Blog użytkownika ATeciak

ATeciak

ATeciak ATeciak 06.08.2020, 19:17
“There is no fate, but what we make for ourselves” czyli recenzja Terminator: Resistance
1587V

“There is no fate, but what we make for ourselves” czyli recenzja Terminator: Resistance

O elektronicznym mordercy słów kilka.

   Kultowy film o podszytym ludzką skórą cyborgu wysłanym w czasie by zapobiec narodzeniu się zbawcy ludzkości sprawił, że James Cameron i Arnold Schwarzenneger stali się jednymi z najbardziej rozpoznawalnych osób w Hollywood. Nic więc dziwnego, że twórcy gier wielokrotnie próbowali swoich sił w stworzeniu godnej adaptacji Terminatora. Wyobraźcie więc sobie w jakim szoku byłem, gdy Teyon, ekipa znana z jednej z najgorszych gier ubiegłej generacji, położyła łapy na czymś, co uważam za jeden z najlepszych filmów, jakie kiedykolwiek widziałem. O dziwo, moje obawy okazały się jednak płonne.

    Jest rok 2029. Minęły lata odkąd Skynet wypowiedział wojnę ludzkości i wystrzeliwując głowice jądrowe utopił planetę w atomowym ogniu. Jednak pośród popiołów postapokaliptycznego świata, wciąż tli się życie. Życie, które Skynet za wszelką cenę pragnie ugasić, dusząc je za pomocą tytułowych Terminatorów - androidów o tytanowych, przypominających ludzkie, szkieletach. System komputerowy natrafia jednak na problem. Ludzie nie poddadzą się bez walki, a przyparci do ściany organizują się, tworząc ruch oporu stanowiący realne zagrożenie zarówno dla planów, jak i samego istnienia Skynetu. Sztuczna inteligencja ma jednak pomysł: udaje jej się stworzyć doskonałą jednostkę infiltracyjną, na tyle przekonująco imitującą człowieka, że ten, nieświadomie, wpuści go do własnego domu, tym samym przypieczętowując swój los. Właśnie z podobnej opresji jako jedyny uchodzi z życiem szeregowy Jacob Reevers, którego oczami poznamy dalsze losy wojny z maszynami.
    Czy Jacob zdoła ostrzec ruch oporu przed zagrożeniem? Dlaczego jego śladami wciąż podąża udający człowieka tytanowy szkielet? Kim jest nieznajomy, który podejrzanie przewija się w fabule gry? Na wszystkie te pytania poznamy odpowiedź w trakcie trwającej ok. 8 godzin kampanii dla jednego gracza, podczas której będziemy przekradać się przez linie wroga, wysadzać jego posterunki, prowadzić otwarte potyczki i pomagać cywilom. Linia fabularna nie jest długa, ale nadrabia różnorodnością zarówno w lokacjach, jak i celach misji.

"On your feet soldier! ON YOUR FEET!"

    Miejmy za sobą to stwierdzenie: Resistance nie jest tytułem AAA, i to widać w ogólniej prezentacji audiowizualnej. Grafika nie sięga najwyższych lotów, podobnie animacje postaci czy mimika twarzy bohaterów żywcem przypominająca czasy ubiegłej generacji. Jest jednak nieodparty urok, kiedy przedzieramy się przez kolejne gruzowiska zniszczonego świata, gdzie ciemności tną jasne snopy reflektorów, a latacze HK i Terminatorzy przeczesują teren w poszukiwaniu pozostałości ludzkiej cywilizacji. Dla takich chwil warto grać, szczególnie, kiedy klimat rodem z filmowego odpowiednika wylewa się z ekranu, doprawiony doskonałą oprawą audio. Udźwiękowienie to zdecydowanie mocna strona produkcji Teyonu – karabiny plazmowe brzmią tak, jak w filmie, dźwięk kroków Terminatora jest po prostu obłędny, podobnież muzyka. Ta budzi w człowieku ekscytację, by później nastroić nas odpowiednią dawką melancholii, gdy podróżujemy przez zgliszcza i rumowiska. Boli tylko, że ścieżka dźwiękowa przełącza się na dynamiczniejszą podczas starć, co przy krótkich, dosłownie kilku sekundowych wymianach ognia, potrafi doprowadzić do pasji. W kwestii dialogów, jedyne co można powiedzieć, to to, że aktorzy zagrali przyzwoicie. Nie ma tu ról wybitnych, ale nie znalazły się też takie, przez które zgrzytałbym zębami.

