Czasem coś tam skrobnę na spontanie...

mashi

mashi mashi 28.12.2018, 00:39
Piątkowa GROmada #117: Dawna magia konsolowych świąt
1045V

Piątkowa GROmada #117: Dawna magia konsolowych świąt

Czwartek, godzina 21:14. Zasiadam do pisania tego cyklicznego bloga, mając w głowie tylko tytuł i kompletną pustkę. Drapie się po czole, bo wiem że to chyba nie był dobry pomysł. Obieram leżącą na biurku mandarynkę - jedną z niewielu rzeczy, które ostały się w kuchni po świętach. Nawet smaczna. Zaraz, zaraz - co ja wcześniej napisałem? "Świętach"? Hm...

Wpis raczej odbiegnie od tego, do czego przyzwyczaili Was inni autorzy GROmady. Przygrywająca w tle muzyka nastraja mnie bardziej na wspominki i zachęca do cofnięcia się w czasie, kiedy to świąteczny okres był wymarzonym i wyczekiwanym momentem na granie. Przyciemnione światło, lampki na choince odbijające się w ekranie kineskopowego telewizora, zgiełk i chaos wśród reszty domowników słyszany za zamkniętymi drzwiami i ja - sam w pokoju - odizolowany od świata, szkoły i nauki. Pamiętam doskonale te chwile - w pewnym sensie euforię - kiedy uruchamiałem konsolę i przenosiłem się w inny, wirtualny wymiar. Założę się, że część z Was doskonale wie o czym mówię. Powspominajmy więc i pomieszajmy czasy przeszłe ze współczesnymi, a może coś z tego wyjdzie i ten piątek nie będzie stracony.

Plan był już nakreślony od dawna - szkolna wigilia, szybka wymiana prezentów, dzielenie się opłatkiem i jeden z niewielu momentów w roku, gdzie można było "legalnie" wycałować najładniejsze dziewczyny z klasy. Urywamy się jak najszybciej, po drodze zahaczając o "Fiuta", czyli mały sklep spożywczy, znajdujący się nieopodal budy w którym można było kupić piwo bez papierów. Babka zna nas doskonale - z tak zwanych długich przerw - i wie, że wąs który dwa dni temu rzucił się Rudemu pod nosem wcale nie oznacza ukończenia osiemnastu lat. Właśnie, Rudy - poznajcie go - to mój najlepszy kumpel, maniak pierwszego PlayStation, który w Kenie Kutaragim widział Boga. Nieco wcześniej poinformował rodziców o tym, że do domu wróci ostatnim autobusem i obiad zje u mnie. Przed szkołą średnią nie znaliśmy się wcale, jednak wspólna pasja do gier i fascynacja tym hobby sprawiła, że bardzo szybko zaczęliśmy nadawać na tych samych falach.

Sprzętem do grania się dzieliliśmy. Nie było znaczenia, czy w zestawie z konsolą był najnowszy hit wypalony na penerskim Verbatimie, czy jakiś średniak na poharatanym "noł nejmie". Czasy były tak fajne, że człowiek nawet nie zwracał na to uwagi, bo wiedział, że cokolwiek dostanie, to i tak będzie się dobrze bawił. Zresztą już sam "before" przed grą był czymś niesamowitym. Biegnąc po tej - wspomnianej wyżej - klasowej wigilii do mojego domu dogadywaliśmy sobie, wyśmiewaliśmy wpadki meczowe w ISS, czy po prostu wymyślaliśmy akcje, jakie za chwilę spotkają nas na ekranie telewizora. Droga, która normalnie zajmowała mi jakieś 25 minut, została pokonana w niecałe 10. Po jednym w "piwni", a resztę chowaj do plecaka - powiedziałem jeszcze przed blokiem do przyjaciela - i ruszyliśmy na górę. Pierwszy Xbox z dwoma padami i HALO: Combat Evolved w napędzie już na nas czekał. Ja pierd%le - przejdziemy dziś całą grę - jarał się Rudy zajadając pyrki z gzikiem. Wtedy, to nawet obiad smakował jakoś inaczej. Takie to były czasy...

Od tych chwil minęło jakieś piętnaście lat. Niby niewiele, prawda? Czas jednak jest czymś niezwykłym. To on nakreśla nasze priorytety, nakazuje zwolnić, lub przyspieszyć - całkowicie zmienia postrzeganie świata, ponieważ pozornie to samo zdarzenie widziane oczami dziecka i dorosłego może zostać odebrane zupełnie inaczej. Znów mam nakreślony plan. Mała wigilia w pracy, dzielnie się opłatkiem z kadrą, wręczanie drobnych upominków i legalne całowanie z "obcymi" (i ładnymi) paniami. Cholera - jakbym to robił wczoraj! Po drodze do domu robię jeszcze zakupy. Nic wielkiego - na te świąteczne wybiorę się później z żoną i dziećmi. Oprócz podstawowych rzeczy biorę też butelkę dobrej szkockiej whisky, a mój zarost pozwala sugerować sprzedawcy, że już od dawna noszę dowód w portfelu. Obrazek u góry nie znalazł się tu przypadkowo. Idealnie wszak odzwierciedla to, co widzimy w tym czasie w galeriach handlowych. Armagedon, spustoszenie i zagubienie jednocześnie - nagle wszyscy postanowili wybrać się do sklepu. Jeden wielki bajzel...

