SKLEP

Blog użytkownika Laughter

Laughter
Laughter Laughter 30.09.2017, 13:54
WG #184 - w co gracie?
460V

WG #184 - w co gracie?

Masa gier, mało czasu, a my znowu pytamy - w co obecnie gracie?

Miliony czytelników Weekendowego Grania na pewno zamartwiało się tydzień temu z powodu braku odcinka. Oczami wyobraźni widzę jak chodziliście smutni i pozbawieni chęci na cokolwiek. Spokojnie! Nie zabijajcie się! Nie ma powodu do obaw, a wasze myśli samobójcze były całkowicie bezpodstawne! Po prostu tak się zagraliśmy, że zapomnieliśmy o naszych ukochanych fanach! Nieważne, że większość z nich jest wyimaginowana, a reszta to przedstawiciele szlachetnej rasy ślimaków pozbawionych skorupek - i tak Was kochamy.

Przechodzimy do tematu odcinka, czyli nieinteresujących Was gier. W dzisiejszym numerze bierzemy na warsztat paskudne Here They Lie w VR dla patologicznych graczy nie odczuwających strachu. Niszczator zmysłów węchu i wzroku - uwaga na obsrane gacie i wrażliwe oczęta. Potem Akira Toriyama w wydaniu RPG za sprawą przenośnej edycji Dragon Quest VIII. Zahaczymy również o obowiązkowego Tekkena 7 oraz irytujące do granic możliwości Marvel vs. Cacpom: Infinite. Nie zabraknie także chwalenia się najnowszymi zakupami, pożegnania z prawnikami reprezentującymi Phoenix Wright: Ace Attorney: Spirit of Justice i wspomnieniu o sadystycznym misiu z Danganronpa v3. Będzie jeszcze uwstecznianie za sprawą Retro City Rampage. Czyli sama hipsterka dla #nikogo - jak zwykle możecie to wszystko olać i przewinąć wpis do komentarzy, aby nabazgrać Wasze bzdury (Tak, tak - też Was nie czytam!).

Here They Lie

Shitface - zna go każdy. Człowiek mający gówno i wykręcone mięso zamiast twarzy. Nie zawsze był taki, bo kiedyś mówiono na niego Shitman lub Shitbody i próbowano go spłukać w publicznej toalecie przy akompaniamencie pieśni ludowych. Wówczas był jeszcze bardziej paskudny. Tak samo paskudne jest Here They Lie. Grafika w tej grze wygląda niczym kupa rozmazana patykiem i wydeptana przez nieostrożnych przechodniów. Tak, jest aż tak źle. Nie, jest gorzej niż to opisałem. Tekstury autentycznie śmierdzą i to gorzej niż ta kupa z chodnika. Twarzy oddalonej postaci też nie ujrzycie, bo piksele wielkości arbuza skutecznie Wam to uniemożliwią. Nieważne! Here They Lie to horror opracowany z myślą o wirtualnej rzeczywistości. Wcielamy się tutaj w człowieka (bo przecież nie w świnię) i poszukujemy kobiety w żółtej sukience. Ta ucieka przed nami po mieście, a my musimy uporać się ze zmieniającym otoczeniem i stworami.

Gra jest do bólu prostackim tytułem i należy do symulatorów chodzenia z minimalnym poziomem interakcji. W VR to jednak inna zabawa. Twórców horrorów w wirtualnej rzeczywistości powinno się zamknąć w kryminale i ich nie wypuszczać. Uwielbiam serię Silent Hill czy starsze odsłony Resident Evil oraz parę innych horrorów. Cenię sobie tematykę grozy i przerażającą atmosferę. Na gry i filmy jestem jednak odporny i trudno mnie przestraszyć. Typowe jump scare'y bardziej mnie irytują. Psychologiczne podejście mi odpowiada, ale znów nie jest w stanie sprawić, że będę się niepokoił. W przypadku VR jest zupełnie inaczej. Tutaj mam pełne gacie i w jednym momencie myślałem, że zejdę na zawał. Przechadzając się po mieście nagle z ciemnej uliczki wyskoczyło na mnie wychudzone monstrum przypominające zniekształconego Goluma. Krzyknąłem na całym dom wiązankę niecenzuralnych słów i momentalnie zdjąłem słuchawki z goglami. Te pierwsze się zresztą połamały, qrwa jego mać. Ochłonąłem i spróbowałem znowu, ale sytuacja powtórzyła się po parunastu minutach i moje biedne serce nie było w stanie tego znieść. Na ile się orientuję przejście gry zajmuje około 4h, ale mam obecnie taką traumę, że nie wiem, czy dam rade wrócić. Poczucie bycia w grze jest po prostu niesamowite i nawet paskudna grafika nie jest w stanie go zepsuć. Sprawia to, że horrory ryją po prostu banie i to zdecydowanie zbyt ostro!

