SKLEP

Blog użytkownika drPain

drPain drPain 12.07.2017, 21:10
Gry dzieciństwa, czyli sentymentalne wspominki (gościnnie Ashin)
1046V

Gry dzieciństwa, czyli sentymentalne wspominki (gościnnie Ashin)

Gry dzieciństwa. Produkcje, o których wystarczy tylko wspomnieć, aby uruchomić w nas maszynę czasu. Maszynę, dzięki której choć przez chwilę możemy powrócić do cudownego okresu beztroski. Razem z moim gościem podzielimy się naszymi najmilej wspominanymi tytułami.

Do napisania tego tekstu zachęciła mnie ogrywana ostatnio, odświeżona trylogia Crasha. Spędzając z nią czas, czułem się dokładnie tak samo jak lata temu. Nieświadome świata dziecko, które czerpało ogromną radość z ogrywanej produkcji. Cieszenie się grą. Coś co ostatnio zaczęło u mnie zanikać. Dochodziło nawet do tego, że męczyłem dany tytuł tylko po to, aby mieć go już za sobą. Zachowanie co najmniej dziwne. Na szczęście, dzięki wspomnianemu już jamrajowi udało mi znowu stać się dzieckiem. Jako, iż jestem odrobinę sentymentalny, postanowiłem powrócić myślami do programów, które przez samo obcowanie z nimi sprawiały mi czystą radość. Do podzielenia się swoimi grami tego typu zaprosiłem Ashina. Jest to koleś, który wypluwa z siebie świetne blogi z częstotliwością mojego zgonowania na levelu The High Road w pierwszym Crash’u. Nie ma już co przeciągać. Zaczynamy.

Tenchu: Stealth Assassins [PSX]

O kur...czę :P Moje pierwsze wspomnienie z Tenchu? Całodniowe wizyty u wujaszka i żonglowanie piratami z pierwszego plejaka. O prześwietnych grach, które w ten sposób poznałem mógłbym popełnić osobny tekst. Omawiana teraz produkcja spodobała mi się już przed uruchomieniem. Otóż była to jedna z dosłownie kilku oryginalnych gier, które wujek posiadał. Chyba wiadomo co się z tym wiązało? Dokładne obadanie pudełeczka, oraz książeczki. Doskonale pamiętam, iż na każdej jej stronie znajduje się ilustracja miecza. W środku można również znaleźć opisy przedmiotów i postaci. Kiedy lata temu otrzymałem dokładnie ten egzemplarz gry, wiedziałem iż zostanie on ze mną na długo. Dzisiaj dumnie stoi wraz z resztą gier w mojej psx’owej kolekcji. A o czym sama gra była? Symulator ninja. Tak dawniej tą produkcję nazywałem. W sumie to jest to całkiem trafne określenie. Dwie grywalne postacie: Rikimaru (który na długi czas stał się dla mnie ikoną pierwszego playa) i Ayame (której wdzięki doceniłem dopiero po latach). Tenchu jest cholernie klimatyczną skradanką. Świetną atmosferą broni się nadal. Nigdy nie byłem jakimś wielkim fanem tego gatunku, a jednak przy dziele Acquire zawsze bawiłem się przednio.

Resident Evil 3: Nemesis [PC]

Trzeci Resident... Doskonale pamiętam dzień, w którym zawitał on do mojego domostwa. Ja zajęty byłem grą na szaraczku (ewentualnie bawiłem się wtedy samochodzikami), kiedy nagle do domu wrócił mój braciszek. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, iż dumnie dzierżył on pewien growy magazyn (którym obecnie gardzę i nazywam go gazetką :P ) Do wspomnianego pisemka dołączona była płyta. Płyta z nieznaną mi wtedy grą Resident Evil 3: Nemesis. Pierwsza fala ekscytacji nastąpiła zaraz po zakończeniu instalacji. Gra działa! Nie było to początkowo takie oczywiste, ponieważ nasz ówczesny komputer nie należał do najmocniejszych. Brat zaczął bawić się nowym nabytkiem, a ja (o ile dobrze pamiętam) pognałem na podwórko. Oczywiście po powrocie rzuciłem się na nową gierkę. ,,Jakie to jest dobre!’’ To była moja reakcja po dosłownie paru chwilach spędzonych z Jill. Gra była śliczna, klimatyczna, mroczna... Po opanowaniu dziwnego pecetowego sterowania, eksterminacja kolejnych zgniłków sprawiała mi ogromną radość. Moja gra nie trwała jednak zbyt długo. Komisariat... Nieświadomy czyhającego zagrożenia wszedłem na jego teren. I pojawił się on... Wielki, muskularny, imponujący... Nemesis! Jak tylko rozpoczął swą szarżę na moją malutką Jill, mówiąc przy tym to swoje STARS... Wyłączyłem monitor, zacząłem krzyczeć i uciekłem. Sytuacja powtarzała się za każdym razem. Ostatecznie brat musiał przechodzić mi ten fragment. Okej, fajnie, można znowu grać. No właśnie nie do końca. W środku komisariatu pojawia się on jeszcze kilkukrotnie. Na tym moja przygoda z trzecim Residentem na długo się zakończyła. Niezliczoną ilość razy zaczynałem go ponownie, lecz zawsze kończyłem przed pojawieniem się Nemesisa. Na samo wspomnienie o nim, mam ciary. RE 3 udało mi się już parę razy ukończyć. Za każdym razem tytułowy adwersarz wywoływał we mnie ogromne emocje.

