nogi miał przytwierdzony pordzewiały łańcuch z kulą na końcu. W jednej z brudnych łap dzierżył wysłużony nóż myśliwski.

Skrzatu niemal wbił się w grunt w próbie dokładniejszego ukrycia. Serce waliło mu z szybkością, jaką można było określić jako turbo. Nigdy by nie przypuszczał, że poalkocholowe historie wioskowego barda o dziwnej bestii, którą straszył dzieci oraz Skrzata to czysta prawda. Bojąc się, że jakakolwiek próba ucieczki może okazać się zgubna postanowił nasłuchiwać. Stwór rzęził, charkał, smarkał oraz pierdział. Ni stąd ni zowąd jednak zaprzestał tych czynności i zabrał się za kopanie. Wielkie łapy sprawiały, że praca szła mu szybciej niż niejednemu budowlańcowi z wyposażeniem typu koparka. Kopie grób na zwłoki! – pomyślał Skrzatu w przypływie paniki.

Nie mógł już wytrzymać napięcia, więc jednym skokiem wydostał się z okopu i ruszył biegiem w stronę wioski. Bestia rzuciła okiem na uciekającego „dzielnego bohatera”, po czym wróciła do swoich planów. Na takiego chuderlaka nie warto było sobie rąk brudzić. Gdyby był grubszy, to może…

Biegł i biegł. Wciąż w głowie siedziało mu uczucie, że ktoś go goni. Nagłe szarpnięcie za kaptur niemal go przewróciło. Przyspieszył tempo, jednak nadal czół, że coś go trzymało. Potrząsnął głową. Chwyt z kaptura przeszedł w dolną część pleców. Zerknął w tył. Okazało się, że tylko ciągnął za sobą sporą gałąź, która zahaczyła się o cięciwę łuku. Miał zamiar się zatrzymać, aby odwiązać balast, lecz plany pokrzyżował mu wystający z ziemi korzeń. Nieszczęśnik wywinął orła i boleśnie runął w kupę sosnowych szyszek.

Gdy wreszcie odzyskał przytomność i ostrość wzroku przed twarzą dostrzegł ciekawie wyglądający kamień. Przypominał kształtem solidną cegłę. Skrzatu wziął znalezisko do ręki. Obiekt był różowo-sraczkowaty w żółte gwiazdki i zdawał się ważyć znacznie mniej niż wyglądał. W normalnych okolicznościach przecież Skrzatu nie podniósłby cegły tak szybko.

Niczego wprawdzie nie upolował, jednakże wygląda na to, że nie powróci do domu z pustymi rękoma. Może nawet uda mu się przehandlować to coś w sklepie? Bohater rozprostował obolałe ręce i nogi, po czym ruszył w kierunku wioski.

 

*****

 

Po pewnym odstępie czasu dotarł do drewnianej tabliczki z napisem Knospryś. Wioska była niewielka nawet jak na tutejsze standardy. Budynki wzdłuż i wszerz zmajstrowane były z drewna z kilkuprocentową domieszką kamienia i sklejki drewnopodobnej. Jedyną większą metalową konstrukcją było kowadło u wioskowego kowala. Jeśli chodzi o handel, w wiosce funkcjonowała tylko jedna placówka do tego powołana. Był to kram Turka – prawdziwego naciągacza i specjalistę w wszelkiego typu kombinacjach oraz oszustwach. Farbowanie nieświeżych wyrobów, zmieniane daty ważności, ekstra płatne gratis i tym podobne sztuczki. Nie było konkurencji, więc co mu mogli zrobić?

Skrzatu właśnie dotarł do sporawego budynku wykonanego z niezdarnego połączenia czterech szop. Przeszedł jeszcze kawałek ścieżką i zatrzymał się przed szyldem.

- Sklep Turka. Po co masz dać się oszukać gdzie indziej? Wejdź tutaj! – wydukał Skrzatu i przeszedł przez obrotowe drzwi.