VR to jest istny sztos - nawet pomimo niezaprzeczalnych wad, jak słaba grafika, niska rozdzielczość, czy niewygodne kable. Sposób w jaki odmienia obcowanie z grami jet nie do opisania i trzeba tego doświadczyć na własnej skórze za sprawą kilku tytułów. Stwierdzenie,  że to rewolucja na miarę przejścia w trójwymiar i tak nie oddaje fenomenalnych wrażeń. Całość nie jest jednak tak praktyczna i jej celem nie jest zastąpienie klasycznego grania. No i fajnie się na tym ogląda porno.

Dragon Quest VIII: Journey of the Cursed King

O Boże jakie to jest, OESU! Wspaniałe! Brak mi słów, żeby opisać genialność tego jRPG. To chyba ten styl Akiry Toriyamy, bo ostatni raz czułem się tak grając w mojego przeukochanego Chrono Trigger. No cóż, każda jego postać wygląda tak samo, ale jest to na swój sposób niesamowicie urocze i charakterystyczne. Fabuła jest prosta, ale wciągająca. Wcielamy się w podróżnika, który razem z nieokrzesanym Yangusem towarzyszy królowi Trode. Władca został przemieniony w Yodę z Gwiezdnych Wojen, a jego córkę, księżniczkę Medeę, zaklęto w klacz. Ścigamy więc Dhoulmagusa, który za to odpowiada, a przy okazji trafiamy na mnóstwo przygód. Dopiero zacząłem grę, ale jestem oczarowany absolutnie wszystkim. Piękną muzyka, która nawet w skompresowanej i gorszej wersji midi potrafi zachwycić. Tak, nie ma startu do wersji z PS2, ale nadal jest niesamowita, co tylko świadczy o jej genialności. Sielankowe utwory podczas przemierzania zielonych polan i wpadająca w ucho, dynamiczna melodia podczas starć nie chcą wyjść z głowy. Graficznie jest o wiele lepiej niż się spodziewałem. Porównania z wersją stacjonarną mocno mnie martwiły, ale okazało się, że niepotrzebnie. Na niewielkim ekranie 3DSa tytuł wygląda przecudownie. Żywe kolory i piękny cellshading odwalają świetną robotę, sprawiając, że gra się nie zestarzała pod względem wizualnym. Cały styl artystyczny zgrabnie zakrywa wiek gry. Oczywiście jest tutaj nieco mniej detali, a tekstury są bardziej rozmazane, ale to czysta kosmetyka i nie wpływa na obcowanie z tym klasykiem.

Konstrukcja gry jest ucieleśnieniem moich marzeń na temat gier jRPG. Będąc dzieckiem zagrywającym się w Final Fantasy V i Chrono Trigger właśnie w taki sposób wyobrażałem sobie kolejne pozycje z tego gatunku utrzymane w pełnym trójwymiarowym środowisku. Niesamowitą frajdę sprawia mi bieganie po mapie świata w całej tej klasycznej formule. Grinduję i napawam się widokami - tak wiem, w czasach Horizon; Zero Dawn może to brzmieć śmiesznie. Tytuł jednak emanuje niesamowitą atmosferą i aż chce się ją chłonąć poprzez bieganie bez celu. Za mną dopiero nieco ponad 4 godziny grania. Trafiłem do rodzinnej wioski narwanej Jessicy, gdzie społeczność żyje w żałobie po śmierci młodego Alistaira. Bohaterka wyrusza do pobliskiej wieży, aby pomścić starszego brata. Tam okazuje się, że zbrodni dopełnił ścigany przez nas Dhoulmagus. Dziewczę pokłóciło się z konserwatywną matką i zostało zmuszone do opuszczenia domu - niedługo zapewne dołączy do naszej drużyny.