Vulture [PC]

Cotygodniowy wypad z rodzicami do jakiegoś marketu. Kiedyś bardzo to lubiłem. Zawsze miałem wtedy okazję do zwiedzenia dwóch ulubionych działów. Zabawki i gry. O ile z tego pierwszego niemal zawsze udawało mi się coś wynieść, tak przy grach było gorzej. Jako, iż domowy komputer był mega słabiutki, to zostawało mi jedynie oglądanie pudełek (chyba zawsze miałem fetysz na te kawałki plastiku) Jeden taki wypad różnił się troszkę od innych. Dorwałem się do kosza z promocjami. Gry po 5zł! Nie kojarzyłem żadnej ze znajdujących się w nim produkcji. Do ręki brałem, więc tylko te z co ciekawszymi okładkami. I w ten sposób natrafiłem na Vulture. Screeny z tyłu pudełka wyglądały zachęcająco, cena również. Nawet wymagania były śmiesznie małe. MAMOO!!! I mamusia kupiła mi grę :D Ostatni raz w Vulture’a grałem z osiem lat temu, więc jest szansa, że coś pomylę. W grze krakowskiego studia Drago, przejmujemy stery nad jednym z trzech helikopterów. Cele misji sprowadzają się głównie do siania srogiego rozpi##dolu. Bywają także spokojniejsze, jakieś eskortowanie ważnych osobistości i bla bla bla. Między kolejnymi poziomami mamy możliwość ulepszania swoich maszyn. Dodatkowy pancerz, masa broni (oj pamiętam, że dużo tego było), dopalacze. Pierwsze dwie misje powtarzałem ogromną ilość razy. Dzięki temu od trzeciej miałem już wymaksowany każdy z helikopterów. Kupione wspomagacze dało się usuwać. Pamiętam o tym, aż za dobrze. Braciszek chciał wypróbować tą opcję. Oczywiście obiektem jego badań był jeden z moich samolocików. Skasował mi jakąś broń, na którą dało się zarobić powtarzając jedną misję. W szale zemsty usunąłem mu wszystko co kupił do każdej z maszyn. Nigdy nie udało mi się Vulture’a skończyć. Zawsze zacinałem się na jakiejś późniejszej misji. Niesamowicie dobrze wspominam ten tytuł i pewnie niedługo postaram się do niego powrócić. Mam tylko nadzieję, że nie okaże się on teraz niegrywalnym crapem. A czasami tak bywa z grami, które lata temu kochaliśmy. Jeśli ktoś by szukał czegoś w tym stylu to polecam Renegade Ops, które gameplayowo jest dość podobne tylko zamiast helikopterów, bawimy się głównie autami.

Heroes of Might and Magic III [PC]

