SKLEP

Blog użytkownika Laughter

Laughter
Laughter Laughter 31.12.2016, 22:30
Weekendowe Granie #152 - Czerwona wstęga! - V2.0
1619V

Weekendowe Granie #152 - Czerwona wstęga! - V2.0

Witajcie! Czerwona wstęga faluje na wietrze i zaprasza Was kolejny raz do dyskusji oraz dzielenia osobistymi podsumowaniami i przemyśleniami na temat roku 2016!

Nie da się ukryć, że wszelkie topki, rankingi, plebiscyty czy inne głosowania są popularne wśród różnych społeczności. Szczególnie przy końcówce roku - wszak to idealny moment,  aby usiąść i uporządkować sobie wydarzenia mijającego okresu. Sam również należę do sympatyków ceniących sobie działanie wedle jakiegoś planu... Przynajmniej w teorii, bo życie z reguły zawsze ingeruje w narzucony przez siebie porządek rzeczy i zmusza człowieka do nieoczekiwanych zmian.

Patrząc w szerszej perspektywie - rok 2016 nie należał do najlepszych. Przyszło nam żyć w niespokojnych i nerwowych czasach. Jesteśmy jednak w tym miejscu, aby skupić się na grach, które skutecznie pozwalają oderwać się od trosk rzeczywistości. Gry pomagają nam się zrelaksować i spędzić przyjemnie czas. Rok w dziedzinie naszego hobby to naprawdę szmat czasu! Wyszło mnóstwo gier, jeszcze więcej zapowiedziano.

Dwa lata temu napisałem na PSSITE swoisty rachunek sumienia będący wpisem podsumowujący roczną aktywność spędzoną zmarnowaną przy grach. Dziś z Kalwą wracamy do tego pomysłu i przedstawiamy ostatnie kartki tegorocznego dzienniczka Weekendowego Grania!

W tym roku udało mi się ukończyć aż 71 gier. Rozbijając listę na poszczególne platformy prezentuje się ona następująco:

PS4 - 20
PS3 - 13
PS1 - 5
Vita - 5
PSP - 7
3DS -8
NDS - 8
Wii U - 1
PC - 2
SNES - 1
Mobilne - 1

Istna lawina bardzo różnorodnych gatunkowo pozycji! Nie sposób przytoczyć je wszystkie, ale postanowiłem napisać przynajmniej parę słów o tych, które odcisnęły na mnie największe piętno.

Seria Ace Attorney

Najbardziej mnie cieszy, że udało mi się poznać całą serię Ace Attorney (z wyjątkiem Spirit of Justice, które niedawno miało premierę). Napisać, że były to gry niesamowite to jak nie napisać nic.

Uczestniczenie w przygodach Phoenix Wrighta i jego przyjaciół było autentycznie poruszającym przeżyciem. Trudno mi powstrzymać łzy patrząc na drogę jaką ta postać przeszła. O dziwo, wydaję mi się, że na przestrzeni całej serii największa metamorfozę przeszedł jego rywal - prokurator Miles Edgeworth, który dla wielu fanów nie bez powodu jest najlepszą postacią całego uniwersum. Odnowienie znajomości z Phoenixem bardzo wpłynęło na jego światopogląd i drogę życia, ratując go przed losem, który spotkał bezwzględnego Mannfreda Von Karmę - człowieka zaślepionego perfekcyjnym przebiegiem kariery, który świadomie godził się na zatajenie prawdy.

Każda z ośmiu odsłon zajęła mi średnio 20 godzin - najdłuższa trwała 33, najkrótsza nieco ponad 10. Niesamowite, że tyle części potrafiło przez cały czas trzymać tak wysoki poziom jakości! Zabierając się za jakikolwiek rozdział przygód Asa Adwokatów mogłem liczyć na to, że zawsze pozytywnie wpłynie on na mój nastrój.  Każda odsłona wypełniona była po brzegi świetnie rozpisanym i autentycznie zabawnym poczuciem humoru oraz dialogami, często napędzanymi przez równie dobrze napisanych bohaterów. Zawsze mogłem liczyć także na wspaniałą muzykę skutecznie podbijającą bogate spektrum emocji - smutek, radość, adrenalinę etc.

