SKLEP

Blog użytkownika drPain

drPain drPain 11.06.2018, 00:06
Starcie tytanów #5 Detroit: Become Human vs Donkey Kong Country: Tropical Freeze (gościnnie Caladean)
355V

Starcie tytanów #5 Detroit: Become Human vs Donkey Kong Country: Tropical Freeze (gościnnie Caladean)

Starcie tytanów. Seria, w której walczyć ze sobą będą największe premiery danych miesięcy. O regularności tego cyklu decydować oczywiście będzie fakt, czy uda mi się jakąkolwiek nowość ograć. Tym razem fenomenalna opowieść o androidach oraz przygody pewnego goryla.

Maj dostarczył graczom kilka interesujących pozycji. Donkey Kong, Hyrule Warriors, Conan Exiles, druga część Pillars of Eternity, czy mój gamingowy mesjasz, czyli Detroit. Początkowo planowałem przytulić obie switchowe premiery oraz nowe dzieło Davida Cage’a. Ostatecznie skończyło się tylko na tym ostatnim. Nim przejdziemy sobie do dzisiejszego, piątego już Starcia tytanów, rzućmy sobie okiem na wyniki ankiety z zeszłego miesiąca.

1. God of War [PS4] – 148 głosów

2. Yakuza 6 [PS4] – 44 głosy

3. Coś innego [PS4, Switch, XO, PC] – 12 głosów

Detroit: Become Human [PS4]

Na nadejście kolejnego dziecka Quantic Dream czekałem od ostatniego WGW. Po ograniu dostępnego tam demka wiedziałem, iż zbliża się coś wielkiego. Nie sądziłem jednak, że będzie aż tak dobrze. O ostateczną jakość byłem spokojny. Zaliczona wersja próbna sprawiła, iż kolejne kartki w kalendarzu zmieniałem z niezdrowym podnieceniem. I w końcu nadszedł 25 maja. Jak tylko otrzymałem informację o tym, że wyczekiwana giera czeka już na odbiór, w ciągu chwili pojawiłem się w sklepie. Po pierwszych trzydziestu minutach zabawy skończyłem ze łzami w oczach. Co się stało? Moja najbardziej oczekiwana premiera spełniła oczekiwania. Od tego momentu wiedziałem, że może być już tylko lepiej. Od razu ostrzegam. Tekst ten będzie do bólu subiektywny. Detroit jest dla mnie mesjaszem gamingu i nie zamierzam tego ukrywać.

Przedstawiona historia opowiada androidach, które zaczynają zyskiwać samoświadomość. W związku z tym, iż spora część zawodów została przejęta właśnie przez sztuczne organizmy, ludzkość odnosi się do nich z pogardą. W końcu coś w nich pęka i dzięki temu zaczynamy uczestniczyć w tym wszystkim. Opowieść śledzić będziemy z perspektywy trzech bohaterów. Connora –czyli pierwszego androida policjanta, którego zadaniem jest rozwikłanie tajemnicy dziwnego zachowania reszty syntetyków, Markusa –początkowo zajmującego się opieką nad starszym malarzem oraz Kary –pomocy domowej. Wszystkie wątki śledziłem z ogromną ciekawością. Connor i jego burzliwa (w moim przypadku) relacja z partnerem w śledztwie -Hankiem... Nie chcąc nikomu zepsuć zabawy, muszę odpuścić opisywanie poszczególnych wydarzeń. Mogę przyznać jedno, ten duet zapewnia sporą dawkę emocji. Ich relacja została poprowadzona po mistrzowsku. Markus? Tu musiałem się troszkę przekonywać. Przez chwilę wydawał mi się on najsłabszym elementem opisywanego tytułu, a co za tym idzie, jedyną jego wadą. Bardzo szybko go jednak polubiłem. On po prostu wprowadza do opowieści coś innego. A Kara? Jej perypetie przeżywałem z największym emocjonalnym zaangażowaniem. Nie mam pojęcia co się ze mną stało. Wyszły ze mnie jakieś niespotykane dotąd instynkty macierzyńskie. To nie było złe. To było piękne. Każda z postaci zapewniła mi unikalne immersyjne doznania, ale to właśnie z tą androidką przeżyłem najwięcej intensywnych momentów. Początkowo obawiałem się, że nie będę potrafił wkręcić się przygody syntetyków. Ogromnie się zaskoczyłem jak już po chwili stałem się z nimi jednością. Nie chodzi mi o to, iż robiłem to co ja chcę. Ja się nimi stałem. Myślałem i działałem tak ja ci bohaterowie. To było fenomenalne doświadczenie. Detroit wyskoczył daleko ponad bycie tylko grą. W to się nie gra, to się przeżywa. Im dalej, tym atmosfera stawała się bardziej napięta. A finał? Powiem tak, skończyłem we łzach. Może i jestem pi#dą, ale to było coś pięknego. Dawno nie byłem w takim stanie. Dobry tydzień dochodziłem do siebie.

