SKLEP

Blog użytkownika drPain

drPain drPain 10.09.2018, 12:51
LujParty – Relacja z krakowskiego zlotu
715V

LujParty – Relacja z krakowskiego zlotu

Stało się! Kolejny zlot społeczności PPE przeszedł do historii. Szalona ekipa tym razem za cel obrała sobie Kraków. To nie mogło skończyć się dobrze. Czy obyło się bez zniszczonego apartamentu? Czy wszyscy przeżyli? Odpowiedzi na te i inne pytania znajdziecie dalej. Przez dziury w pamięci zostałem zmuszony do zaproszenia wsparcia w postaci Tyskiego. Zaczynajmy.

Po tym jak ocknąłem się po powrocie z gdańskiego zlotu (oj popijawa była sroga) byłem pewien jednego, co by się nie działo moja persona pojawi się na kolejnym. Miesiące mijały, a o następnym spotkaniu cisza. Ten przerażający stan przerwał w końcu szanowny pan Dobrodziej, znany szerszej publice jako Flaczek. Melanż w Krakowie? Wpisujcie mnie natychmiast! Wstępna lista obecności prezentowała się niezwykle okazale. Wariaty z całej Polski planowały odwiedzić byłą stolicę. Niestety czas zweryfikował wszystko i ostatecznie pojawiło się coś koło dziewięciu osób (dokładnie nie pamiętam). Nim przejdziemy do samego zlotu pozwolę sobie przedstawić smutną historię, która wyjaśni moją tragiczną formę na nim. Jakieś trzy tygodnie przed opisywanym wydarzeniem wpadłem w chorą pętlę wykańczających dni. O wiele większy niż zwykle zapieprz w pracy, spanie max. cztery godziny na dobę, litry energetyków oraz w cholerę innych, mniej bądź bardziej stresujących rzeczy. Czułem się jak klasyczny zombie czekający tylko na śmierć z rąk uroczej Jill Valentine. Zlocik wypadał w mój pierwszy dwudniowy okres wolnego od tych trzech tygodni. Miałem więc wybór. Zostanę w domu i w końcu odpocznę, lub pojadę i postaram się nie umrzeć po pierwszej kolejce. Oczywiście zdecydowałem się na tą drugą opcję.

Do wyjazdu przygotowany byłem dość porządnie. Beczułka piwa sprezentowana mi przez dobrego człowieka (dzięki Yuri), butelczyna Balasia oraz Switch z kilkoma gierkami. Ile spałem przed tym wielkim dniem? Może z cztery godziny. Miałem w pogotowiu Monstera i jeszcze jakiegoś innego, małego energetyka. Dwugodzinna podróż miała minąć mi na dłuższej drzemce. No niestety... Cudem udało mi się na ciuchcię zdążyć. Wiecie, wybiegłem z domu 20 minut przed odjazdem, a na stację zazwyczaj dochodzę w ciągu minut trzydziestu. Wybawieniem okazał się tramwaj, który w idealnym momencie podjechał na mijany przeze mnie przystanek. W pociągu przez dobre pół godziny dochodziłem do siebie po tym szaleńczym biegu. Sama podróż była zadziwiająco spokojna. Już zdążyłem przyzwyczaić się do otaczającego mnie pospólstwa, które nie potrafi wysiedzieć w ciszy nawet krótkiej chwili. Bardzo miła niespodzianka. W spokoju udało mi się zaliczyć kilka poziomów w rewelacyjnej Sonic Manii. Obowiązkowy postój pośrodku niczego zagwarantował mi, na szczęście nieznaczne, opóźnienie. Wtedy też usłyszałem puszczone z telefonowego głośnika, chińskie bajki. Jak mniemam słuchawki są dobrem luksusowym i nie każdego stać na takowe.