Hirołsy, czyli jedna z lepszych rzeczy, które mogły spotkać kanapowe granie. No dobra, z tym ,,kanapowym’’ troszkę przesadziłem. Ale przecież wiadomo o co mi chodzi. Czym jest ta gra? Serio muszę o tym pisać? Jeśli ktoś faktycznie o HoMM nie słyszał (w co szczerze wątpię), to polecam nadrobić zaległości, gdyż mamy tu do czynienia z jedną z najlepszych produkcji w historii (moim zdaniem). Tytuł, który robi dobrze singlowo, jak i grupowo. Historii, o których mógłbym tu napisać jest masa. Zaczynając od grania całą rodziną (chociaż ciężko to nazwać graniem), poprzez siedzenie koło 10h bez przerwy ze stopniowo wykruszającą się ekipą (słabiaki), a kończąc na pijackiej sesji trwającej do rana. Odpuszczę rozpisywanie przy tym tytule, gdyż tekst masakrycznie by się wydłużył. Heroes to nie tylko multi. Jeszcze więcej czasu spędziłem w singlu. Bynajmniej nie chodzi mi o dostępną kampanię. Najczęściej odpalałem sobie pojedyncze scenariusze. Nawet w te najkrótsze potrafiłem grać długie godziny. Zawsze chłonąłem całą tą baśniową otoczkę. Czytałem opisy każdego z bohaterów. Bawiłem się różnymi buildami postaci. Zwiedzałem całą mapę. Uwielbiam tą grę. Początkowo jedyny egzemplarz do jakiego miałem dostęp to ten pożyczony od jakiegoś znajomka mojego brata. Kolejną kopię miałem już własną. Była ona dołączana do piątej części tej serii. O samej grze mam zamiar w przyszłości napisać parę słów. Drugą rzeczą, za którą tak dobrze wspominam ten tytuł jest edytor map. Ile spędziłem z nim czasu. Robienie własnych krain, okraszanie ich wątpliwej jakości historyjkami, a następnie granie w to. Genialne uczucie. Do edytorka zamierzam jeszcze przysiąść, gdyż jedno z wydanych do H3 rozszerzeń wzbogaciło go o możliwość łączenia zrobionych scenariuszy w całą kampanię. Tak, można te słowa traktować jako zapowiedź projektu. Coś tam zacznę sobie w wolnych chwilach (wolnych od pracy, grania i pisania) dłubać.

Crash Team Racing [PSX]

Chyba najlepsze co spotkało mnie w moim gej...mingowym życiu. Moment, w którym pojawiło się pod telewizorem pierwsze playstation, wraz z oryginalną wersją CTR’a. To było coś oszałamiającego. Przez dłuższy czas bawiłem się z szarą kolorystyką. Uroki wersji NTSC. Nie przeszkadzało to jednak w dostarczaniu mi niesamowitych doznań. Wyścigowy Crash jest najlepszą grą z kanapowym multi w jaką miałem przyjemność zagrać. To chyba jedyny tytuł, z którym dobrze bawiła się moja rodzicielka. Nie zliczę czasu spędzonego na odpalanych dzień w dzień turniejach. Zasłanianie oczu rywalom, delikatne przepychanki... To wszystko zaczęło się tutaj. Moja sympatia do grania na podzielonym ekranie. Coś czego internet nigdy nie zastąpi. Poza ,,normalnymi’’ wyścigami, dość długo katowany był u mnie tryb Battle. 1 vs 1 z dostępnym obszernym arsenałem. Grając samotnie, także nie było mowy o nudzie. Nie jestem w stanie przypomnieć sobie roku, w którym przynajmniej raz CTR’a bym nie ukończył. To jest dla mnie produkcja absolutnie ponadczasowa. Wiem, że za chwilę zacznę się nad nią spuszczać na kilka kolejnych stron. Aby tego uniknąć zakończę już ten wywód. To nie tylko jest gra mojego dzieciństwa. To gra mojego życia.

I to było pięć gier, które przypominają mi o cudownych czasach, kiedy to stawiałem swoje pierwsze kroki w świecie gier. Świecie, który nie tylko dał mi cudowną pasję, ale również pracę, do której chce mi się rano wstawać. Postanowiłem ograniczyć się do takiej ,,złotej piątki’’, gdyż materiał mógłby się troszkę za bardzo wydłużyć. Szczególnie biorąc pod uwagę, iż nie jestem tu dzisiaj sam. Okej, to ja się już grzecznie żegnam i zostawiam Was z Ashinem.

Pain

Gry mojego dzieciństwa? Długo by opisywać, a zadanie zdaje się tym bardziej problematyczne, bo mam zamknąć się w pięciu. Moja młodość przypada na wczesne lata 90'te, jako gracz coś zaczynałem kumać mając lat 4 i wtedy też w domu pojawiał się pierwszy pegasus. Nic dziwnego, że w tak bogatej bibliotece pojawiło się wiele genialnych według mnie gier i postaram się coś tutaj wstawić, ale nie te najpopularniejsze tytuły. No i myślę, że od tej konsoli rozpocznę swoje wspomnienia.