Graliście w Fahrenheita, Heavy Raina, bądź Beyonda? Jeśli tak to wiecie już czego się tutaj spodziewać. Interaktywny film, samograj. Ja podchodzę do tego troszkę inaczej. Dzieła tego studia to dla mnie wspaniałe doświadczenia. Gorsze –Beyond, lepsze -Heavy Rain i arcygenialne –Detroit, ale zawsze doświadczenia. Zwiedzamy dane lokacje, wchodzimy w interekację z otoczeniem oraz podejmujemy decyzje. Te ostatnie chyba jeszcze nigdy nie miały takiego wpływu na dalszą zabawę. Jasne, zapewne wgłębiając się w to wszystko dokładniej znajdziemy jakieś głupoty, czy nieścisłości, aczkolwiek podczas mojej przygody niczego takiego nie uświadczyłem. Raczej nie planuję ponownego podejścia. Produkcje Davida Cage’a tratkuję jako jednorazowe doświadczenia, zmieniające mnie jako gracza. Raz mniej, raz bardziej. Wszystkie te drobne pierdoły w stylu otwierania drzwi, mycia naczyń, czy oglądania przedmiotów sprawiają, iż staję się częścią tego wszystkiego. Ciężko to opisać. Sympatycznie wypadło odtwarzanie scen zbrodni podczas sterowania Connorem.

Oprawa wizualna prezentuje najwyższy poziom. Detroit’a przeżywałem na PS4 Slim, ale przyznać muszę, iż wyglądało to rewelacyjnie. Tła, modele postaci, ich twarze... Siedziałem tylko przed telewizorem i nie potrafiłem wyjść z zachwytu. Cały ten brud i mrok został idealnie przedstawiony. Szukając schronienia przed deszczową nocą niemal byłem w stanie poczuć przeszywający chłód. Oj mocno byłem wkręcony. Ogólna filmowość jest jedną z większych zalet tej pozycji. Warstwa audio również trzyma niesamowicie przyzwoity poziom. Świetny soundtrack, a także voice acting. Zdecydowałem się na oryginalne głosy, gdyż na polskie dubbingi mam alergię. Od dłuższego czasu są one dla mnie asłuchalne. Nie inaczej jest w przypadku Detroit. Oba opisane elementy tworzą genialny klimat. Chłonięcie go sprawia ogromną przyjemność. Mimo wylanych łez czułem, że dobrze spędzam czas.

