Czasem coś tam skrobnę na spontanie...

mashi
msh msh 03.07.2019, 10:28
Nie znacie się na grach...
688V

Nie znacie się na grach...

"Tak, tak - możesz sobie gadać. Ja i tak wiem, że nie masz pojęcia o grach..."

Słowa wstępu to rzecz jasna nieautoryzowany „fragment” rozmowy dwóch osób, które mają odmienne poglądy na temat jakiejś gry. Często przecież sami sprzeczamy się z innymi o to, że akurat ta dana pozycja jest wyjątkowa, podczas gdy wielu może uważać zupełnie inaczej. Kwestia gustu, klimatu, a nawet dyspozycji dnia może sprawić, że coś nam siądzie i się spodoba, lub nie. Zastanówmy się więc, czy „znać się na grach” ma wydźwięk makro i dotyczy skali całej branży (w dużym skrócie), czy raczej strefy mikro i może być rozpatrywane, jako znajomość danego gatunku, czy nawet okresu jednej generacji konsol.

Gdyby ktoś zapytał się mnie czy znam się na grach, odpowiedziałbym dość wymijająco – że nie bardzo – i to pomimo tego, że z branżą gier wideo mam styczność gdzieś od roku 1990 i Commodore 64. Nie mam pojęcia ile gier - przez te niemal trzydzieści lat - udało mi się zaliczyć. W głowie mi się nie mieści ile – świadomie, lub nie – pominąłem hitów, a ile crapów ukończyłem. Nie pamiętam kombinacji ciosów z Tekkena, choć na osiedlu lałem kumpli Kingiem aż miło. Już dawno wypadły mi z głowy wszystkie skróty umieszczone na trasach, którymi odstawiałem znajomych na splicie w Crash Team Racing na PSX’e. Gdybym zasiadł do ponownego przejścia pierwszej części Silent Hill, raczej nie wcisnąłbym w odpowiedniej kolejności klawiszy na pianinie, ani nie pamiętał co należy robić, żeby uzyskać dane zakończenie. To tylko kilka z brzegu przykładów i sytuacji, z którymi obeznany w temacie gracz powinien sobie – przynajmniej teoretycznie - bez problemu poradzić i nie być posądzonym o brak wiedzy. No właśnie – TEORETYCZNIE.

W trakcie „sprzeczek”, często bywa tak, że polemizują ze sobą osoby z dwóch przeciwległych biegunów. Jedna zna grę/gatunek od podszewki i wie o czym mówi (w teorii). Z drugiej zaś mamy (zazwyczaj) „świeżaka”, chłonącego jak gąbka, który chce się wykazać. To normalne, że będzie dym i rzucanie mięsem w stylu: „ch*ja się znasz”. Jasne – są sytuacje, gdzie dyskusje prowadzą dwie strony na tym samym poziomie. Wtedy zazwyczaj spór dotyczy samej interpretacji i osobistych doświadczeń z danym tytułem, więc o porozumienie również może być trudno. Jeżeli nadal nie macie pojęcia o czym piszę (bo sam czasami się nad tym zastanawiam :P), sprawę dość dobrze może obrazować nie tak dawny przykład – The Last of Us z PlayStation 3 wraz z późniejszym remasterem na żyletę. Oceniany niebotycznie wysoko przez redakcje na całym świecie, „hit” od Niegrzecznych Psiaków wzbudzał przecież kontrowersje wśród graczy. Nie brakowało opinii – także od doświadczonych z grami ludźmi – że to tak naprawdę „symulator” przesuwania palet/drabiny/skrzyni itp. i nie ma w tym nic nadzwyczajnego. Po drugiej stronie ringu stali Ci, którzy uważali – i nadal uważają – przygody Joela i Ellie za coś najlepszego, co mogło ich spotkać w trakcie całego growego życia. Nie mnie oceniać, choć ja sam byłem oczarowany tytułem. Przynajmniej zaraz po jego ukończeniu. Później przyszedł czas na refleksje i nieco chłodniejsze spojrzenie na całość. Zapewne - według obu stron - ani jedni, ani drudzy nie mieli pojęcia o czym mówią. Nie "znali się na grach".

Celowo pomijam osoby utożsamiające się z "danym obozem" firmowym, ponieważ ich dyskusje nigdy nie mają sensu - do szczęścia przecież wystarczy im Halo, Forza i Gyrosy - czyli gry dobre, ale od kilku lat zjadające własny ogon (i obniżające loty). Owszem - są gracze, którzy potrafią docenić gry dostępne jedynie na sprzęt konkurencji, ale jest to naprawdę niewielki odsetek całej tej grupy społecznej. Przykłady możemy mnożyć - także tutaj na portalu. Zostawmy je jednak na boku i skupmy się na tym, jak w takiej sytuacji dojść do jako takiego porozumienia.

Gdzieś tam w świecie internetowych dyskusji i wojen słownych panuje przekonanie, że największą wiedzę i pojęcie o grach mają retro maniacy. Wychowani na 8 bitach, często świadomie unikający aktualnie panujących na rynku konsol, trwają przy swoich poglądach. Argumenty są różne, ale najczęściej opierają się na kultowym "kiedyś było lepiej". Wielkie znaczenie ma w tym wszystkim oczywiście fakt, że każdy z nas jest nieco sentymentalny i miło wspomina okres dorastania, dzieciństwa i beztroskiej zabawy. Zazwyczaj - mimo, że Polska nie była jakimś centrum wirtualnej rozrywki w Europie - w pamięci przewija się jakiś komputer, konsola, czy gra do której mamy olbrzymią słabość. Już samo przywołanie tych wspomnień powoduje radość, a jeżeli dołożymy do tego fakt, że po wielu latach, nadal świetnie bawimy się przed ekranem telewizora, to ten współczynnik można mnożyć w nieskończoność. To jak smak oranżady we woreczku, za którym tęsknimy, czy soczystych czereśni zawiniętych o północy z drzewa sąsiada podczas spania pod namiotem na podwórku u kumpla.