Nie byłbym sobą, gdybym nie napisał o żadnej bijatyce, a i NES swoje posiadał. To nie tylko Mortal Kombat, czy Street Fighter, ale także i przede wszystkim Teenage Mutant Ninja Turtles - Tournament Fighters, które jak na tamte czasy wydawało się genialne. Pożyczone od kolegi w czasach podstawówki, stało się jedną z obowiązkowych pozycji do ogrywania z kolegami. Pokręcone postacie, które momentami były dla mnie zagadką, no i popularna wtedy marka. Niewiele więcej potrzeba było dla młodzieńczego umysłu gracza. No, a to że całkiem dobrze w to grałem stało się kolejnym atutem gry. Jak na swoje lata gra była dość rozbudowana. Wszystkie cztery żółwie ninja zachowywały się inaczej i miały swoje indywidualne ataki, do dziś pamiętam gryzienie Raphaela. Na końcu Arcade'a czekał na nas Shredder, który był przekozacki i naprawdę trudny dla ówczesnego mnie. Gra pokusiła się również o dość proste systemy kombo. W dzisiejszych czasach na pewno nie robi takiego wrażenia jak kiedyś, jednak warto się z nią zapoznać. Te kilka grywalnych postaci potrafi naprawdę przysporzyć sporo radości. Fani późniejszego systemu od Nintendo w postaci SNES'a również mogą ograć bijatykę żółwi ninja na tym systemie. Oczywiście jest bardziej rozbudowany i efektowniejszy wizualnie.

Druga gra na NES'a, którą pamiętam to Jungle Book. Wtedy jako chłopak zafascynowany Power Rangers poszukiwałem gry w tej tematyce. Oczywiście nie znalazłem jej jeszcze przez najbliższy rok. Jednak moja siostra podpuściła mnie do wybrania kartridża, który miał naklejkę z dżunglą na sobie. Pamiętam, że na początku byłem wielce zawiedziony tą grą. Nie przepadałem za księgą dżungli, no i ta pantera na końcu planszy spała. Niby fajnie się wspinało i w ogóle, ale to nie było Power Rangers. Na szczęście mój dużo starszy kuzyn ogarnął o co chodzi w tej grze i po prostu się zakochałem. Możliwość wybierania różnych broni. Możliwość wspinania się po lianach i rozbujania ich, aby przeskoczyć na inne półki, no i ta różnorodność plansz. Każda tak naprawdę była inna i miała innego niezwykłego przeciwnika. Do dziś pamiętam dużego węża z którym trzeba było się zmierzyć. Gra do dziś dla mnie jest jedną z przyjemniejszych przygód na pegasusie i czasem do niej wracam. Znów SNES posiadał swoją wersję księgi dżungli, odpowiednio podrasowaną.

Teraz na chwilę zamknijcie oczy i wyobraźcie sobie mnie, który grał tylko na pegasusie. Słyszał opowiadania o tych mistycznych komputerach. Nadchodzi rok 1998, a moja siostra ma znajomego informatyka, który posiada swój własny komputer, no i ma dostęp w pracy do internetu. Co lepsze, on pożyczy mi na wakacje komputer i to z wgranymi grami na nim! Tam pojawił się Baldur's Gate. Dla mnie totalna innowacja, możliwość stworzenia własnej postaci i wyboru co ona ma powiedzieć. Wielki świat czekający na odkrycie i różne potwory. Gra dla ośmiolatka wtedy piekielnie trudna, ale fascynująca i wciągająca w swoich niedopowiedzeniach. Mój łowca syn Baala wyruszył w podróż po nieznanym świecie, a już przy początku gry okazało się, że nie będzie to łatwa podróż. Pamiętam walkę pierwszych sprzymierzeńców gdzie Khalid i Jaheira nie zapałali miłością do niziołka złodzieja i ludzkiego maga i zaczęli z nimi walczyć, wymagając ode mnie podjęcia decyzji. Pierwsze zejście w podziemia kopalni w Nashkel i spotkanie piekielnie trudnych koboldów weteranów. Wydawać może się to zabawne, ale wtedy dla mnie wiele rzeczy było niezrozumiałych. Gra wyryła mi się w pamięci dodatkowo tym, że po wakacjach musiałem oddać komputer, a jej nie ukończyłem. Save'a zgrałem na dyskietkę(kiedyś opowiem co to jest dla młodszych czytelników) i do drugiej klasy gimnazjum trzymałem go, aby ukończyć grę w momencie gdy dostałem swój pierwszy komputer. Coś niesamowitego w perspektywie mijającego czasu.