Emocjonalny rollercoaster oraz finały, które zawsze zostawiały mnie z szeroko rozdziawioną szczęką, nie pozwalając na chwilę wytchnienia i przerwy przed zabraniem się za kolejną część.

Jestem potwornie wdzięczny Capcomowi za to, że seria do dzisiaj funkcjonuje na rynku i za każdym razem potrafi zaskakiwać. Każde pojedyncze zwieńczenie odsłon spod znaku tej marki to najlepsze i najprzyjemniejsze wspomnienie, jakim 2016 rok obdarował mnie w kwestii gier.

W tym roku poznałem również Profesora Laytona. Co prawda, na razie, za sprawą filmu "Wieczna Diwa" oraz najlepszego cross-overa w moim życiu. Na półce czekają już kolejne dwie gry i za niedługo się za nie zabiorę. Muzyka z Professor Layton vs. Phoenix Wright to jedna z najbardziej epickich składanek jakie słyszałem w grach.

Ghost Trick: Phantom Detective

Jestem absolutnie pewien, że ludzie odpowiedzialni za serię Ace Attorney nie są zwykłymi śmiertelnikami. Tylko w taki sposób jestem w stanie sobie wytłumaczyć fenomenalny poziom wykonania ich kolejnego projektu - Ghost Trick. Przygody Sissela, który na początku gry został zamordowany a rolą gracza jest rozwikłanie kwestii jego śmierci, były po prostu zbyt dobre. Ponownie bogata plejada charyzmatycznych postaci i ich tragiczne (lub niekiedy komiczne) wątki napędzają zaskakującą fabułę, pełną rozbrajającego humoru, smutnych zwierzeń i niespodziewanych zwrotów akcji a wszystko to dopełnione zostało wpadającą w ucho i klimatyczną ścieżką dźwiękową oraz najlepszymi animacjami jakie można ujrzeć na ekranikach DSa

Grzechem jest posiadać dwuekranową konsolkę Nintendo i nie zagrać w ten wybijający się z wszelkich ram tytuł. Gameplay choć prosty, to przyjemny i ciekawy - skupia się na manipulowaniu czasem i otoczeniem w celu odmienienia przeznaczenia osób, którym pisana jest śmierć. Sporo zagadek i jeszcze więcej historii. 

Deus Ex: Mankind Divided

Deus Ex: Mankind Divided to piękna gra. Cenię sobie tematykę transhumanizmu i cyberpunkowy nurt. Namacalna wizja zepsutej przyszłości, gdzie upodlona fizycznie i moralnie ludzkość coraz bardziej oddaje się wpływowi technologii a rolę państw przejmują gigantyczne korporacje. To bardzo wdzięczny temat, który urzeka swym mrokiem i dołującym charakterem. Nowy Deus dodaje do tego podział rasowy i wiele innych ikonicznych elementów. Premiera Mankind Divided była dla mnie wydarzeniem niezwykle istotnym i na kilka tygodni wstecz postanowiłem się do tej gry odpowiednio przygotować. Obejrzałem więc Ghost in the Shell, Akirę oraz Łowcę Androidów. Z gier w podobnych klimatach postanowiłem sprawdzić Remember Me oraz Shadowrun: Returns. Wszystko po to by jak najbardziej nasiąknąć atmosferą.

Ostatecznie gra mnie nie zawiodła. Okazała się lepszym i bardziej dopracowanym "Human Revolution", któremu przecież było bardzo blisko do gry idealnej. Na tle poprzednika rozbudowano system skradania oraz dodano więcej dróg do osiągnięcia celu, poprawiono walkę i zdolności Jensena. Widać również, że mocno skupiono się na misjach pobocznych - te krótkie mini-wątki były naprawdę dopieszczone i wciągające


To wszystko przełożyło się na tytuł, którego atmosferę chłonąłem z każdą mijającą minutą coraz bardziej. Niejednokrotnie zatrzymywałem się i słuchałem świetnej muzyki lecącej w tle. Bawiłem się wszystkimi możliwościami jakie twórcy oddali do dyspozycji. Poznawałem najmniejsze i najbardziej ukryte zakamarki wirtualnych mieszkań, uliczek i miast. Czytałem każdy mail i dopowiadałem narrację do historii eksponowanej poprzez projekt i wystrój miejscówek.

