SKLEP

Blog użytkownika drPain

drPain drPain 17.10.2018, 09:54
O porzucaniu gier słów kilka
1316V

O porzucaniu gier słów kilka

Porzucanie rozpoczętych gier. Zjawisko, którego raczej staramy się unikać. Jakie są najczęstsze powody przerywania ogrywanych tytułów? Czy warto do nich wracać? I jeśli tak, to kiedy? O tym wszystkim tutaj przeczytacie.

Powodów, przez które porzucamy rozpoczęte gry jest kilka. Zajmę się opisaniem czterech, uważanych przeze mnie za najczęstsze. To z nimi wiele razy się spotykałem i w sumie spotykam do dzisiaj. W dalszej części materiału dowiecie się czemu, moim zdaniem oczywiście, warto wracać do gier porzuconych. No a przynajmniej do ich części. Przecież nie wszystkie produkcje zasługują na drugą szansę.

Gra się nam nie podoba.

Jest to chyba powód najbardziej oczywisty. Tak naprawdę już po chwili spędzonej z danym tytułem jesteśmy w stanie stwierdzić czy się on nam podoba, czy też nie. Nie podejdzie nam mechanika, przedstawiona opowieść wiać będzie nudą, odstraszy nas wysoki poziom trudności, bądź też gra okaże się po prostu słaba. Tutaj przykłady z pewnością można wymieniać jeszcze długo. Sam odbiłem się od serii Souls. Wysoki próg wejścia oraz czas wymagany na oswojenie się z niesprzyjającym otoczeniem. Skutecznie sprawiło to, iż gry spod dłuta From Software omijam szerokim łukiem. Jeśli chodzi o kwestie mechaniki, pierwsze Ni No Kuni przerwałem już na samym początku. System walki kompletnie nie przypadł mi do gustu, co skutkowało szybkim poczuciem zmęczenia i irytacji. Również legendarne Shenmue zniechęciło mnie swoimi rozwiązaniami. O grach tak słabych, że bez zastanowienia można je nazwać crapami, raczej nie ma co wspominać. Ride to Hell: Retribution... Nigdy więcej.

Inna gra odwraca naszą uwagę.

Gramy, bawimy się całkiem dobrze i nagle pojawia się długo wyczekiwana premiera. Przerywamy aktualnie poznawaną przygodę i zajmujemy się świeżym nabytkiem. Potem pojawia się kolejna i powrót do tej wcześniej rozgrzebanej staje się niezwykle trudny. Już nie żyjemy tym światem. Zapominamy o pewnych wydarzeniach, czy postaciach. Próbujemy na nowo uczyć się mechaniki gry. Możemy nawet stanąć przed dylematem –Męczyć się dalej, czy zacząć od nowa?-. Wtedy też najczęściej, przynajmniej u mnie, podejmowana jest decyzja o porzuceniu tytułu. Miałem tak z ostatnią Zeldą. Produkcją wspaniałą, jedną z lepszych w ostatnich latach. Chwilę po zakupie Switcha rzuciłem się na nią. Urzekła mnie natychmiastowo. Niestety moja przygoda z Linkiem nie trwała zbyt długo. Wolny czas postanowił na trochę zrobić sobie ode mnie przerwę, a kiedy już wracał, pojawiał się w towarzystwie gier, na które miałem ogromną ochotę. I tak jakoś się złożyło, że Breath of the Wild czeka już prawie od roku na mój powrót. Ostatnio znowu do tego sztosika zasiadłem, lecz ponownie nie udało mi się odpowiednio zagospodarować czasem.

Tracimy zaangażowanie.

Może się zdarzyć, że gra, która początkowo nas zachwyci w kolejnych godzinach zacznie wywoływać poczucie znużenia. Pierwszy Dead Island niech posłuży mi tu jako przykład. Bawiłem się dobrze, bardzo dobrze. Lecz tak było tylko na starcie. Im dłużej z tym tytułem siedziałem, tym było gorzej. Powtarzalność zabiła jakąkolwiek zabawę i tylko zmuszałem się do dalszej gry. Mafia 3, którą mam dopiero przed sobą. Od wielu osób słyszałem, iż po bardzo sympatycznym wprowadzeniu rozpoczyna się męczarnia. Oczywiście produkcje długie (na przykład sandboxy) są najbardziej narażone na porzucenie przez gracza. Ilość, a także jakość zadań pobocznych ma kolosalny wpływ na odbiór całości. Wyludnione miasto bez jakichkolwiek ciekawych rozrywek również sprawia, że nasze zaangażowanie w grę bezpowrotnie może minąć.

Gra jest za duża.