Jaki Detroit: Become Human jest, każdy widzi. Sympatycy dzieł Cage’a odnajdą się w nim bez problemu. Tak samo osoby szukające w grach czegoś więcej. Jak wspomniałem na początku, nie chciałem silić się na obiektywizm. Powyższy tekst jest wyłącznie spisem moich odczuć. A te są jak najbardziej pozytywne. Otrzymałem growego mesjasza. Nic już nie będzie takie samo. Jest to dla mnie nie tylko najlepsza tegoroczna premiera (nie sądzę, że cokolwiek ją przebije), ale równiej jest to najlepsze co mnie spotkało w gamingowym życiu. Do tej pory moją grą życia był Crash Team Racing. Może i trochę za wcześniej na tak wielkie słowa, aczkolwiek Detroit właśnie wskoczył na jego miejsce. Cała moja sympatia i sentyment do CTR’a zostały brutalnie zmiażdżone. Jest to dla mnie nowa jakość przeżywania ,,gier’’. Heavy Rain już był rewelacyjną produkcją, ale to właśnie najnowszemu dziecku Quantic Dream udało się zrobić wszystko dobrze. Nie chciałem na siłę szukać błędów. Siedziałem w słuchaweczkach, bawiłem się i wzruszałem. Oczekiwania miałem ogromne. Zostały one spełnione w 200%. Od dłuższego czasu żadna gra nie sprawiła bym mógł z czystym sumieniem wypowiedzieć następujące słowa. Teraz się to jednak zmieniło. Jestem dumny z bycia graczem! Detroit: Become Human, tytuł będący unikalnym doświadczeniem. 10/10 nie odda prawdziwej genialności tego dzieła.

I to tyle ode mnie. Mam nadzieję, że moje zachwyty nad opisywaną produkcją nie odrzuciły Was za bardzo. Tak jak miesiąc temu, mam ważny komunikat. Ponownie potrzebuję pomocy przy kolejnym Starciu. Potrzebna mi osoba, która grała, bądź planuje niedługo zagrać w jakąś czerwcową premierę. Sam w tym miesiącu nie kupuję żadnej nowości (coś jednak wymyślę), więc obawiam się, iż ten cykl zaliczy miesięczną przerwę. Dobra, mogę już Was zostawić z Caladeanem. Dzięki, że się do mnie odezwałeś. Dzięki Tobie mogłem wrzucić tego blogaska :)

Znaleźć mnie można również na: https://www.facebook.com/drPain97/

drPain

Donkey Kong Country: Tropical Freeze [Switch]

Bibliotekę gier na Nintendo Switch można ocenić z dwóch perspektyw: osoby, która wcześniej posiadała Wii U, oraz takiej, która owej konsoli nie posiadała. Nie oszukujmy się, pierwszy rok nowej konsoli Japończyków to w sporej mierze remastery i odgrzewane kotlety. Mamy Pokkena i Mario Kart 8 w wersjach Deluxe, mamy Bayonettę 2, Splatoon 2 (który jest bardziej dużym DLC do jedynki niż prawilną kontynuacją) czy wydane całkiem niedawno Hyrule Warrios i Donkey Kong Country: Tropical Freeze. I właśnie tym ostatnim chciałbym się teraz zająć, bo dzięki temu, że zaliczam się do tej drugiej kategorii posiadaczy NS, mogę po raz pierwszy zapoznać się z historią sympatycznego goryla i jego lodowych nieprzyjaciół.

Od początku zatem. Donkey Kong Tropical Freeze jest dwu i pół wymiarową platformówką wydaną początkowo jako tytuł ekskluzywny na Nintendo WiiU. Piszę dwu i pół wymiarową bo w sumie do końca nie wiem jak takie gry określić. Z jednej strony cały obraz jest generowany w pełnym 3D i gra bardzo często ten fakt przyjemnie wykorzystuje, z drugiej nasza postać porusza się tylko w dwóch wymiarach (pomijając kilka miejsc w których automatycznie przeskakujemy na inny plan) i nie mamy możliwości dowolnej zmiany pozycji w głąb planszy. Niech więc będzie 2,5D, mimo. że sam tego określenia mocno nie lubię. Gra, mimo że zebrała bardzo dużo pozytywnych ocen i opinii, jakoś nie przebiła się do mainstreamu i nie zdobyła popularności i wysokich wyników sprzedaży. Powodów można szukać w średniej sprzedaży i popularności samego WiiU, ale nie czas to i nie miejsce na takie rozważania. Ważne jednak jest to że gra w lekko poprawionej wersji ukazała się na NS i ma szansę w końcu zabłysnąć i zdobyć szacunek na jaki zasługuje. Bo kurde, jest co szanować ;)

