Czasem coś tam skrobnę na spontanie...

mashi

mashi mashi 02.03.2018, 08:35
Weekendowa Gralnia: Shadow of the Colossus
699V

Weekendowa Gralnia: Shadow of the Colossus

Witajcie przy weekendzie. Oprócz wypadów za miasto i spotkań ze znajomymi, to także dobry czas na granie. Dzisiaj chciałbym Wam przedstawić remake niemal idealny, choć i w tym przypadku nie obyło się bez kontrowersji. Siadajcie wygodnie - zapraszam na pierwszy odcinek Weekendowej Gralni, gdzie głównym bohaterem będzie Shadow of the Colossus...

GRANIE NA EMOCJACH...

Niewiele jest legend, które tak bardzo zasługują na facelifting, jak tytułowy Cień Kolosa. Uznawana w pewnych kręgach za kultową, pozycja Fumito Uedy prosiła się o to od dawna. W chwili swojego debiutu na PlayStation 2, w 2005 roku gra - mimo, że piękna - w wielu aspektach niestety nie domagała. Kulejąca animacja, problemy ze sterowaniem i uproszone, choć dzięki temu mające swój urok otoczenie. To co robiło wtedy na nas największe wrażenie, to niewątpliwie postacie samych Kolosów. Szesnaście tajemniczych postaci, z którymi przyszło nam się zmierzyć onieśmielało swoją monumentalnością i - jak na owe czasy - szczegółowością wykonania. Dziś, w roku 2018 kiedy coraz powszechniejszy staje się standard 4K, wraz z towarzyszącym mu nierzadko efektem HDR dostajemy pełny remake tej pozycji. Z olbrzymią ochotą, ale też pewną dozą niepewności sięgnąłem po wersje na PlayStation 4 PRO, by ponownie - po niemal 15 latach - wyruszyć w pełną emocji podróż do mistycznego świata, skrywającego przed graczem swoje tajemnice...


TAJEMNICA TEŻ POTRAFI BYĆ PIĘKNA...

Zapewne znacie to uczucie - chwila, w której włożona do napędu konsoli płyta za sekundę się załaduje. Moment, kiedy długo oczekiwana gra, w końcu pozwala nam przejąć nad nią kontrolę. Emocje zawsze biorą górę, co często potrafi być niebezpieczne, ponieważ nie zawsze każda pozycja spełnia pokładane w niej nadzieje. Jak jest w przypadku Shadow of the Colossus? Pierwszą rzeczą, którą natychmiast zauważymy po uruchomieniu gry jest warstwa wizualna. Nie wdając się zbytnio w szczegóły - jest po prostu pięknie. Wysoka rozdzielczość, płynna animacja (wreszcie!), szczegółowość i ta modna ostatnimi czasy - przysłowiowa wisienka na torcie - magia HDR! Oślepiające wręcz słońce, promienie przebijające się przez konary drzew, cienie rzucane przez roślinność - można się zakochać. Oczywiście - zgodzę się - nie o grafikę tutaj chodzi, ale nie można pominąć tego aspektu, w przypadku produkcji nastawionej na eksploracje. Przemierzanie pustyń, polan porośniętych trawą, czy tajemniczych lasów i zagajników w takiej jakości naprawdę robi wrażenie i jeszcze bardziej potęguję imersję płynącą z gry. Na dowód tych słów, każde zdjęcie w tej notce zostało wykonane przeze mnie, tak abyście sami mogli się przekonać jak wygląda to w rzeczywistości. Bez "upiększaczy" i i marketingowych retuszy. W tej kwestii Bluepoint Games - mistrzowie w swoim fachu - odwaliło kawał świetnej roboty...