Zlot PPE - zestaw startowy

Pierwszą spotkaną osobą był Flab, który przygotował dla mnie prezent w postaci kucyków (dzięki!). Troszkę pogadaliśmy i pojawił się on, Luj nad Lujami, czyli Muminek. Żarty i pociski zaczęły się w najlepsze. Po chwili zjawił się Flaku, a co za tym idzie, ruszyliśmy na podbój Krakowa. Obiecanym mi przystankiem był sklepik z grami. Bałem się tego miejsca. Czułem, że to tutaj trafi cała zawartość mojego portfela. Na szczęście było inaczej. Zainteresowały mnie dwie giereczki, Dead or Alive 2 oraz Lunar w wersji na DS’a. Egzemplarz DoA był wybrakowany (bez manuala), a Lunar poza brakiem książeczki miał biedną, drukowaną okładkę... Trudno, więcej pieniążków na zabawę. Szukanie miejsca z jakimś papu było dla mnie bolesne. Już nawet nie chodzi o to, że byłem głodny. Torba, którą dzielnie dzierżyłem potężnie obtarła mi dłonie przez co dalsze jej noszenie okupione było cierpieniem. Kiedy udało się już zasiąść przy stole poczułem ogromną ulgę. Dopiero w tej chwili uświadomiłem sobie jak padnięty jestem. Przepyszny burger przy akompaniamencie szklaneczki whisky z colą tymczasowo postawił mnie na nogi. W międzyczasie dołączył do nas Krzychu007. Po tym pożywnym posiłku poszliśmy prosto do wynajętego przez Flaczka apartamentu.

Był ogromny! Spokojnie byłby w stanie pomieścić wszystkich zainteresowanych. Po rzuceniu gratów każdy gdzieś się rozsiadł. No prawie każdy... Flaku opuścił na chwilę towarzystwo w celu przyniesienia zabranego z domu dobra. W międzyczasie brutalnie zgwałciłem Krzycha pokonując go w Fifie 18. Co z tego, że grał pierwszy raz. Wygrałem? Wygrałem. Sympatyczna wymiana zdań umiliła czekanie na powrót Dobrodzieja. Jeśli w przyszłości ten człowiek organizowałby jeszcze jakiś zlot to piszę się w ciemno. Nudna popijawa? Nie przy nim. Dreamcast, PSX, PS4 i PS VR. Sprzęty, które ze sobą zabrał zwiastowały przednią zabawę. W okolicy pierwszej kolejki dołączył do nas Tom19. Kiedy już wszystko zostało podłączone nie mogłem doczekać się sprawdzenia na żywo gogli wirtualnej rzeczywistości. Zabawka intrygowała mnie od początku, lecz przez obawę przed nudnościami nie zdecydowałem się na jej zakup. Pierwszy był jednak Mumin. Zachwycony spotkaniem z rekinem (jedna z gierek w VR Worlds) od razu zapytał czy Flaku nie jest zainteresowany sprzedażą tego kawałka plastiku. Mi został odpalony poziom treningowy z London Heist. Już po chwili byłem kompletnie odcięty od rzeczywistości. Istniał tylko stół przed moimi oczami, cele i trzymana broń. Kontrolery Move pięknie imitowały prawdziwe pistolety. Tak się wczułem w ogrywaną produkcję, że jak tylko Mumienk zaszedł mnie od boku to natychmiastowo zacząłem do niego strzelać. Dobrze, iż nie dzierżyłem wtedy broni białej. Po kilku minutach spędzonych z PS VR wiedziałem jedno, po powrocie do domu kupuję swój egzemplarz.

Po tym jak dołączyli do nas Daaku i Hacket (i po obowiązkowych kolejkach) postanowiliśmy wybrać się w pewne magiczne miejsce. Jubilat... O co właściwie chodzi? Czemu tak nam zależało na dotarciu tam? To wie jedynie grono osób wtajemniczonych. Podróż minęła na ciągłych salwach śmiechu. Współczuję ludziom, którzy nas wtedy mijali. Jedna sympatyczna pani prawdopodobnie była bliska zadzwonieniu na policję... Wiecie, specyficzna zlotowa atmosfera może być zbyt mocna dla zwykłych śmiertelników. W miejscu destynacji urządziliśmy sobie małą sesję zdjęciową. Powrót minął na jeszcze grubszych żarcikach i pociskach. Bzimienny (Pececik), który dołączył do nas jeszcze przed wyjściem (zapomniałem o nim wspomnieć) nie był specjalnie zachwycony obiecanym mu przez Flaczka kopem w jaja. Ogólnie Pececik stał się osobą napędzającą sporą część żartów. W sumie to czego ja się spodziewałem po kimś wyglądającym jak Spongebob Caveman.