Po wakacjach powróciłem do pegasusa, ale to nie było to. Na święta kolega dostał swoje playstation, a ja miałem stać się jego posiadaczem rok później. Wraz z uzbieranymi pieniędzmi z komunii i dołożonymi pieniędzmi od mojej mamy w końcu kupiłem upragnioną konsolę, a kosztowała ona wtedy zawrotne 599zł. Miała płytkę z demami, które przez lata stały się najczęściej odpalanymi produkcjami, na nieprzerobionej konsoli w moim domu. Tam demo gry, której nikt nie znał, a która wydawała się przepiękna i ciekawa.

Tomba! To produkcja dość mało znana, ale niezwykła ze względu na połączenie wielu elementów, różnych gier i złożenie ich w całość. Pamiętajmy, że to były czasy, gdy gry raczej miały twardo zakreślone gatunki i niewielu twórców bawiło się nimi. Tomba natomiast doskonale łączył w sobie elementy gry logicznej, w której przychodziło nam rozwiązywać zagadki środowiskowe, oraz łączyć różnego rodzaju przedmioty ze sobą, aby przejść dalej, a także grę platformową. Wisienką na torcie stały się drobne elementy cRPG, które sprawiały że nasz dzielny jaskiniowiec zdobywał nowe przedmioty i podliczano mu pokonane potwory w danej lokacji. Gra miała mnóstwo zadań pobocznych i przepiękne animacje w stylu anime. Ktokolwiek, kto ma możliwość ogrania tej produkcji stanowczo powinien spróbować. Gra ma absurdalną fabułę, gdzie złe świnie opanowały i zmieniły świat. Nasz bohater jest w stanie to zmienić, ale nie jest to najbardziej rozgarnięty bohater. Jego aspiracją jest najedzenie się, a świnki wydają się być dość smaczne. Poznając przerażający los jaki zgotowały światu świnie, wyruszamy na naszą krucjatę. Gra doczekała się części drugiej, która całkowicie porzuciła połączenie stylistyki 2D i 3D, szkoda bo gra straciła wiele na swoim uroku, a mechanika rozgrywki została całkowicie przebudowana. Jeżeli macie okazję zagrać w część pierwszą zapraszam serdecznie, bo to niestety mało znany szpil na PS1.

Drugą grą o której chcę wspomnieć na mojego kochanego szaraczka będzie gra tek..., nie o tym ktoś na pewno wspomni, a ja chciałem opisać o mniej znanych grach. Czy NetYaroze coś wam mówi? Jeżeli kupowaliście w czasach PS1 gazetkę z demami, na pewno coś świta. NetYaroze to oprogramowanie, służące do tworzenia gier na PS1 przez amatorów. W to oprogramowanie wyposażona była specjalna wersja konsoli i pozwalała na tworzenie własnych gier. Twórcy wspomnianej gazety dodawali zawsze jedną z takich produkcji na płytkę z demami. Dla mnie i moich kolegów to były pełne wersje gier, a było ich mnóstwo. Najbardziej poszukiwanym stał się jubileuszowy dysk z 14 pozycjami od NetYaroze. I czego tam nie było? Gość zabijający duchy i ratujący od nich bobasy na planszy, świetna piłka nożna, która dawała mnóstwo frajdy. Gra w której na stacji kosmicznej przebijaliśmy się przez fale wrogów i wiele innych. Ciężko opisać moją ulubioną bo było ich wiele, a dla osoby posiadającej 3 oryginalne kupione w sklepie tytuły, tamte mini gry stawały się źródłem największej ilości zabawy. I tutaj wykaże się lenistwem bo zaproszę was do obejrzenia filmików z takich produkcji.

To moje 5 gier z dzieciństwa, w sumie więcej za sprawą produkcji amatorskich. Wiem, że na liście powinna znaleźć się Contra, którą kochałem, Tekken i wiele innych znanych tytułów, jednak nie widzę sensu pisać po raz setny o tych samych produkcjach, tylko w innych miejscach. Mam nadzieję, że przypomniałem wam coś niecoś i sami opowiecie o swoich ulubionych grach z młodości.

Tagi:

Oceń notkę
+ +37 -

Oceń profil
+ +88 -
drPain
Ranking: 457 Poziom: 44
PD: 11786
REPUTACJA: 8149
Miesięcznik PSX Extreme