Fabuła. Czy jest sens pisać cokolwiek o fabule w luźnej platformówce? W sumie można, w końcu to i tak max 2 linijki. Zatem fabuła wygląda tak, że nasza poczciwa małpa wraz ze swoją równie poczciwą rodziną urządza sobie urodziny, które zostają brutalnie przerwane przez najeźdźców z północy. Te stylizowane na wikingów polarne zwierzęta dość szybko opanowują wszystkie lokalne wyspy, wprowadzając chłód i mróz w tropikalne rejony. Donkey zbiera więc ekipę i wyrusza w drogę mającą na celu uwolnienie swoich rodzinnych stron i przegnanie uzurpatorów raz na zawsze.

Tyle w kwestii fabuły, czas na rozgrywkę, bo to jednak najważniejsza rzecz jaką powinna oferować gra zręcznościowa. Wcielamy się w tytułowego Donkey Konga i jak już wyżej wspomniałem, naszym zadaniem będzie uwolnienie sześciu kolejnych wysp spod władzy najeźdźców. Każda wyspa podzielona jest na kilka poziomów (w tym kilka bonusowych/ukrytych) i kończy się starciem z bossem. Nasz protagonista posiada nieduży, acz efektywny zestaw ruchów. Możemy standardowo biegać i skakać, ale także odbijać się od głów przeciwników, uderzać łapami w ziemie co powoduje fale np. ogłuszające przeciwników, czy zniszczenie platform na których stoimy, możemy turlać się po ziemi, wspinać po niektórych ścianach i sufitach itd. Podczas gry mogą nam też pomóc członkowie rodziny Konga: mała Dixie pozwoli nam latać na swoich włosach niczym helikopter, Diddie ma swój niezawodny jetpack, który również pozwala chwilę dłużej utrzymać się w powietrzu, a senior Cranky pozwoli odbijać się na swojej lasce niczym Shovel Knight albo Sknerus z Duck Tales. Możemy mieć przy sobie jednego pomocnika, którego uwalniamy z rozsianych po arenach beczek (albo możemy takowego kupić w sklepie i zaaplikować przed misją), taki ma swoje własne punkty życia i często jest niezbędny do odkrycia niektórych sekretów. Nintendo nie zastosowało tutaj patentów z innych platformówek i nie uczymy się nowych zdolności. Niczym w Mario, cała gra zbudowana jest wokół tego co mamy i tylko pełne wykorzystanie tych umiejętności pozwoli nam przejść grę i zebrać wszystkie sekrety. W sumie tyle w kwestii samej rozgrywki. Jest do bólu standardowa dla gatunku, ale daje radę. Chciałbym jednak przejść do plansz, bo to jest IMO element który w grze błyszczy najbardziej.