    Jak na budżetową strzelaninę z perspektywy pierwszej osoby gra zaskakuje tym, jak wiele różnorodnych mechanik w niej upchnięto. Owszem, nie są one doszlifowane do perfekcji i doskonale zaimplementowane, dość rzec, że wiele z nich działa po prostu poprawnie. Jednak wspomniane mechanizmy urozmaicają rozgrywkę i sprawiają, że gra staje się czymś więcej, niż marnie wyklepanym tytułem na licencji. Mamy więc prosty, acz przyjemny system rozwoju postaci, gdzie wraz z kolejnymi poziomami doświadczenia zdobywamy punkty, które możemy przydzielić na szereg różnych umiejętności, podzielonych na trzy grupy. Punktów jest sporo, a jeśli tylko będziemy uważnie przetrząsać lokacje i wykonywać zadania poboczne (bo takie też w tej grze są), ze spokojem wykupimy niemal wszystko.

    Sprytnie zaimplementowano też możliwość ulepszania uzbrojenia. Podczas walki z maszynami możemy je przeszukiwać i ogołacać z podzespołów, których potem użyjemy do modyfikowania sprzętu. Warunek jest jednak jeden: obieg musi zostać zamknięty. O co chodzi? Otóż jeśli chcemy połączyć trzy chipy, musimy zadbać, by każdy z nich pasował do siebie stykami. Zakończenia mają przeróżne kształty, my zaś mamy garść podzespołów, więc złożenie naprawdę porządnego ulepszenia może przyprawić o napływ dumy. Szczególnie, kiedy pociągniemy za spust i zobaczymy efekty naszej dłubaniny.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

"The 600 series had rubber skin. We spotted them easy, but these are new. They look human... sweat, bad breath, everything. Very hard to spot."

