Blog użytkownika solitary

solitary solitary 13.03.2017, 19:42
Biały łabędź - recenzja filmu "Neon Demon"
181V

Biały łabędź - recenzja filmu "Neon Demon"

„Piękno jest niebezpieczne” - głosi napis na plakacie najnowszego filmu Nicolasa Windinga Refna. „Neon Demon” wygląda trochę jak ubogi krewny „Czarnego Łabędzia” Darrena Arronofsky’ego, jednak mimo wszystko posiada swój - jakże charakterystyczny - pazur. Niebezpieczne piękno posiada wszak wiele oblicz…

W „Neon Demon” to oblicze ma 16 lat, smukłą sylwetkę, śliczną buzię i ambitne plany na przyszłość. Grana dość nierówno przez Elle Fanning bohaterka jest uosobieniem kobiecości i seksu, a dojście na sam szczyt modowej elity przychodzi jej niewiarygodnie szybko i łatwo. Okazuje się jednak, że na piedestale może stać tylko jedna osoba, a chętnych do detronizacji młodej królowej jest cała masa. To, co napędza tę produkcję, to nieskrywana zawiść oraz wynikające z niej poczucie własnej wartości. W punkcie kulminacyjnym pojawia się nawet wątek nekrofilski, również wywodzący się z zazdrości dla niebywałej urody Jesse. Choć filmy Refna przyzwyczaiły nas już do niecodziennych zachowań bohaterów, to jednak ten jest chyba najbardziej obrzydliwy ze wszystkich jego dotychczasowych dokonań. Nie chcę za bardzo spoilerować, powiem tylko że warto obejrzeć „Neon Demon” właśnie dla tego… „kulinarnego” momentu.

 

Co ciekawe, reżyser sprawnie przy tym manewruje swoimi narzędziami, tworząc coś na wzór artystycznego nieładu, gdzie razem z krwią miesza się sugestywny, powolny najazd kamery, hipnotyzująca muzyka i krzykliwe, przejaskrawione kolory. Całość zawinięta jest w wyjątkowo miłe dla oka momenty gdzie pokazane jest królowanie piękna nad brzydotą oraz stopniowa reinkarnacja „słodkiego aniołeczka” w „Neonowego Demona”. Tu Elle Fanning nie wypada tak najgorzej, problem pojawia się w zasadzie przy samym końcu filmu, gdzie przestaje grać a zaczyna wygłaszać nudny monolog na temat wartości samego piękna. Niezgorzej wypadają jej planowi partnerzy, że wspomnę tu choćby o Jenie Malone, grającej quasi-przyjaciółkę - Ruby. Rolę Keanu Reevesa przez grzeczność przemilczę… W tym filmie mógłby zagrać co najwyżej jakiegoś alfonsa, a nie motelowego ciecia z udawanym niewyżyciem seksualnym…

 

Wspomniałem na początku recenzji o „Czarnym Łabędziu” nieprzypadkowo, wszak już motyw przewodni filmu NWR jest żywcem zerżnięty od Arronofsky’ego. I choć w „Łabędziu” główna oś zrealizowana była w bardzo dynamicznym stylu, a „Neon Demon” jest jednak powolnym, można powiedzieć „sennym” filmem, to jednak pierwsze wrażenie jest takie jakby się już widziało coś podobnego, i to całkiem niedawno. Co oczywiście nie można odmówić Refnowi, to tego charakterystycznego, brutalnego stylu. Początkowo widzimy bowiem prawdziwą sielankę, która stopniowo zamienia się w krwawy mayhem i nie daje nawet chwili wytchnienia gdy już widzimy napisy końcowe. Tak, film doskonale potrafi przyciągnąć uwagę widza, co najważniejsze - nie nuży, zostawiając ostatecznie wywalone gały na wierzch… Dosłownie…

 

Recenzja - bądźmy szczerzy - została napisana pod wpływem uwielbienia dla filmów spod szyldu Nicolasa Windinga Refna. Kocham „Drive”, trylogię „Pusher” znam prawie na pamięć, a „Bronson” to jeden z moich ulubionych filmów. Nie sposób odmówić temu reżyserowi artystycznego zacięcia, choć „Neon Demon” nie ustrzegło się wad. Zdecydowanie nie jest to film dla każdego, w swoim nieładzie potrafi być nieznośny, lecz ani na chwilę nie pozostaje niezrozumiały czy nudny. W końcu piękno - jakie by nie było, niebezpieczne czy nie - nie może się tak szybko znudzić.

 

8/10 - antyfani Refna mogą sobie odjąć punkcik lub dwa, dla reszty: pozycja obowiązkowa

Tagi: demon filmy neon Nicolas Winding Refn recenzja

Oceń notkę
+ +6 -

Solidny Szop
Oceń profil
+ +25 -
solitary
Ranking: 915 Poziom: 43
PD: 11095
REPUTACJA: 2731