Jak już wspomniałem przynajmniej ze dwa razy, podczas gry odwiedzimy sześć różnych wysp. Każda z nich jest odmienna tematycznie i na swój sposób unikatowa. Na początku przemierzać będziemy standardowe dżungle, ale z czasem przejdziemy przez płonące sawanny, bogate w zbiorniki wodne archipelagi czy totalnie odjechane fabryki soków (!!). No i oczywiście lodowa wyspa na której zalokowali się wikingowie. Same plansze natomiast to designerski majstersztyk. Przede wszystkim pod względem wizualnym. Nie ma sytuacji z innych platformówek, że np. jakieś platformy wiszą nienaturalnie w powietrzu czy pojawiają się znikąd. W DKC:TF każda jedna platforma ma swoje logiczne uzasadnienie w przestrzeni. Nieważne czy to liście po których wskakujemy, półki na skrzydłach młynów czy tarki do owoców (!!). Podobnie wszelkie przeszkody czy ruchome elementy, wszystko jest naturalnie poddane w ruch przez elementy drugiego i trzeciego planu (np. widzimy królika skaczącego po przycisku który otwiera dmuchawy itd.), tak, że wszystko działa logicznie, nic nie jest napędzane magiczną siłą znikąd. Gra 2D mogłaby spokojnie zostać „uwolniona” do pełnego 3D i żaden element nie byłby bezpodstawny, wszystko ma swój punkt logiczny w świecie. I co najlepsze, mimo tego graficznego rozpychu gra jest cały czas przejrzysta i nie ma sytuacji kiedy nie wiadomo czy dany element jest tylko tłem czy faktycznie częścią naszej areny. To ciężko opisać, trzeba zobaczyć. Ale plansze to nie tylko wizualna rozkosz, to także świetny design. Jak to w platformówkach bywa, każdy poziom ma sporo różnych rzeczy do zebrania: banany, życie, pieniążki, za które kupujemy różne rzeczy w sklepiku, literki tworzące wyraz KONG, puzzle do bonusowych obrazków i miejsc itd. Same etapy są zaprojektowane tak, że nieraz zachce się rzucić padem o podłogę. Niech was nie zwiedzie dziecinna stylistyka, gra potrafi być momentami uciążliwie wręcz trudna i lepiej oszczędzać życia (tutaj reprezentowane przez czerwone baloniki). Przydadzą się. Warto również dodać, że gra sprytnie żongluje mechanikami i często wprowadza nowe elementy do rozgrywki (latanie na rakiecie czy jazdy wózkiem) bądź zmienia istniejące zasady (wyciąganie statków i tworzenie z nich platform). Gra cały czas trzyma się platformówkowej konwencji, jednocześnie cały czas coś mieszając i nie pozwalając graczowi się nudzić. Jak dla mnie design świata, poziomów i zasady gry to jedne z najlepszych tego typu elementów jakie widziałem w platformówkach kiedykolwiek.

Graficznie gra jest ok. Postawiono na standardowy dla Nintendo, bajkowy styl, przez co gra wygląda ładnie, starzeje się wolniej i mimo średniej mocy sprzętu, utrzymuje praktycznie stałe 60 klatek na sekundę. Muzycznie jest już lepiej. Za ścieżkę dźwiękową odpowiada m.in. znany z Rare David Wise, a cały soundtrack to mieszanina luźnych, jazzowo-bluesowych dźwięków, które bardzo przyjemnie wpasowują się w klimat gry. Ogólnie technicznie jest dobrze, chociaż nic nie błyszczy i nie powoduje opadu szczeny.

Rozpisałem się sporo o samej grze a jeszcze wypadałoby wspomnieć o zmianach, w końcu to nie nowa gra a remaster z poprzedniej generacji. W samej grze nie zmieniono za dużo. Poprawiono sporo technicznych problemów, głównie z koszmarnie długimi loadingami i spadkami klatek w niektórych miejscach. Dodano też nowy tryb w którym gramy jako Funky Kong. To swoisty easy mode dla ludzi, których odrzuci wysoki poziom trudności oryginału. Funkiemu niestraszne są kolce i inne przeszkody, potrafi robić podwójne skoki, ma więcej punktów życia, nie kończy mu się tlen pod wodą itd. Gra nim praktycznie przechodzi się sama i to idealna opcja dla kogoś kto chce dać grę dziecku. Ale poza tym większych zmian w tytule nie ma. Nie ma nowych plansz czy sekretów, więc jak ktoś grał na WiiU to myślę, że raczej może sobie wersję na NS odpuścić.

Cóż, trzeba kończyć powoli. Sądząc po wynikach sprzedaży gra zyskała na NS drugą młodość i zasłużony sukces. Bo to jak dla mnie jedna z lepszych platformówek 2D w jakie grałem. Owszem, ma swoje niedoskonałości i problemy (np. słaby co-op, zawyżona cena), ale ogólna ilość funu jaką mi dała przyćmiewa większość problemów. Także jak ktoś ma ochotę pograć sobie w świetną i wymagającą platformówkę to polecam, raczej nic lepszego nie znajdzie ;)

Caladean

Tagi:

Oceń notkę
+ +8 -

Oceń profil
+ +156 -
drPain
Ranking: 120 Poziom: 60
PD: 28340
REPUTACJA: 20500
Miesięcznik PSX Extreme