Mimo wszystko nowy Deus Ex cierpi na kilka wad. Główny wątek jest urwany w chwili, gdy robi się naprawdę ciekawie a samo zakończenie pozostawia niedosyt - przez co główna oś fabularna niedomaga, chce się więcej, znacznie więcej. Kuleje też sztuczna inteligencja a Adam szybko staje się po prostu zbyt potężny na tle przeciwników, którzy stają mu na drodze. Widać też nikły budżet, który starano się reperować chociażby zbędnym trybem Breach wypełnionym mikropłatnościami.

Nie przeszkadzało mi to jednak czerpać ogromnej frajdy z kolejnego rozdziału historii Jensena i już nie mogę się doczekać aż zagram w trzeci, prawdopodobnie finałowy, epizod jego życia, który mam nadzieję, że ładnie wprowadzi historię do wydarzeń z oryginalnego Deus Ex.

Digimon Story: Cyber Sleuth

Powrót serii SMT na stacjonarne konsole marzył mi się od chwili kiedy zagrałem w Shin Megami Tensei: Lucifer's Call - czyli od około 12 lat. Nigdy bym nie przypuszczał, że to marzenie ziści się kiedyś pod płaszczem marki, którą kochałem w dzieciństwie.

Digimon Story: Cyber Sleuth na nowo ożywiło we mnie miłość do jRPGów. Ten bardzo przyjemny przedstawiciel gatunku może się poszczycić zapożyczeniem najlepszych cech gier spod szyldu Persona oraz Shin Megami Tensei i zaadaptowaniem ich pod swoje ciekawe uniwersum cyfrowych potworów. Przy produkcji brali udział zasłużeni artyści pokroju Suzuhito Yasudy i Masafumi Takady - ten pierwszy słynie z bardzo ciekawego stylu graficznego postaci (seria Devil Survivor) a ten drugi to szalony kompozytor, którego muzyka często towarzyszyła iście wykręconym grom (Killer 7, No More Heroes, seria Danganronpa).


Cyber Sleuth przyciągnęło mnie na 81 godzin do ekranu, gdzie ani przez chwilę nie odczuwałem nudy. Była to bardzo miła przygoda o ciekawej fabule, gdzie jako haker, który stracił fizyczne ciało musieliśmy przemierzać cyfrowy oraz realny świat, by zgłębić tajemnice wirtualnej rzeczywistości "Eden". Poznać sekrety zbierającej coraz większe żniwa choroby i ostatecznie zadecydować o losie światów z dwóch diametralnie różnych wymiarów.

Oczywiście tytuł miał swoje wady - przenośny rodowód i nie za duży budżet. Zadania poboczne potraktowano po macoszemu i wykonano je na jedno kopyto. Konstrukcja lochów była z kolei strasznie prosta i same miejscówki były do siebie nazbyt podobne. Zabrakło też dodatkowej aktywności, aby zwiedzanie Akihabary i Shibuyi było ciekawsze - chociaż samo odwzorowanie 1:1 niektórych lokacji z rzeczywistej Japonii sprawiało, że miło się biegało po tym kolorowym świecie. Dla mnie to jedno z najlepszych i najprzyjemniejszych zaskoczeń roku. Mam nadzieję, że doczekam się kiedyś sequela.

Parasite Eve

Pierwszy Parasite Eve jest dla mnie tytułem niemal idealnym. Pięknie łączy klasyczny survival horror z ery PS1 z modnym wówczas gatunkiem jRPG. Ciekawy system walki, gdzie w czasie rzeczywistym staramy się unikać ataków wrogów a po napełnieniu ATB sami wykonujemy akcję, atakując z broni palnej lub korzystając z Parasite Energy (odpowiednik magii).