Puf Puf

Będąc w temacie przenośnej konsoli Nintendo - po paru miesiącach ukończyłem w końcu Phoenix Wright: Ace Attorney: Spirit of Justice. Finał jak zwykle mnie powalił i odmienił postrzeganie całej gry. Podczas kolejnych spraw zmęczenie materiałem dawało o sobie znać, ale znów w trakcie ostatniego starcia emocje wzięły górę. Nawet pomimo faktu, że zdawałem sobie sprawę z kilku głupot - nieważne! Jest to jedna z najlepszych serii jakie poznałem w mojej karierze gracza i jedyna, która sprawiła, że bez dłuższych przerw przeszedłem 9 odsłon pod rząd. Podtytuł Spirit of Justice sporo zdradza - ta odsłona nie tylko skupia się na wątkach paranormalnych i duchach, ale i znacząco rozwija postać Apollo Justice, który wykonał w swoim życiu naprawdę ogromy krok. Ukończywszy historię ponownie poczułem pustkę. Przez rok bohaterowie z tego świata towarzyszyli mi niemal każdego dnia, a teraz to wszystko zniknęło. Paskudne i nieprzyjemne uczucie. Przesłuchawszy ostatnio ścieżkę dźwiękową z pierwszej części serii niemal się rozkleiłem i upewniłem w przekonaniu, że pierwsza trylogia to jednak szczytowe osiągnięcie całego cyklu. Żadna kolejna odsłona nie ma szans dorównać idealnemu Phoenix Wright: Ace Attorney: Trials and Tribulations. Nie oznacza to, że części wydanie po "trójce" są złe. Po prostu zwieńczenie pierwszej trylogii wykracza poza wszelką skalę zajebistości.

Skoro całość jest za mną - mogę sobie w końcu uporządkować cykl od najlepszego rozdziału do najgorszego:

  1. Phoenix Wright: Ace Attorney: Trials and Tribulations.
  2. Phoenix Wright: Ace Attorney
  3. Miles Edgeworth: Ace Attorney Investigation 2: Prosecutor's Path
  4. Professor Layton vs. Phoenix Wright: Ace Attorney
  5. Phoenix Wright: Ace Attorney − Justice for All
  6. Phoenix Wright: Ace Attorney − Dual Destinies
  7. Apollo Justice: Ace Attorney
  8. Phoenix Wright: Ace Attorney − Spirit of Justice
  9. Ace Attorney Investigations: Miles Edgeworth

Pozostaje mi czekać na siódmą odsłonę głównej sagi, bo na zachodnią zapowiedź Great Ace Attorney się nie zanosi.

Ten OST... ououuuu... kosmos.

Zerkając kątem oka na cyfrowy backlog 3DSa zauważyłem Retro City Rampage. Świetna gra utrzymana w 8-bitowy stylu, gdzie natężenie parodii przekracza wszelkie normy bezpieczeństwa! Twórcy nabijają się dosłownie ze wszystkiego! Począwszy od klasycznych gier a kończąc na kultowych dziełach popkultury. Przez pierwsze 5 minut rozgrywki otrzymałem w ryj jakimiś 20 odniesieniami do przeróżnych rzeczy. Wszystko to jednak świetnie ze sobą współgra i ani razu nie odczuwałem, że twórcy wymusili upchnięcie jakiegoś żartu. Całość utrzymana jest w stylu pierwszych odsłon GTA, ale konstrukcja gry płynnie bawi się konwencją i często zmienia założenia wrzucając nas do różnorodnych etapów. Po dwóch godzinach jestem niemal przy połowie kampanii i w najbliższym czasie na pewno zasiądę, aby to dokończyć.

W ostatnim czasie codziennie próbowałem wygospodarować chwilę czasu, aby pograć w Marvel vs. Capcom: Infinite. Tytuł ostatecznie tak mnie zaczął irytować, że po wbiciu platyny wywaliłem go z dysku i nie zamierzam w najbliższym czasie do niego wracać. Ta bijatyka kompletnie nie sprawia mi już frajdy. Tryb online zaczął świecić pustkami, a ilość bzdur jakie się w nim dzieją przekracza ludzkie pojęcie. Nie ma to jak zostać trafionym atakiem totalnie z dupy, a potem przez 30 sec obserwować jak nasza postać umiera - a nie daj boże źle użyć Counter Swith! Wtedy cały duet leży, a ty płaczesz jak ślimak nad rozlanym śluzem. Wbicie 10 rangi online mocno zszargało moje nerwy. Niezliczone godziny straciłem na użeraniu się z tchórzliwymi uciekinierami. Dostałem wrzodów żołądka z nerwów przez bzdury, gdzie przeciwnik z ułamkiem życia potrafił odpalić debilny kamień, a następnie zaspamować mnie na śmierć najsłabszym atakiem, bo przez chwilę nieuwagi nie obroniłem JEDNEGO ataku. Idź pan w pi**u z takim graniem!