Być może wiecie, lub domyślacie się co mam na myśli. Tutaj każdy ma własny punkt odniesienia i według niego podejmuje się oceny, już nawet nie gry, konsoli, a po prostu danej osoby i poziomu jej wiedzy (choć uczciwie trzeba przyznać, że nie zawsze tak jest). Ta nie zawsze będzie obiektywna. Każdy argument jest przecież trafny, jeżeli pasuje właśnie nam. No bo jak można zweryfikować czyjąś wiedzę i znajomość branży, skoro sami nie jesteśmy omnibusami w jakiejś dziedzinie? Czy Hiv - przyznając kontrowersyjną notę dla MGS 2 - znał się na swojej robocie? Czy retro maniak i fan 2D stwierdzający, że Uncharted 4 jest mocno średni, bredzi i wie w ogóle o czym mówi? BA - czy ślepo zapatrzony w Xboxa gracz, może podjąć się próby ocenienia Gran Turismo, kiedy nawet w nie nie zagrał (i odwrotnie)? Czym zatem - do jasnej cholery - jest ta wiedza o grach? Znanie się na nich? Pojecie...

Jakiś czas temu na Discordzie gadałem chwilę z Muminkiem. Facet ma pojęcie jako takie, jednak w pewnych dziedzinach i gatunkach jest po prostu mocniejszy. Miłośnik cyberpunku, który pokłada spore nadzieje w nadchodzącym hicie od chłopaków z CDP RED. Wiem o tym doskonale, a jako że znamy się od jakiegoś czasu, to zwyczajnie lubię się z nim podroczyć i rzucić jakieś hasło pod adresem gry. "Indyk 6/10" i tym podobne - wiecie - jaja. Po chwili Mumin dość słusznie zauważył, że dyskusja - która zeszła na tematy ogólnie okołogrowe - nie ma sensu, bo ja w tym momencie i tak już nie gram. Jak więc mogę mieć pojęcie o tym co pisze. I chyba w tej chwili można spróbować znaleźć sedno tego zagadnienia.

Są bowiem osoby takie jak ja - stare z założenia konie, które kawał historii mają za sobą, ale aktualnie "nie ogarniają". Z różnych względów. Można więc powiedzieć, że na grach - w tej chwili - znamy się dość kiepsko. Działa to podobnie, jak w przypadku motoryzacji, kiedy na bieżąco nie śledzimy technologii montowanej w autach. Brakuje wiedzy, choć oczywiście coś tam świta. Są też tacy, którzy wchodzą w ten świat. Dopiero zapoznają się z historią PSXa, PS2, czy nawet starszych sprzętów, ale też nie gardzą nowościami. Mimo, że w przeszłości nie mieli do czynienia za wiele z grami, dziś stoją znacznie wyżej w kwestii wiedzy i znajomości rynku - to normalne. Nie jestem jednak pewien, która opcja jest lepsza. Bycie graczem, który kiedyś to wszystko jednak przeżywał na bieżąco i płynnie przechodził z generacji na generację, ale obecnie niewiele z tego może wynikać, czy grającym we wszystko gościem, który robi to ze świadomością że musi to szybko ukończyć, bo wiele gier czeka jeszcze w odwodzie...

Nie mnie oczywiście ocieniać, kto w tym wszystkim może mieć racje. Gdzie jest ten złoty środek pozwalający ludziom się dogadać. Pogodzić fana staroszkolnych jRPG, z miłośnikiem systemu action RPG. Ludzi, którzy gardzą nową wizją Nintendo w przygodach Linka, bo zwyczajnie przyzwyczaili się do mechaniki obecnej od lat w Zeldach (choć ta też w pewnym stopniu stale ewoluowała), z tymi którzy mają BoTW za arcydzieło. Komu przyznać rację? Temu, kto uważa że oryginalna trylogia Tomb Raidera jest lepsza od tej wydanej obecnie, ponieważ zmusza gracza do wysilenia szarych komórek, czy komuś kto lubi lekką i przyjemną rozgrywkę i wystarcza mu tylko czerpanie satysfakcji z opowiadania historii. Czy bardziej wartościowym graczem będzie ta osoba, która zna historię konsol, jej akcesoriów i gier z lat 90'tych, czy zwolennik aktualnej generacji? Zrozumienie punktu widzenia drugiej osoby - choć ciężkie - jest w tym wszystkim kluczem do sukcesu. Czasami nawet kosztem ugryzienia się w język (a z tym jest problem).

To jasne, że ten tekst nie rozwiąże niczego i nie wyjaśni zaplątania obecnego od lat na tym polu. To po prostu kilka garści grochu, którym można bezustannie rzucać o ścianę, a i tak nic z tego nie wyniknie. Czy pisanie było zatem podparte wiedzą? Jakby to powiedział znany z memów Nosacz: "taką nie za dużą..."

Pzdr

 

Tagi:

Oceń notkę
+ +14 -

...
Oceń profil
+ +165 -
msh
Ranking: 36 Poziom: 73
PD: 50075
REPUTACJA: 42736