Czasem coś tam skrobnę na spontanie...

mashi
mashi mashi 04.10.2019, 00:15
Piątkowa GROmada #157: Jesień nie musi być nudna
968V

Piątkowa GROmada #157: Jesień nie musi być nudna

Nieciekawie za oknem. Piździ, pada i wieje, ale to normalne jesienią. Ratunek można uzyskać na wiele sposobów, a wszystkie z nich zaczerpnąłem z PPE. Gotowi na nietypową GROmadę? To jedziem!

Nie jest tajemnicą, że Polacy ogólnie lubią narzekać. Latem jest za gorąco, zimą za zimno, a jesienią czy wiosną panuje ogólnie przyjęta w świadomości - pogodowa choojnia. Odbija się to w nastawieniu człowieka do pracy, szkoły, a nawet życia, bo zwyczajnie nie za wiele nam się chce. Mimo wszystko da się w tej nieciekawej porze roku - która z założenia ma być piękna i złota - znaleźć jakiś pozytyw. Chodzi oczywiście o "kultowe" i znane od początków konsolowych czasopism w Polsce długie jesienne wieczory. Ktoś, kto je wymyślił miał łeb na karku - to idealna pora na relaks. Zaczerpnijmy więc historii portalu z blogosferą na czele i zapytajmy - parafrazując klasyka - w jaki sposób można spędzić weekend, w tym smutnym jak kobiece łono mieście!


Klimat jesiennych wieczorów potrafi dać solidnego kopa i zachęcić do spędzenia czasu przed konsolą, telewizorem, czy z książką w łapie...


Sposób nr 1: W co gracie w weekend?

To kultowe w pewnych kręgach pytanie, jest oczywiste w kontekście spędzania wolnego, jesiennego czasu w domu. To jasne, że gry są w nas mocno zakorzenione i trzeba im poświęcić choć mały wątek, tym bardziej że tegoroczna końcówka roku przedstawia się naprawdę nieźle. Pierwsze mocne uderzenie wystosował Microsoft, wydając na rynek Gears 5, czyli kontynuacje znanej i lubianej przez miłośników rozwałki wszelakiej, serii z Marcusem Fenixem w roli głównej. Tym razem ekipa z Coalition odeszła jednak nieco od konwencji znanej z poprzednich odsłon i zaoferowała coś więcej. Mamy tutaj bowiem do czynienia z przynajmniej dwoma "pierwszymi razami".

Ano tak. Deweloper zamienił zamknięte i korytarzowe lokacje na mieszankę pół otwartego świata z liniowym charakterem rozgrywki, dając nam w pewnym sensie wybór w prowadzeniu fabuły. Możemy zatem "przelecieć" misje główne z punktu A do punktu B, albo przeczesać okolicę w poszukiwaniu zadań pobocznych. Urozmaicenie ciekawe o tyle, że jazda na "łodzi" jest naprawdę przyjemna i pozwala nieco się odprężyć między kolejnymi kill roomami, wypełnionymi po brzegi szarańczom i ścierwem. Druga rzecz, to postać głównego bohatera...tfu - bohaterki. Tym razem nie kierujemy przerośniętym mięśniakiem z głową wielkości orzeszka (proporcjonalnie do ciała), ale "niewinną" Kait, która według mnie, jest niezwykle ciekawą personą z uwagi na jej geny i pochodzenie. Warto wpisać Gears 5 do swojej listy życzeń, choćby po to, żeby poznać jej losy i zobaczyć zakończenie.

Rzecz jasna nie będę się tutaj rozpisywał o mechanice gry, sposobie prowadzenia ognia, czy systemie osłon bo nie widzę potrzeby by to robić. To przecież Gears do jasnej cholery i wszystko jest wiadome od samego początku. Przy tak dobrej i sprawdzonej formule nie ma sensu wymyślać koła na nowo, a z pocałowaniem ręki wziąć to, co zaserwował nam deweloper. Poza tym - jak to zazwyczaj bywa przy hitach takiego kalibru - o grze napisano już wszystko i tylko własne doświadczenie z tytułem pozwoli wydać Wam werdykt, czy The Coalition odrobiło zadanie domowe. Moim zdaniem chłopcy spisali się świetnie. Mocne 8 w skali Richtera. Tak - wiem, że ta skala nie ma górnej granicy...

Nie ma co się zrażać do postaci Kait. To fajnie napisana, choć prosta historia którą warto poznać...


Sposób nr 2: Trochę kultury na weekend.

Kolejny sposób, który znajdziecie na portalu w dziale blogów. Choć ja osobiście - przyznaje się bez bicia - z kulturą jestem na bakier, to od czasu do czasu staram się wrzucić coś na papierowy ruszt i przeczytać jakąś książkę. Niedawno był to "Niezniszczalny", czyli historia Roberta Kubicy. Powiem szczerze, że tematyka Formuły 1, to w naszym kraju nadal dość egzotyczny wątek, aczkolwiek wraz z powrotem na jej tory Krakowianina coś się ruszyło. W sponsoring włączył się Orlen, który... nie no - chwila - miało być o książce...