Na samym początku wspomniałem jednak coś, na temat kontrowersji. Te wzbudza na pewno sposób sterowania i przyprawiająca niejednokrotnie o ból głowy praca kamery. W natłoku dzisiejszych pozycji, gdzie wszystko wydaje się być upchnięte do jednego standardu - sterowania i sposobu pokazywania rozgrywki - pozycja taka jak Shadow of the Colossus może odrzucić. To typowy przedstawiciel "starej szkoły", gdzie wszystkiego trzeba uczyć się od początku. Ma to w pewnym sensie jakiś magnez i pozwala choć na chwilę cofnąć się w czasie do lat świetności starszych gier. Czasów, w których każda pozycja prezentowała sobą coś indywidualnego - miała własny charakter i nie była tylko kopią pozostałych gier, ze zmienioną historią ubraną w inne tekstury. Zapewne wiele klasyków sprzed lat zapisało się w naszej pamięci właśnie ze względu na czas jaki im poświęciliśmy - nie tylko na poznawaniu mechaniki, zrozumieniu fabuły, ale też na uczeniu się samej gry. Taki właśnie jest ten remake. Należy dać mu czas, wczuć się w klimat i pozwolić się pochłonąć dziełu Uedy. Tylko wtedy będziemy w stanie docenić tego typu pozycję. Niema bowiem chyba sensu, stawianie jej w jednym rzędzie z dzisiejszymi hitami pokroju Uncharted, czy Gears of War. To wyjątkowa perełka, która - w dzisiejszych czasach - nie spowoduje u nas uczucia deja vu, jakie może nam towarzyszyć w obcowaniu z najnowszymi hitami. To jej największa wada i zaleta zarazem...


POSTARAJ SIĘ MNIE ZROZUMIEĆ...

W grze ciężko o jakąkolwiek narracje, czy znaczniki pokazujące nam drogę do celu. Wiele elementów musimy poukładać sobie sami. Rozpoczynając przygodę wiemy tylko tyle, że aby przywrócić do życia naszą ukochaną musimy pokonać - tytułowych - szesnastu Kolosów. Nie mając wyboru i jednocześnie będąc w kropce, podejmujemy wyzwanie jakie stawia przed nami fabuła. Naszym wiernym kompanem jest koń - Argo. Znamy go doskonale. W jego siodle przemierzamy cały świat, a za jedyny wyznacznik miejsca docelowego służy nam promień światła, emitowany przez nasz miecz. W chwili obecnej, kiedy udało mi się pokonać dwunastego Kolosa, grając na poziomie trudności "normal" mogę Wam powiedzieć, że mimo iż miałem do czynienia z pierwowzorem - w grze czasami można zabłądzić. Nie jest to problem, gdy w naszym zasięgu wzroku znajdują się promienie słoneczne, ponieważ są one niezbędne do wskazania dalszej drogi, ale kiedy przebywamy w lesie - trzeba nieco poszperać. Sam promień bowiem jedynie nakierowuje nas na orientacyjne miejsce, w którym stoczymy nierówną walkę z przeciwnikiem. Po każdym z pojedynków, polegających na znalezieniu sposobu dostania się na grzbiet Kolosa i namierzeniu jego słabych punktów, obserwujemy jak z naszych oponentów uchodzi życie. Przyznam się szczerze, że tej sytuacji towarzyszy dziwne uczucie. Niejednokrotnie odniosłem wrażenie, że Kolosy - mimo, że potężne i silne - są wobec nas bezbronne. Ta chwila, kiedy pozostaje ostatnie pchnięcie miecza odbierające życie gigantowi, zawsze jest szczególna. Towarzyszy jej jakaś magiczna aura i przekonanie, że nie była to dobra decyzja, a jej wykonanie usprawiedliwiamy koniecznością uratowania naszej ukochanej. To jej życie jest dla nas przecież najważniejsze...


KIEDY STAJESZ SIĘ LEPSZY...