    W początkowej fazie gry położono ogromny nacisk na skradanie się. Jest tak głównie dlatego, że posiadana przez nas broń nie jest w stanie zlikwidować żadnego, mocniejszego przeciwnika. I to właśnie w kwestii cichego przemieszczania Terminator: Resistance po prostu kuleje. W razie wykrycia wystarczy pobiec za przysłowiowy winkiel i odczekać, aż zaalarmowany oponent sobie odpuści. Gubi się przez to logika świata przedstawionego, gdzie wykrycie oznaczało śmierć. Co więcej skradanie, uwidacznia też, jak bardzo upośledzone jest AI przeciwników. Ci posiadają bowiem tylko dwa wzorce zachowań: zapętleni patrolują konkretny obszar, a po wykryciu prą do przodu strzelając ile wlezie. I o ile na wstępnych etapach jest to zrozumiałe – bo Terminator zwykłym kulom się nie kłania – tak potem, strzelanie do nich z „plazmówki” przypomina celowanie do tarczy, bo jedynym celem każdego przeciwnika w grze jest zmniejszenie dystansu i zadanie możliwie jak największych obrażeń. Wrogowie nie unikają nawet rzuconych w ich stronę ładunków wybuchowych. Po prostu idą, strzelają i to w zasadzie tyle. Nie liczcie na nic więcej. W skrócie: posiadając dobrze rozwiniętą snajperkę plazmową i sokole oko, możemy położyć wszystkie maszyny na jeden, dwa strzały. Dlatego jeśli w grach cenicie sobie chociaż umiarkowane wyzwanie, już na samym początku opowieści podnieście poziom trudności przynajmniej na „wysoki”. W ten sposób walka stanie się bardziej wymagająca, ale głównym tego powodem będzie to, że wrogowie będą odporniejsi i zadadzą wam znacznie większe obrażenia.
    Przyklasnąć trzeba natomiast temu, jak wiele Teyon dał od siebie w kwestii swoistych mrugnięć do fanów filmowego pierwowzoru. Wszystkie widziane w grze modele maszyn, pojazdów i broni w skali 1:1 odzwierciedlają to, co widzieliśmy w oryginalnej dylogii. Jest też bezpośrednie nawiązanie do modelu T-1000, ale tego akurat nie zamierzam wam psuć. Jeśli już twórcy pokusili się o dodanie nowych elementów do istniejącego już uniwersum, zrobili to tak, że ich pomysły i projekty przyjmuje się z marszu. Nawet historia jest poniekąd echem pierwowzoru i lubi zaskoczyć gracza nieoczekiwanym zwrotem akcji. Jedynym jej minusem jest zakończenie i to nie w kwestii fabuły, a sposobu jego wykonania. Ewidentnie widać, że na zakończenie twórcom nie starczyło już funduszy i postanowili domknąć grę malowanymi planszami uwzględniającymi wszystkie wybory, jakich dokonaliśmy w trakcie gry. I teraz nie zrozumcie mnie źle: nie mam nic przeciwko takiemu rozwiązaniu, ale przed tymi planszami, na koniec powinna być w pełni interaktywna sekwencja, którą fani chcieliby zobaczyć na własne oczy. I tego tu zabrakło, co sprawiło, że gdzieś wewnątrz siebie mam o to żal. Ale nie można mieć wszystkiego.

"You stay down by day, but at night, you can move around. The H-K's use infrared so you still have to watch out. But they're not too bright. John taught us ways to dust them. That's when the infiltrators started to appear. The Terminators were the newest and the worst..."

    Nigdy nie uwierzyłbym, chyba nawet samemu sobie gdybym cofnął się w czasie, że Teyon wbrew przeciwnościom losu i oczekiwaniom obecnego rynku, stworzy dobrą grę w Terminatorowym uniwersum. Dali graczom to, czego sami, jako fani, chcieli doświadczyć: wojny z maszynami. I jak na ich możliwości, wywiązali się z tego dobrze. Terminator nie jest grą złą, bardzo dobrą też nie, ale polscy twórcy udowadniają, że tytaniczne, industrialne serce elektronicznego mordercy nadal bije. Wystarczy się w nie tylko wsłuchać.

Tagi: recenzja ateciak czy warto zagrac jest dobre pandemia postapokalipsa terminator resistance

Werdykt
“There is no fate, but what we make for ourselves” czyli recenzja Terminator: Resistance
Grałem na: PS4
  • + Wreszcie ktoś podszedł do tematu tak, jak chcieli fani;
  • + Wciągająca historia nawiązująca do pierwowzorów;
  • + Rozwój postaci;
  • + Mechanika ulepszania broni;
  • + Zadania Poboczne;
  • + Gra od fanów dla fanów;
  • + Efekty dźwiękowe;
  • + Świetny soundtrack;
  • - Odczuwalne niedostatki w budżecie;
  • - Zakończenia na planszach;
  • - Sztuczna inteligencja Terminatorów;
  • - Nierówna oprawa graficzna;
  • - Poziom trudności;
7.0
ATeciak
ATeciak Jeśli zawsze myślałeś jak to jest zostać żołnierzem Tech-Comu, z pamięci cytujesz kwestie z filmów i jesteś fanem pierwszych dwóch opowieści o Terminatorze, nie czekaj. Graj.
Oceń notkę
+ +31 -

Always neon & always stylish
Oceń profil
+ +29 -
ATeciak
Ranking: 364 Poziom: 56
PD: 23319
REPUTACJA: 3660