Czarek Gutowski i Aldona Marciniak odwalili kawał fantastycznej roboty i nie ma w tym krzty przesady. Również jeśli chodzi o sam życiorys Kubicy - to gotowy materiał na scenariusz filmowy - bo przecież jest w nim wszystko, począwszy od dziecięcej pasji, wyrzeczeń, czy rozłąki z rodziną. Nie możemy zapomnieć o wypadku, walce o życie i zdrowie, aż po zwieńczenie tego heroizmu powrotem za kierownice bolidu. I tylko żal, że musiało trafić na Williamsa, który akurat przeżywa swój najgorszy okres w historii istnienia... Dla tych, którzy nie za bardzo są w temacie napomknę tylko, że zespół założony przez Franka Williamsa jest jednym z najbardziej utytułowanych w całej historii F1, lecz aktualnie ich bolidy swoimi osiągami bliższe są ogrodowej taczce, albo tandemowi prowadzonemu przez dwóch pijanych żuli (czy żul już z definicji musi być zrobiony?).

Wracając jeszcze na chwilę do samej treści. Autorzy - zwłaszcza Czarek - mieli ten plus, że doskonale znają Roberta. Można śmiało powiedzieć że są przyjaciółmi, dlatego książka pokazuje historię, taką jaką była naprawdę. Nie ma w niej miejsca na kicz i tanie upiększacze. Jest za to masa cytatów, które warto sobie zapamiętać i tona ciekawostek z różnego okresu życia i kariery RK88, więc jeśli macie doła, albo wydaje się Wam, że na co dzień jest "pod górkę", to biegiem do księgarni, a potem pod koc i brać się za czytanie. Gwarantuje, że po lekturze nieco zmieni się Wasz światopogląd na sprawy powszednie i wrażenie niemocy, które być może czasem Was dopada. Robert w całej swojej karierze dokonywał rzeczy niezwykłych, wręcz niewyobrażalnych. To historia człowieka, który zastawił wszystko co miał, aby realizować swoją pasję. Jego upór i wola walki, a także charakter pozwoliły już za życia stać się legendą. Powiedziałem legendą? Przepraszam - LEGENDĄ!


"Przed wypadkiem, ostatniego dnia testów w Walencji, Robert Kubica uzyskał najlepszy czas..."


Gdyby jednak lektura nie wchodziła za bardzo do głowy, to warto pomyśleć o jakimś filmie, lub serialu. Osobiście trafiłem na małą perełkę na platformie Netflix, dlatego trzymając się zasady, że gust jest jak dupa - i każdy ma swój/swoją - to śmiało mogę Wam polecić francuski straszak odcinkowy - Marianne.

Na szybko - Emma to młoda pisarka powieści grozy, która w dzieciństwie miała straszne koszmary. Rozwiązaniem jej problemów i nieprzespanych nocy stało się zapisywanie snów na kartce papieru. Zrodziła się z tego seria opowiadań - to w dużym skrócie - które zyskały sympatyków dreszczyku na całym świecie. Bla, bla, bla. Podczas podpisywania książek dla fanów, odwiedza ją przyjaciółka z dawnych lat. Dzieciaki - tutaj zapachnie Stranger Things - stanowiły niegdyś paczkę, a najczęstszym miejscem ich spotkań był wrak starej łajby. Kumpela po krótkiej chwili wiesza się w efektowny sposób, ale zdąży jeszcze przekazać Emmie, że ta musi wrócić do rodzinnego miasta Elden, aby zakończyć ten koszmar raz na zawsze. W sieci panują różne opinie o serialu, jednak mi zdecydowanie przypadł on do gustu. Jako ciekawostkę warto zacytować samego Stephena Kinga, który postanowił skomentować Marianne na swoim Twitterze:

Jeśli tak jak ja należycie do grupy popaprańców, którzy uwielbiają się bać, "MARIANNE" (Netflix) odwala w tej dziedzinie kawał dobrej roboty. W serialu są przebłyski humoru, które nadają klimatu "STRANGER THINGS". Tytuł posiada też (mówię to z całą moją skromnością) klimat Stephena Kinga. 

Daj babci buziaczka...


Sposób nr 3: Co chlacie w weekend?

Kolejny kultowy blog, który kiedyś pojawił się na łamach PPE, autorstwa Bieuka! Dobre czasy warte przypomnienia, ponieważ był to czas "wojny", ale i dobrego humoru związanego z byciem częścią społeczności portalu. Adam przywalił wtedy z grubej rury, więc warto ponownie podbić pytanie i dowiedzieć się co takiego wlejemy do gardeł w nadchodzący weekend!

Opcji jest wiele, i sporo zależy od "smaki". Niekiedy chce się po prostu ugasić pragnienie i wystarczy sięgnąć do lodówki po zimny browar. Jasne pełne, pils, pszeniczne, ciemne, Karmi, czy siki a'la Reed's - do wyboru, do koloru, więc każdy znajdzie coś dla siebie. Osobiście lubię piwo, ale wybieram je raczej w cieplejsze dni, czy przy okazji uprawiania naszego narodowego sportu - grillowania. Nie jestem też zbytnio wybredny i nie wymagam od złotego trunku nie wiadomo czego. Ważne, żeby był zimny. Bardzo zimny...