Wciągająca i trzymająca w napięciu fabuła z bardzo dobrze wyważonym tempem akcji. Gęsty i klaustrofobiczny klimat ciasnych miejscówek przeplata się tutaj z ciekawymi wymianami zdań między bohaterami i akcjami, o których trudno zapomnieć. Makabryczne potyczki z wielkimi bossami i niezwykła różnorodność odwiedzanych miejsc - opuszczony magazyn na skraju Nowego Yorku, podupadły szpital odcięty od prądu, zamknięte muzeum, śmierdzące ścieki, zaśnieżone ulice metropolii czy w końcu opera, która w świetny sposób otwiera grę

Do tego bardzo pomysłowy zarys historii zahaczający mocno o teorię Mitochondrialnej Ewy. Po prostu cudo. Jestem autentycznie w szoku, że sequel psuje absolutnie KAŻDY aspekt tej perły. Zniszczono muzykę, pokpiono fabułę, całość osadzono w DWÓCH miejscach (+ krótki, ale świetny prolog). Koszmar, żałuję, że się nie zatrzymałem na pierwszej odsłonie.

Mimo wszystko mam nadzieję, że w dobie powracających marek ktoś sobie przypomni o przygodach Ayi, bo ta ciekawa bohaterka jak najbardziej zasługuje na swoje kolejne pięć minut sławy.

Life is Strange

Historia Chloe i Max całkowicie mnie oczarowała. Jest to jedna z najważniejszych gier, jakie dane mi było ograć w ostatnich 12 miesiącach. Po pierwszym odpaleniu nie mogłem się oderwać od ekranu i całość zaliczyłem prawie przy jednym posiedzeniu. Umiejętne wykorzystanie teorii "Efektu Motyla" w fajny sposób ukazywało nam znaczenie nawet najbardziej błahych decyzji i ich konsekwencji. Gry są idealnym medium do zaprezentowania takich zagadnień. Tematyka poruszona w Life is Strange jest mi bardzo bliska z tego względu, że nawiązuje do moich ulubionych filmów - trochę tu Donnie Darko, Mr. Nobody i właśnie Efektu Motyla (dobra, akurat ten film uważam za przeciętny).

Najlepszą cechą jest jednak sam scenariusz. Zgrabnie i odważnie napisany. W przeciwieństwie do takiego The Walking Dead - bohaterowie z Life is Strange są autentyczni a sama fabuła jest po prostu dobra (aczkolwiek nie bez wad). Moment, w którym jedna z bohaterek rzuca pytaniem do drugiej, o to czy Dekard był replikantem - bezcenny. Takie nawiązania do rzeczywistej popkultury i lekkość pióra przy pisaniu dialogów oraz inne drobne detale sprawiły, że szybko poczułem do bohaterek szczerą sympatię i więź. 

Jeszcze ten OST... C-U-D-O. Atmosfera i klimat tajemniczego miasteczka w połączeniu z pastelowymi barwami po prostu hipnotyzuje. Gwarantuję, że nie znajdziecie czegoś podobnego w naszej branży. Nawet jeśli rozgrywka nie jest niczym odkrywczym. Ja po zakończeniu poczułem nie tylko smutek, ale i uczucie pustki, które trudno zapełnić. Pod wpływem emocji napisałem wpis poświęcony tej grze.

Cały soundtrack został ładnie dopasowany do wydarzeń na ekranie, nie tylko pod względem instrumentalnym, ale i lirycznym.

Zaliczyłem sentymentalną jazdę z Dark Souls 3, gdzie dane mi było odwiedzić jedną z piękniejszych lokacji w grach. Kolejny raz spędziłem kilkadziesiąt godzin przepełnionych chwytającym za gardło klimatem. Stoczyłem niezapomniane batalie z świetnie zaprojektowanymi bossami - Tancerka, Aldrich, czy Yhorm. Umierałem wiele razy, ale za każdym zgonem kryła się niepohamowana żądza powrotu na pole walki. Poznawałem ukryte ścieżki i sekrety uchowane przez twórców.