Kiedy jeszcze nie miałem tylu rzeczy na głowie ile mam teraz, chętnie zaczynałem duże programy. Skyrim jest chyba najlepszym przykładem jaki mogę przytoczyć. Gra kolosalna. Gargantuiczny świat, który pragnąłem zwiedzić. Ile mi to wszystko zajmie? Czy wyrobię się z zaliczeniem całości przed czymś co sprawi, iż mój wolny czas przejdzie do historii? Wtedy nie musiałem się tym zamartwiać. Odpaliłem arcydzieło Bethesdy i przepadłem na niecałe osiemdziesiąt godzin. Osiemdziesiąt godzin nabite w ciągu równo siedmiu dni. Wtedy było łatwiej. Wystarczyło, że troszkę mocniej zasymulowałem chorobę i przez tydzień miałem szkołę z głowy. Bez presji czasu mogłem zatracić się w tym fantastycznym świecie. A teraz? Płaczę na samą myśl o kontynuowaniu przygody w Switchowej Zeldzie. Kiedy ja to przejdę? Przecież dwie godziny w ciągu dnia to stanowczo za mało jak na tak dobrą grę! Zdarzyć się również może, iż ogrom świata przedstawionego nas po prostu przytłoczy. Ja tak miałem w przypadku Sacreda drugiego. Gra całkiem przyjemna, lecz przez sporych rozmiarów mapę odpuściłem ją sobie po paru godzinach. Jak tylko zobaczyłem ile jeszcze czeka mnie biegania, ile zadań jest jeszcze do zrobienia... No nie dałem rady.

Skoro mamy już omówione powody porzucania gier, zastanówmy się, czy warto do nich wracać. Pół roku, rok przerwy i możemy kompletnie inaczej spojrzeć na niedokończony tytuł

Mamy więcej czasu i możemy się dłużej pobawić.

Będąc świadom tego, że czas nie pozwoli mi na dłuższy romans z wyczekiwanym przeze mnie Elexem, zacząłem ogrywać inną giereczkę, a do dziecka Piranha Bytes wróciłem w wygodniejszym momencie. Przy chęci ogrania czegoś większego (i nie tylko) warto rozplanować sobie najbliższą przyszłość. Specjalnie ustawiałem grafik w pracy pod premierę Detroita. I co? Bez problemu mogłem rozsiąść się przy konsoli, cieszyć tym mesjaszem gamingu oraz nie przejmować, iż minęły dwa dni. Podczas ostatniego urlopu w planach miałem zaliczenie Zeldy. Okej, nie wyszło mi to, ale już chyba wiecie co mam na myśli. Nie widzę sensu w zaczynaniu czegoś większego, bądź bardziej oczekiwanego, kiedy wiem, że nie znajdę wolnej chwili. Lepiej troszkę poczekać i bezstresowo oddać się rozrywce.

Po dłuższej przerwie i świeżym spojrzeniu może się spodobać.

Dokładnie tak. Odpoczynek od Batmana: Arkham Asylum sprawił, iż po pewnym czasie zakochałem się w nim. Walka, która mnie męczyła, zaczęła sprawiać sporą satysfakcję. Z pierwszą częścią Call of Juarez miałem podobnie. Odbiłem się od tego tytułu, a następnie sprawił, że chętnie sięgnąłem po część kolejną. Z świetnym Jade Empire sytuacja była identyczna. Nie podeszło mi, wróciłem po dłuższym czasie i bawiłem się cudownie. Nie ma co skreślać gier, z którymi nie polubiliśmy się za bardzo podczas pierwszej próby ukończenia. Warto dawać im drugą szansę. Oczywiście pod warunkiem, że nie są to śmierdzące kupska. Raz jeszcze wspomnę o Ride to Hell...

I to by było na tyle. Troszkę temat pomęczyłem, ale sądzę, iż najważniejsze rzeczy udało mi się opisać. Często zdarza mi się porzucać rozpoczęte gry. Nie zawsze do nich wracam (Shadow of Mordor), ale kiedy juz to robię to bardzo często jestem z tego zadowolony. Do wielu tytułów przekonałem się dopiero przy drugim podejściu. Dajmy sobie czas. Kiedyś nie lubiłem klasycznych ergpegów w stylu Baldur’s Gate’a, lecz po zagraniu w Pillars of Eternity się do nich przekonałem. Ponowne uruchomienie Baldura skończyło się kilkoma nieprzespanymi nocami. A jak jest z Wami? Wracacie do porzuconych giereczek? Drugie podejście okazywało się przyjemniejszym doświadczeniem? Komentarze są Wasze.

drPain

Znaleźć mnie można również na: https://www.facebook.com/drPain97/ oraz YouTube

Tagi:

Oceń notkę
+ +69 -

Oceń profil
+ +156 -
drPain
Ranking: 120 Poziom: 60
PD: 28365
REPUTACJA: 20527
Miesięcznik PSX Extreme