Odkurzyłem za to Vitę i odpaliłem Ultimate Marvel vs. Capcom 3 - gra moim zdaniem o wiele lepsza chociaż w teorii cierpi na podobne problemy. Pobawiłem się w tryb wyzwań, gdzie zaliczyłem kilka misji. Skill poszedł przez lata w górę i pomógł mi wykonać zadania, z którymi niegdyś miałem problemy.  No i ten dobór postaci! To jest dopiero szalony fanservice, gdzie nawet znalazło się miejsce dla Phoenixa Wrighta. Miodzio. Tryb sieciowy jest oczywiście od dawna martwy, więc z nikim bez ustawki nie idzie już pograć.

Co z tego, że jest to postać wyjątkowo nieprzyjazna i skomplikowana. Warto nim grać dla samej muzyki. Jest moc!

Dalej gram w Tekkena 7 - znalazłem dla siebie w końcu trzecią postać. Jest nią Josie Rizel. Bardzo fajna i prosta w opanowaniu zawodniczka, którą gra się po prostu świetnie. Przyjemna odmiana od Yoshimitsu i Kazumi. Wojowniczka pochodzi z Filipin i walczy stylem kickboxingu - to taki lepszy Bruce z poprzednich odsłon. Niezwykła szybkość, zasięg i dobre mixupy to jej mocne strony. Cierpi nieco na brak większych obrażeń po wybitce, ale opanowuje coraz lepsze kombinacje. Najważniejsze, ze granie nią sprawia mi mnóstwo frajdy. Następna w kolejce jest Leo (to nie facet!) i Lili. Bawiłem się nieco Gigasem oraz Heihachim, a także myślę, by poważnie siąść do Akumy. Bez dwóch zdań najlepsza bijatyka roku, gdzie licznik spędzonych godzin dobije zaraz do pułapu 250h. 

Coraz poważniej myślę o zapisaniu się na jakąś terapię odwykową. Nie, nie chodzi o granie. Mam tutaj na myśli coś znacznie gorszego - zakupy. Kupuję więcej niż jestem w stanie przejść. Ostatnio wybrałem się do lombardu i kupiłem kolejne gry! Najświeższe nabytki prezentują się w taki sposób:

Ostatnia brakująca kolekcja Kingdom Hearts, Tegoroczny hit od Sony w postaci Horizon: Zero Dawn. Dwa krótsze tytuły pod VR i zaległość w postaci Ratcheta. Wyrwany za dychę Darkwatch również mnie omamił. Teraz z kolei zastanawiam się nad paroma innymi tytułami, a w październiku na pewno wezmę preorder na Chaos;Child. Help me. Może rozpocznę cykl nałogowego zakupocholika.

Najważniejszym nabytkiem jest jednak Dangarnonpa V3. Seria, którą uwielbiam po uszy. Tym razem pora zmierzyć się z potomkami sadystycznego Monokumy i poznać nową plejadę 16 szalonych uczniów. Zagwarantowane mam szalone zwroty akcji i masę mordowania. Jeszcze nie grałem, bo czekałem aż do PS Store trafi paczka japońskich głosów (nie zmieściły się na kartridżu). Jestem też zły, że wersja Day One jest ekskluzywna dla PS4 - do przenośnego wydania nie dodawano artbooka oraz płyty ze ścieżką dźwiękową. No nic, obejdzie się. Dzisiaj siadam i zaczynam zabawę - to właśnie na tej grze skupię się najbardziej w ciągu kilku najbliższych dni.

To w zasadzie tyle ode mnie. W weekend na pewno odpalę stacjonarną konsolę i rozpocznę przygodę z Gravity Rush 2 - informacja o wyłączeniu serwerów mocno mnie zmotywowała, aby nie zwlekać dłużej z tym tytułem. Jestem wielkim fanem pierwszej odsłony, więc kontynuację chce poznać w pełni i korzystając ze wszystkiego, co przygotowali twórcy.

Muzycznie na koniec podrzucam album z gry VA-11 HALL-A

Świetny tytuł, gdzie wcielamy się w rolę barmanki ze świata dystopii i cyberpunkowej przyszłości. Twórcy przechwycili w swojej grze kilka odniesień do The Silver Case mojego ulubionego Sudy51. Klimat zabija i ciągle czekam na obiecany port dla Vity.

Tagi: ace attorney danganronpa dragon quest marvel vs. capcom: infinite tekken VA-11 Hall-A weekendowe granie wg

Oceń notkę
+ +17 -

Oceń profil
+ +22 -
Laughter
Ranking: 291 Poziom: 53
PD: 19904
REPUTACJA: 1808
Miesięcznik PSX Extreme