Przed uznaniem Dark Souls 3 grą roku powstrzymuje mnie tylko fakt, że jest to już piąte użycie znanego schematu rozgrywki. Z drugiej jednak strony Soulsy są tak uzależniające, że nie miałbym nic przeciwko temu aby kupować je każdego roku. Chociażby dla samej muzyki.

Zero Time Dilemma

Przykro mi to pisać, ale Zero Time Dilemma... zawiodło mnie. Miejscami nawet bardzo. Gra nie udźwignęła ciężaru oczekiwań po genialnym 999 i Virtue's Last Reward. Miało to być domknięcie trylogii, zamykające najważniejsze wątki poprzedników. Wyszedł kolejny rozdział rodzący następne pytania, paradoksy i pozostawiający furtki bez odpowiedzi oraz ignorujący wiele tematów z poprzednich części. Najgorsze jest jednak to w jaki sposób rozwiązano pewne kwestie fabularne - miałem wrażenie, że twórcy nie chce się po prostu wysilać i idzie po najmniejszej linii oporu, podając odpowiedzi, które na dobrą sprawę nic nie wyjaśniają lub wprowadzają jeszcze większy mętlik do i tak skomplikowanej historii.

Sporo tu nietrafionych rozwiązań - paskudne animacje psuły klimat wielu ważnych wydarzeń. Porzucenie konwencji noweli na rzecz filmowej narracji również uważam za chybiony pomysł. Mimo wszystko - ucieczki z zamkniętych pokoi były wciągające (acz łatwe) oraz ponownie bawiły sarkastycznym poczuciem humoru. Kilka wątków zmusiło mnie do refleksji i myślenia nad nimi po ukończeniu gry. Odebrałbym całość przychylniej gdybym wiedział, że w przyszłości wyjdzie kolejna odsłona, rozwijająca chociażby wątki, o których ZTD zdało się zapomnieć. 

Steins;Gate 0

Ta gra przez długi czas znęcała się nade mną psychicznie. Rzucała mi przed twarz lubianym bohaterem, który popadł w depresję i został zniszczony przez lawinę bezlitosnych wydarzeń. Los pastwiący się nad Okabe był iście okrutny i miałem wrażenie, że sam jestem przez niego atakowany.

Twórcy w bardzo ciekawy sposób poruszyli zagadnienie sztucznej inteligencji oraz rozwinięcie badań Makise Kurisu na temat mechanizmu zapamiętywania i gromadzenia wspomnień w ludzkim mózgu. Jako przykład podano chociażby zastosowanie wojskowe - żołnierze korzystający z sztucznie wgranych wspomnień, w celu uniknięcia syndromu stresu pourazowego lub zwiększenia ich doświadczenia bojowego.

Nie chcę spoilować, ale bardzo się cieszę z ukazania kilku istotnych scen i "czasów". Koniec końców - była to wspaniała historia, nie tak urzekająca jak oryginał, ale trzeba pamiętać, że to tylko dopełnienie.  Znowu spędziłem miło czas czytając o wielu ciekawostkach popularnonaukowych i z zaciekawieniem śledziłem wydarzenia prowadzące do definitywnego zakończenia. Parę wątków dostarczyło mi istny zawrót głowy a nowi bohaterowie umiejętnie wpisali się w zbiór dobrze znanych mi postaci (aczkolwiek brakowało mi KuriGohanKamehameha :( ). Nie mogłem oczekiwać niczego więcej i bardzo się cieszę, że Zero sprostało naprawdę wysokim oczekiwaniom.

Guilty Gear Xrd - Revelator -, Street Fighter V, Mortal Kombat XL, Persona 4 Arena: Ultimax, blablabla.