Znalazł się w pomieszczeniu pełnym półek i niesamowicie oświetlonym magicznymi pochodniami. Przeszedł przez dział obuwniczy, warzywny i zatrzymał się w mięsnym. Jego znak przykuł wielki napis promocja przy stoisku z konserwami. Podszedł bliżej. Obok niedbale zamazanej kwoty 5 żarówek widniał napis: Nowa cena: 8 żarówek. Promocja była dla Skrzata kusząca. Tym bardziej, że nie spożywał jeszcze tak wykwintnego posiłku. Wziął jedną puszkę i przeglądnął etykietę. Jeśli chodzi o skład: nie było tam ani słowa o mięsie, natomiast lista łamiących język słów była naprawdę pokaźna. Na spodzie wyryto napis: Najlepiej spożyć przed końcem… i małym druczkiem …który nastąpi szybko po spożyciu. Jako, że nie było go stać westchnął tylko i skierował się do lady. Zasiadał tam tradycyjnie wyglądający sprzedawca o ciemnej karnacji. Skrzatu rzucił jeszcze okiem po kątach. Kamery wciąż były. Ostatnim razem jak próbował coś ukraść nie dobiegł nawet do drzwi.

- W czym mogę pomóc? – zapytał sklepikarz.

 Skrzatu wyjął ze schowka w ubraniu znalezisko i ostrożne położył na blacie.

- Chciałbym wymienić ten kamień na jakąś żywność. – wyjaśnił wątpliwości klient.

Turek ostrożnie oglądnął przedmiot jednocześnie kontem oka obserwując łapy Skrzata i odrzekł:

- Te… Komuś to zawinął?

- Znalazłem w lesie. Wyluzuj pan.

- Aha! – krzyknął Turek – W tym tu lesie… Weź to sobie i spadaj.

- Ale… ale… Czemu?

- Gdyż nie ma znalazcy bez zgubiciela. Znalazłeś to coś i zapewne już jest szukane. To bankowo należy do jakiejś mafii. Wezmę go, a później wpadnie mi taki typ ze słowami dawaj to i tamto, albo w ogóle skończę na dnie rzeki.

- Tracisz życiową okazję!

- Nie. Ale tracę cierpliwość! Wypad mi stąd albo wezwę ochronę!

Nagle do sklepu wparował tutejszy kowal – Maślak. Najpierw wyłonił się jego pokaźny brzuch, a dopiero później cała reszta. Szedł ze zmarszczonymi brwiami, a na jego twarzy malowało się rozdrażnienie. Miał gładko ogoloną brodę i wesołe rysy twarzy pod warunkiem posiadania żywności. Tegoż dnia była to bułka wielkości sporawego bochenka wypełniona olbrzymią gamą dodatków.

- Co to znowu za wrzaski?! Co tydzień to samo! Zapytam po raz setny: Czy tu nie można sobie w spokoju bułki zjeść?!

- To ten mały bałwan przynosi tu jakiś kamień i każe się z tego cieszyć! – skarżył się Turek – Tu nie ma jubilera!

- W takim razie jestem skłonny pożyczyć ci Skrzatu trochę drobnych na pożywienie. W końcu im więcej ma się jedzenia tym lepiej. – rzekł Maślak.

- Wykoszę ci za to trawnik, liście pograbię, podłogę umyję, albo śmieci powynoszę. – obiecywał Skrzatu.

- No przecież za darmo ci nie pożyczam. – zakończył sprawę Maślak.

Kowal wyjął z kieszeni trochę drobnych i rzucił Skrzatowi, po czym oddalił się w celu dokończenia posiłku. Skrzatu zakupił pierogi z kapustą, konserwę oraz parę innych produktów i wymaszerował ze sklepu. Trzymając w obu dłoniach torby z zakupami pognał do domu. Głupek – pomyślał o Maślaku – Nigdy mu nie oddam. He, he!