Pececik

Jubilat Crew

Tak się wyjaśnia sprawy pod Jubilatem

W apartamencie popełniłem chyba największy możliwy do popełnienia na imprezie błąd. Wóda, whisky i piwo. Zabójcza mieszanka, która w najmniej oczekiwanym momencie miała mnie znokautować. Nim się to jednak stało udało mi się wyjaśnić paru lamusów w rewelacyjnym Time Crisis na psx’ie. Następnie zmierzyłem się z Flabem w ogrywanej już wcześniej Fifie. Mecz przez dłuższy czas był wyrównany, lecz po wpisaniu przez mojego oponenta kodu Konami skończył się jego zwycięstwem. Skąd wiem, że oszukiwał? No przecież to oczywiste, podczas uczciwej gry ja bym nie przegrał :) Coś tam sobie wszyscy pogadaliśmy i oczywiście popiliśmy. Część ekipy musiała się ulotnić, a część z wcześniej zapowiedzianych nie pojawiła się w ogóle. Kiedy na arenę wkroczył Tyski ja zwiedzałem już wszystkie alkoświaty. Nawet nie wiem, w którym momencie straciłem panowanie nad sytuacją. Nie ważne, ważne, że bawiłem się dobrze. Szczere wyznanie szacunku w stronę jednego z nielicznych tutejszych blogerów, których szanuję jest jednym z moich ostatnich wspomnień. Mam jeszcze jakieś przebłyski biegania bez koszulki i straszeniu wszystkich swoim ulanym cielskiem. Załóżmy jednak, że to się nie wydarzyło.

Niespodziewanie nadeszła pobudka. Że co, że jak? Nie mam pojęcia. Nagle obudziłem się dnia następnego. Wysuszony, wymęczony i obolały. To chyba oznacza udaną imprezę. Leniwe doprowadzanie się do stanu używalności zostało przyspieszone przez najazd sprzątaczek. Po opuszczeniu lokum udaliśmy się na śniadanko. Coś zamówiłem i zacząłem skupiać się na tym aby nie umrzeć. Po tej chwili odpoczynku powoli zaczęliśmy się rozchodzić. Pierwszy był Flaczek, a zaraz po nim Pececik. Nieoficjalny koniec zlotu nastąpił w kawiarni. Nie zapłacono mi za reklamę, więc nazwy nie podam. Przez następne kilka godzin staraliśmy się z Tyskim i Hacketem jakoś zabić czas. Saturn wydał się do tego miejscem idealnym. Przeglądanie półek z towarem i skromne zakupy. Do tego obowiązkowe poszukiwania Hacketa, którego zgubiliśmy po tym jak poszedł do kibelka. Zguba poirytowana opóźniającym się w nieskończoność pociągiem w pewnym momencie się z nami pożegnała i poszła w swoją stronę. Szybki posiłek, krótkie błądzenie po galerii i Tyski poleciał na busa. Zostałem sam... Coś koło 1.5h czekałem przemoknięty (ulewa tego dnia była potężna) na ciuchcię mającą zabrać mnie do domu. Gdyby nie prawie dwugodzinne opóźnienie to podróż powrotną mógłbym uznać za udaną.

Znaleziona w Saturnie moja biografia :)

No i to tyle ode mnie. Może i poprzedniego zlotu nie udało się przebić, aczkolwiek wyjazd do Krakowa uważam za udany. Kompletnie nie rozumiem osób, które unikają takich spotkań. Przecież są to fantastyczne okazje do poznania tej społeczności. Już po ostatnim wiedziałem, że zrobię wszystko co w mojej mocy, żeby regularnie pojawiać się na następnych. Zdania nie zmieniłem. Zostawiam Was z Tyskim, który, mam nadzieję, opisze wszystko to czego ja nie pamiętam. Trzymajcie się wariaty.

drPain

Znaleźć mnie można również na: https://www.facebook.com/drPain97/

Tagi:

Przejdź do strony
Oceń notkę
+ +36 -

Oceń profil
+ +157 -
drPain
Ranking: 120 Poziom: 60
PD: 28459
REPUTACJA: 20587
Miesięcznik PSX Extreme