Starałem się ponownie zainwestować czas w bijatyki i chociaż w żadną nie wgryzłem się na poważnie, to jednak ograłem sporo tytułów z tego gatunku. Rok rozpocząłem od powrotu do Street Fighter x Tekken - tym razem w wersji stacjonarnej. Jestem świadom wielu wad tej bijatyki - skaszaniony balans postaci i zepsuty system kryształów, Mimo wszystko bardzo lubię ten crossover i żałuję, że Capcom nie przemyślał go trochę lepiej. Wróciłem do Persony 4 Arena: Ultimax spędzając z nią kilkadziesiąt godzin - jest to bijatyka wzbudzające we mnie bardzo ambiwalentne odczucia. Świetna muzyka, lubiane uniwersum i irytujący system "auto combo", który w moim przypadku ubija motywację do uczenia się. Sporo meczy przeleciało pod znakiem Super Smash Bros w wersji Wii U - w online dostaję ostro po mordzie i często dopadają mnie lagi :( Street Fighter V na dobrą sprawę ledwie liznąłem, ale podobał mi się najbardziej ze wszystkich ogrywanych tytułów. Świetny system walki, który znalazł złoty środek między kompetytywną a przystępną bijatyką. W przyszłym roku zamierzam poświęcić temu szpilowi bardzo dużo czasu - szczególnie, że Capcom nie zraża się wynikami sprzedaży i odwala kawał super roboty w rozbudowie tego produktu. Ultra Street Fighter IV w wersji PS4 również skradł mi kilkanaście godzin w ciągu roku - to nadal jeden z najlepszych reprezentantów gatunku i bardzo przyjemnie się w niego gra.  Znalazłem nawet chwilę by pograć w przenośną wersję Street Fighter Alpha 3 Max, ale z powodu braku online szybko porzuciłem ten tytuł.

Blazblue: Calamity Trigger zaliczyło u mnie krótki epizod i po 7 letniej przerwie postanowiłem wrócić do wbicia platynowego trofeum - na dobrą sprawę brakowało mi tylko ogarnięcia hardkorowego trybu "Score Attack", będącego najtrudniejszą wariacją rozgrywki oraz rozegrania 100 meczy online. Nie obeszło się bez ustawki, bo tryb sieciowy został wyparty przez nowsze odsłony i świeci pustkami. Po długaśnej przerwie wróciłem również do hip-hopowego Def Jam: Fight for New York: The Takeover - bardzo przyjemny port jednej z moich ulubionych gier w dorobku PS2. Najwięcej jednak czasu poświęciłem Mortal Kombat w wersji XL - gra jest zdecydowanie lepiej przemyślana od swojego poprzednika jej kompletna edycja to istny pokład zawartości. Przyjemna bijatyka, gdzie nawet osoby, których nie ciągnie do trybów online będą miały co robić. Rok zamknąłem szybkim sprawdzeniem Guilty Gear Xrd - Revelator -. Jestem w szoku jak wiele zmian wprowadzono względem i tak świetnego (acz ubogiego) Xrd - Sign -. Poprawiono balans, dodano kilka świetnych postaci jak Jack-O. Zawodniczka wprowadzająca na pole walki elementy... moby i rtsa. Zaimplementowano genialny samouczek i otworzono na graczy casualowych. Byłoby idealnie gdyby tylko więcej osób w to grało... W następnym roku będę z wypiekami na twarzy wyczekiwał premiery nowego Marvel vs Capcom oraz ćwiczył umięjetności w Street Fighter V i Guilty Gear.

Doom

W 2016 roku przyjemnie spędziłem czas przy Doomie, który stanowi bardzo udany miszmasz klasycznej rozgrywki z nowymi trendami, oferując szaloną i niczym nieskrepowaną rzeź w labiryntowym rozkładzie pomieszczeń. Tytuł niesamowicie wciągający, od którego nie mogłem się oderwać nawet na chwilę przed jego całkowitym wymaksowaniem.

Wolfenstein: Old Blood

Nadrobiłem w końcu Old Blood - dodatek do Wolfensteina, który spodobał mi się niemniej niż genialna podstawka, gdzie z uśmiechem na ustach znęcałem się nad Niemcami. Ostatnia walka wypadała dosyć słabo, ale dodatek stoi na najwyższym poziomie i cieszę się, że wyszedł osobno w pudle. Nie mogę się doczekać kolejnej pełnoprawnej odsłony.