 

*****

 

Dom wyglądał ubogo. Zwykła chałupa z drewna otoczona w połowie zdewastowanym płotkiem. Nic szczególnego, co warto by szerzej opisywać. Skrzatu przeszedł przez drzwi frontowe i znalazł się w kuchni. Przy stole siedziały dwie osoby i grały w karty. Co prawda nie ze sobą, ale wyglądało na to, że dobrze się bawiły. Przysadzista postać grająca w kibel ewidentnie była Wujem. Spora blond broda, kulfonowanty nos, kwadratowa szczęka i sylwetka greckiego boga czyniły go bardzo charakterystycznym mieszkańcem wioski. Obok układał pasjansa Piaskownica – syn Wuja i przyszywany kuzyn Skrzata. Skąd się owo imię wzięło nikt niestety nie wie, jednak jakkolwiek głupio by nie brzmiało naprawdę doń pasowało. Nie odziedziczył po ojcu nic z wyglądu. Jedynie charakter. Wyszła z tego średniego wzrostu, lekko zarośnięta złośliwa i zrzędliwa postać.

- Zamknij drzwi, bo się przeciąg zrobi! – rozkazał Piaskownica – Jeszcze mi karty porozwiewa, a ojcu kibel rozwali.

Skrzatu pospiesznie wykonał polecenie.

- Czy zdobyłeś pożywienie? – zapytał zaciekawiony Wuj.

- Tak. – odparł z dumą Skrzatu.

- A cóż takiego? Mam nadzieję, że nie dwa wiadra grzybów jak ostatnim razem.

- Pierogi z kapustą, konserwę i jeszcze parę innych ciekawych wyrobów.

- Pierogi? Skąd? O ile mi wiadomo w lesie nie rosną…

- Kupiłem. Maślak mi pożyczył trochę drobnych.

Wuj zrobił się czerwony jak burak. Wstał i walnął pięścią w stół rozwalając swój rezultat w grze. Wstrząs sprawił, że z rękawów Piaskownicy wysypało się trochę kart.

- Układasz pasjansa i oszukujesz? – zapytał Wuj.

- No, bo nigdy mi się nie udało i myślałem…

- Nie ważne. – przerwał Wuj – Skrzatu popełnił większe przestępstwo. Przecież wyraźnie ci tłumaczyłem! Żebyś nie brał nic z tych tłustych łap tego pajaca! Teraz dowali na przerażające odsetki! Myślisz, że skąd ma niby tyle kasy?! Z odsetek!

Skrzatu rzucił się na kolana i błagał Wuja o przebaczenie. Lecz na nic płacze, na nic jęki, jeżeli chodziło o pieniądze. Wuj zakazał Skrzatowi do odwołania wychodzić z domu.

- Ale Wuju, znalazłem w lesie ciekawy kamień. Może nim pokryjemy dług u Maślaka? – zapytał Skrzatu wyjmując znalezisko z kieszeni.

- Nie pokazuj go pod żadnym pozorem temu grubasowi! Później pomyślę, co z nim począć. Teraz marsz do pokoju!

Skrzatu bez słowa wykonał rozkaz. Postanowił poddać kamień własnym badaniom. Popukał trochę gumowym młotkiem, którego wygrał kiedyś na loterii fantowej, lecz niczego istotnego nie odkrył. Imadło także niczego nie wykazało. Piłka ręczna nie zostawiła nawet ryski. Szlifierka kątowa, wkrętarka, wyrzynarka i frezarka też nie ukazały żadnych informacji. Więcej sprzętu w pokoju nie było, wiec Skrzatu odłożył kamień w bezpieczne schronienie pod komodą, po czym runął na łóżko i szybko usnął.

                                          

Tagi: humor opowiadanie parodia

Oceń notkę
+ +5 -

Oceń profil
+ +15 -
Dzwienkoswit
Ranking: 691 Poziom: 40
PD: 9321
REPUTACJA: 1320
Miesięcznik PSX Extreme