Mocniejsze działa zaczynają się jednak powyżej 40% i tutaj pole do popisu jest ogromne. Bywa i tak, że do wódy trzeba mieć dzień, a jeśli już się decydujemy na wodę ognistą, to warto pić sprawdzone marki. Baczewski drogi, ale to pewna firma i gwarancja "zdrowia" o poranku. Z tych bardziej przystępnych cenowo wódek polecam Wyborową - wróciła na dobre tory i nie powinna nikogo zawieść. Chłopaki od marketingu też odrobili zadanie domowe i fajnie odnajdują się w społecznościówkach. Spójrzcie tylko:

Fotka, która pojawiła się w sieci chwilę po prezentacji najnowszego iPhone 11, to oczywisty pstryczek w nos dla Apple, ale jakby na to nie patrzeć - kawał świetnego poczucia humoru i dobrego smaku. Tak można żartować. Poza Wyborową szukajcie na półkach Bociana, Ogińskiego, Finlandii (spadek formy, ale wciąż niezła), czy białej Żubrówki. Omijajcie kultowe niegdyś Bolsy i Absolwenty. Proszek z wodą i sama chemia... Rzyga macie jak w banku.

Gdybyście mieli jednak nieco zapału, a pod ręką miód, lód, sok z cytryny, ćwiartkę wódki i kumpla, który właśnie wcisnął Wam kawał plastiku za kilka kafli o nazwie Thermomix, to możecie zrobić sobie "Kolana pszczoły". Nie mam pojęcia kto wymyślił tego drinka i jego nazwę, ani nawet czy pszczoły mają kolana, ale typ ma mój dozgonny szacunek. Dwie szklaneczki zapewniają wyborny humor i pozwalają nawiązywać bliższe kontakty - cokolwiek to znaczy. BTW - zamiast wspomnianej wcześniej maszyny można użyć zwykłego blendera - trunek będzie równie dobry.

Fotka zaciągnięta z Instagrama fanów kolan pszczoły. Jak widać - możne je podawać także w formie shotów.


Pamiętajcie tylko o najważniejszym - w gardło walimy zawsze z rozwagą i kiedy tylko zapali nam się czerwona lampka ostrzegawcza, to lepiej odwróćmy kielona do góry dnem...przynajmniej na kilka kolejek. W międzyczasie warto coś zakąsić i zaczerpnąć świeżego powietrza, żeby nabrać sił. Noc jest młoda i pozwoli nam się sobą nacieszyć. Nie warto być sprinterem i udowadniać innym, że "ja nie wypije? ja nie wypyyyjeeee?!", tylko przyjąć taktykę długodystansowca i odejść od stolika na własnych nogach. Pić, trzeba umić. Wiem, wiem - łatwo się mówi...

Zdrowie!

Sposób nr 4: Piątkowa GROmada.

Nie wiem jaka była geneza nazwy cyklu, ale mniemam że chodziło o coś związanego z "grą". Dawno temu Daaku podjął rękawice i z pomocą REALa, jakoś rozkręcił ten cykl. Blog przechodzi z rąk do rąk już kilka lat i na stałe wpisał się w ramy PPE. Piątkowa tradycja pojawia się na portalu co tydzień, raz w lepszej, a raz - jak dziś - w nieco gorszej formie. I być może jest to plagiat i powtórka z rozrywki. Być może nikt tego nie czyta, tylko pisze komentarz. Być może nikt nie docenia wkładu autora, lub gościa w próbę dostarczenia czytelnikowi czegoś wartościowego. Czegoś, co być może kogoś zainteresuje i spowoduje chęć napisania sensownego komentarza. Nie widzę w tym wszystkim niczego złego. Jak już wspomniałem na początku wpisu - lubimy narzekać i to chyba nasz drugi sport narodowy (gdzie w tym wszystkim jest przereklamowana piłka nożna i żużel?!).

Pomijając już te wszystkie bzdury o spadku formy, klimacie PPE który gdzieś tam się podobno rozmył, wypaleniu części starej brygady i napływie trolli, najlepiej będzie jak chwycimy pada do ręki i zwyczajnie w coś pykniemy. Zieloni, Niebiescy, Czerwoni? Jeden pies - na każdej konsolce tej jesieni będzie w co grać. Zawsze można też liznąć nieco hipsterki i odpalić coś starszego w stylu retro. Po cholerę się przejmować i tracić nerwy na coś, z czym i tak nie wygramy...

Dobra - koniec tych bredni. Dlaczego zdecydowałem się napisać GROmadę, mimo że jeszcze niedawno wydawało mi się, że gry mi się nieco znudziły? Powód jest prosty i tak kwadratowy jak koło w aucie Freda Flintstona - po prostu dawno nie pojawił się blog opublikowany punktualnie o godzinie 00:06 (spoźniłem się kilka minut :( ). Taki tam spontan...

Trzymajcie się, cześć!

 

 

Tagi:

Oceń notkę
+ +47 -

...
Oceń profil
+ +168 -
mashi
Ranking: 33 Poziom: 74
PD: 51723
REPUTACJA: 43413