Diablo 3: Ultimate Evil Edition

Poświeciłem kilkadziesiąt godzin na maltretowanie demonów i piekielnych pomiotów w Diablo 3: Reaper of Souls. Idealny tytuł do grania z drugą połówką i kumplami. Szkoda, że tak dużo osób gra na podmienionych przedmiotach i psuje sobie radość z grania. Do tego end game nie jest aż tak bogaty jakbym chciał, przez co ganianie za nowymi setami nie ma dla mnie sensu. Szczególnie, że brak tutaj pełnoprawnego trybu "gracz kontra gracz". Ubolewam też nad faktem, że klimat zrobił obrót o 180 stopni względem D2:LoD.

Uncharted 4: Kres Złodzieja

Przeszedłem bez większych emocji Uncharted 4, które okazało się grą potwornie nierówną - w okropny sposób przegadaną (słabe dialogi i wymuszone relacje) oraz przełażoną (powolne spacery z narzuconym wolnym chodzeniem). Gdyby grę skrócić o 6 godzin i wyciąć z niej łażenie, które i tak rzadko kiedy oferowało jakąś treść, to odebrałbym ten tytuł o wiele przychylniej. Nie można jednak odmówić kunsztu graficznego - niejednokrotnie widoki autentycznie zapierały dech w piersi i miałem wrażenie, że oglądam miejscówki ocierające się o fotorealizm.

Mógłbym tak jeszcze długo wymieniać, ale wątpię by komukolwiek chciało się to przeczytać. Przez rok dzieliłem się z Wami na bieżąco moimi wrażeniami z ogrywanych produkcji, Wy robiliście to samo - w różniej ilości, czasem mniejszej a czasem w liczniejszym gronie. Chciałem Wam za to szczerze podziękować. Gdyby nie Wy, to istnienie naszego cyklu nie miałoby większego sensu.

Nie pozostaje mi nic więcej jak życzyć Wam wszystkim szczęśliwego Nowego Roku i trzymania się noworocznych postanowień. Tymczasem na zakończenie - rzucam linkiem do wpisu Musiola, w którym widnieje lista wszystkich ukończonych przeze mnie tytułów. Pora rozdać też osobiste nagrody + rzucić krótkim planem na kolejny rok..

Największe pozytywne zaskoczenie 2016 roku:
Digimon Story: Cyber Sleuth

Najlepsze ukończone gry wydane w 2016 roku:
Steins;Gate 0, Deus Ex: Mankind Divided, Dark Souls 3

Najlepsze ukończone gry wydane przed 2016 rokiem:
Ace Attorney: Trials and Tribulations, Yakuza 5, Parasite Eve

Największe rozczarowania:
Yoshi's Woolly World, Parasite Eve 2, Zero Time Dilemm

Najlepsze momenty z gier:
Ace Attorney (finał z każdej odsłony), Steins;Gate 0 (przebudzenie), Life is Strange (zakończenie Teorii Chaosu)

Najgorsze ukończone crapy:
Spirit Camera: The Cursed Memoir, "That Dragon, Cancern", JoJo's Bizarre Adventure: Eyes of Heaven

Najlepsze nieukończone gry:
Tokyo Mirage Session #FE, Mortal Kombat: Shaolin Monks, Crypt of the Necrodancer

Najlepsza miejscówka w grze:
Dark Souls 3 (Irithyll)

Najgorzej wydane pieniądze:
Psycho-Pass: Mandatory Happiness

Najlepszy soundtrack:
Professor Layton vs. Phoenix Wright: Ace Attorney,  Guilty Gear Xrd - Revelator -, Life is Strange

Najlepsza historia:
Steins;Gate 0, Ghost Trick, Life is Strange

Najlepszy humor:
Puppeteer, Ace Attorney (seria),
 Hatoful Boyfriend: Holiday Star

Najlepsze postacie:
Godot (Ace Attorney), Sakuya Le Bel Shirogane (Hatoful Boyfriend: Holiday Star), Maxine Caulfield​ (Life is Strange), Lynne (Ghost Trick)