Wyświechtany slogan wzbudzający jedynie śmiech politowania. Też tak myślałem. Kiedy w 2005 roku przechodziłem pierwszy raz grę chyba nie do końca ją zrozumiałem. Był to czas, kiedy w natłoku hitów - wydawanych w ilościach hurtowych - zaliczałem gry jedną po drugiej. Być może dlatego ta aura tajemniczości gdzieś się wtedy ulotniła. Dziś, będąc starszym, dojrzalszym i bardziej świadomym swoich oczekiwań przeżyłem - i nadal przeżywam, bo do końca gry pozostało mi unicestwienie czterech Kolosów - grę na nowo. Chyba w taki sposób, w jaki powinienem to zrobić kilkanaście lat temu. Oczywiście nie stałem się z tego powodu innym człowiekiem, ale ponownie spojrzenie na Shadow of the Colossus pozwoliło mi nieco otworzyć oczy na aktualne trendy panujące na rynku. Rynku, w którym prym wiodą gry oparte o sprawdzone schematy, bojące się chyba wyjść się poza utarty szlak. Ma to swoje plusy - standaryzacja gier sprawia, że są one niemal natychmiastowe i przystępne dla każdego. Zabiera nam to jednak pewną nutkę charakteru i indywidualności, jaką niewątpliwie może się pochwalić opisywany przeze mnie remake. Byłoby fajnie, aby jak najwięcej osób mogło się o tym przekonać...


A CO POZA TYM?

Cień Kolosa to bez dwóch zdań pozycja fantastyczna. Mając jednak na uwadze fakt, że gry wideo to także (a może przede wszystkim) bezstresowa rozrywka, w przewie między pokonywaniem kolejnych gigantów odpalam inny hit - Forze Motorsport 7. Królowa wirtualnych ścigałek pomimo pewnych wad, jak "takie sobie" SI przeciwników, czy uporczywa próba wciskania nam skrzynek z modyfikacjami, daje sporo frajdy. Jest przy tym naprawdę piękna i potrafi wciągnąć. System driveatarów znany z innych odsłon sprawdza się znów kapitalnie, a przystępny i wymagający zarazem model jazdy jest bardzo prosty do przyswojenia. Głównym atutem gry jest jej różnorodność. Możemy się ścigać za kierownicą wszelkiej maści pojazdów - od zwykłych ulicznych kompaktów, przez "turystyczne potwory", a na olbrzymich ciężarówkach kończąc. Każdy znajdzie tutaj coś dla siebie i raczej nie będzie zawiedziony z zakupu. Właśnie ta możliwość wyboru - oprócz modelu jazdy - jest największym atutem ścigałki od Microsoftu. Deweloper dzięki temu dostarczył nam naprawdę solidną dawkę motoryzacyjnej historii, której próżno szukać w innych tytułach.

Jak się gra? Niemal tak jak w każdą poprzednią Forzę. Karierę rozpoczynamy dość standardowo - od wyboru bohatera, który z biegiem czasu pnie się w górę drabinki turniejowej. Zaliczamy kolejne wyścigi, podnosimy swoje umiejętności i poziom dzięki czemu mamy możliwość odblokowywania coraz to różniejszych zawodów i mistrzostw. Tryb dla jednego gracza jest rozsądnie przemyślany i choć w tym temacie za bardzo nie można liczyć na innowacje, to jednak obcowanie z Forzą nie nuży. Gra ma ten - tak zwany - syndrom jeszcze jednego wyścigu. W ten weekend na pewno zaliczę kilka kolejnych mistrzostw i uzupełnię swój garaż o nowe, piękne samochody. Dla osób mający pierwszy raz styczność z dziełem Microsoftu, część siódma będzie spełnieniem motoryzacyjnych marzeń. Ma bowiem wszystko to, czego wymagający gracz powinien oczekiwać od topowych wirtualnych wyścigów, więc jeśli masz w domu Xboxa One, a w Twojej kolekcji nie ma Forzy 7, to nie wiem co jeszcze tutaj robisz. Marsz do sklepu po grę i GAZ DO DECHY!


To tyle. Mam nadzieje, że taka kompaktowa forma bloga Wam się spodoba i będziecie do niego zaglądać z wielką przyjemnością. Dzielenie się tym co aktualnie kręci się w naszych czytnikach to już tradycja i będzie mi niezwykle miło, jesli pomożecie mi ją podtrzymać. Mieć wybór to fajna rzecz.

Do następnego wydania!

Trzymajcie się.

mashi1986

Tagi:

Oceń notkę
+ +41 -

...
Oceń profil
+ +170 -
mashi
Ranking: 37 Poziom: 75
PD: 53468
REPUTACJA: 43374