Najbardziej irytująca postać:
Tiki (Tokyo Mirage Session#FE)

Najbardziej (nie)heteroseksualna postać:

Jean Armstrong (Phoenix Wright: Ace Attorney: Trials and Tribulations)

Postać, która NIE jest moją waifu:
Makise Kurisu

Najtrudniejsze gry:
Crypt of the Necrodancer, Ninja Gaiden: Dragon Sword, Fear Effec

Najbardziej znubiała gra roku:
Pokemon Go

Najbardziej irytująca gra:
Paper Mario: Sticker Star

Największy NUB roku: kALWa888
Najbardziej obgadywany użytkownik roku: Musiol
Najbardziej wyglądający jak Musiol użytkownik roku: Olson
Największe manboobs roku wśród użytkowników: Poikao
Najdorodniejszy wons roku: Wons Libertinusa
Najbardziej żabi użytkownik roku: Azoth
Najczęściej obrzucany pomidorem użytkownik roku: Tandiblue
Najbardziej zakurzony użytkownik roku: Zakurzony
Najbardziej tuboszatanowy użytkownik roku: Lordanileśtam
Najbardziej demoralizujący użytkownik roku: Desti
Najbardziej nielubiany użytkownik roku: Germanos
Najciekawiej komentujący użytkownik roku: Faroszek
Najnormalniejszy użytkownik oku: KraZisław
Najbardziej mieszkający w Japonii Użytkownik roku:
amazarashi​
Najbardziej PeCetowy konsolowiec roku: Assassyn22
Najbardziej marudzący i udający, że nie lubi SW:EP VII Użytkownik roku: Robert163
Najbardziej skasowany Użytkownik roku: akolita
Najbardziej niedefiniowalny użytkownik roku: Saizenberg
Najbardziej nieobecny użytkownik roku: Kiba
Najbardziej wierny użytkownik roku: Placek17
Najbardziej pijany twórca kosmicznych asteroid wśród użytkowników: 4promile
Najlepszy użytkownik roku: Laughter-XIII


Co ja mogę napisać? Prawnicy i prokuratorzy zdominowali cały mój rok. Dzięki takim podsumowaniom mogę sobie sprawdzić jakie gatunki i konsole zaniedbałem - w przyszłym roku planuję między innymi:
Ukończyć 5 gier na Wii
Ukończyć 5 gier na X360
Ukończyć 5 gier z PS2

Ukończyć 5 tytułów z gatunku jRPG
Przekroczyć granicę 100 platynowych trofeów.
Przejść dwie odsłony z serii The Legend of Zelda (Skyward Sword oraz Twillight Princess HD).

 

Tym samym dobrnęliśmy nie tylko do końca wpisu (tym, którzy to przeczytali gratuluję bezpowrotnie straconego czasu!), ale i zakończyliśmy kolejny rok! Ponownie życzę Wam wszystkim Szczęśliwego Nowego Roku, spełnienia marzeń i co tam tylko sobie zażyczycie!  Elo Melo, nuby!

EDIT: Jedna z niepisanych zasad Pitagorasa głosi - "Wpis raz opublikowany pozostaje nietykany". Dzisiaj jednak loża szyderczów i jury rozdające nagrody, w którego skład wchodzą: Ja, Laughter, Shitface i 4promile (pod którego nieobecność postanowiłem zagłosować za niego) postanowili, że trzeba dodać wincyj obrazków i kategorie nagród dla pominiętych użytkowników.

Chciałem jeszcze dopisać wrażenia z tak niesamowitych i fenomenalnie wykonanych gier, jak Luigi's Mansion 2 i Fear Effect. Czy nawet ogrywanych przeze mnie wyścigów, ale... daruję sobie, bo i tak za dużo tego tekstu się nazbierało.

Melo!

Tagi:

Oceń notkę
+ +17 -

Oceń profil
+ +21 -
Laughter
Ranking: 282 Poziom: 54
PD: 20402
REPUTACJA: 1809