W domu czeka na mnie dowolny sprzęt do grania. Gier "na dwóch" niestety już nie ma - przynajmniej tych kanapowych. Umawiam się więc z kumplem na sesję online - gdzieś tak pod wieczór. Muszę tylko ubrać choinkę, przystroić dom, posprzątać po tym wszystkim, coś zjeść - mimo, że pora obiadowa już dawno minęła - wykąpać się, "pomieszkać" nieco we własnych czterech kątach. Robi się późno i z planów raczej nic nie wyjdzie. Trudno - nie dziś, to jutro. A może po jutrze? A może po świętach? Sam nie wiem. Spoglądam jeszcze na Facebooka i zauważam zdjęcie, które przed paroma chwilami opublikował Rudy na swojej osi czasu. Widzę na nim, jak robi dokładnie to co ja. Uśmiecham się bo wiem, że czas obszedł się z nami "po równo" i nie jestem sam. Teraz inni się cieszą, siedząc gdzieś zamknięci w swoim pokoju i odpalają konsolę, z nadzieją na przeżycie czegoś wyjątkowego. A my? My jesteśmy właśnie tym zgiełkiem i chaosem panującym za drzwiami, od którego dawniej próbowaliśmy się oderwać i odizolować. Siadam więc na kanapie i napawam się klimatem świąt. W ekranie telewizora widzę odbicia choinkowych lampek. Nie są one tak kolorowe jak kiedyś, ale też życie nabrało nieco innych barw. Nalewam zatem sobie szklankę - dwa centymetry na lodzie - i zwyczajnie siedzę, delektując się chwilą. Bez gier...

Wiecie, zastanawiam się, czy aby ten kontrast między tym co było kiedyś - z założenia lepszym - a tym co mamy teraz - z zasady nijakim - nie jest tylko rozpaczliwą próbą naszej ucieczki od myśli, że nasz czas z graniem kiedyś się skończy. Doskonale wiemy, że taki moment przecież nadejdzie, aczkolwiek - jako gracze - staramy się takiej wizji przyszłości do siebie nie dopuszczać. Naszymi komentarzami, wypowiedziami i ogólnym narzekaniem na czasy teraźniejsze, piszemy sobie jakby usprawiedliwienie tego, że kiedyś rzucimy to wszystko w jasną cholerę - gry, portal, wirtualne znajomości (Boże, jak to brzmi!) - i zostaniemy tylko z własnymi wspomnieniami. Pomyślmy, zatrzymajmy się na chwilę i zastanówmy jak to jest - tak szczerze. Czyż nie ma w nas nieco przesady?

Narzekamy na branże, na nowe gry, a nawet na to że jakaś pozycja odniosła spory sukces - jak np. Fortnite, czy PUBG - mimo, że nigdy nie zamierzaliśmy w nią nawet zagrać. Jesteśmy przekonani, że wszystko to, co dla nas jest złe, stanowi zagrożenie dla całego rynku. Fora internetowe, komunikatory, opcje komentowania artykułów - to wszystko temu sprzyja. Narzędzia, które wymyślił człowiek i które miały nas scalić i jeszcze bardziej zjednoczyć jako pasjonatów gier, stały się bronią w walce między nami - "graczami". Nikt za nas nie "strzela", nikt za nas nie podkłada nogi drugiemu, tylko dlatego, że ten ma inną konsolę. Nie lepszą, ani nie gorszą - złą, nie taką jak my.

Cofam się więc jeszcze raz do roku 2002. Razem z Rudym biegniemy do domu. W plecaku - od telepania - gazują się cztery tanie i pewnie ciepłe piwa, które sprawią że za chwilę wszystko będziemy mieli gdzieś. On - maniak PlayStation i czciciel ojca tej konsoli, zasuwa ile sił w nogach, żeby na split screenie pograć ze mną w pierwsze Halo na Xboxie. Jest tak zajebiście, że nawet nikt nie przejmuje się tym ostatnim autobusem, którym Rudy miał wrócić do domu. Odjechał kilka godzin temu zostawiając nas na planecie w kształcie pierścienia, a kierowca - odjeżdżając - rzucił jeszcze przez okno:

"bawcie się dobrze cholerni smarkacze".

#takbyło

mashi

 

Tagi:

Oceń notkę
+ +60 -

...
Oceń profil
+ +168 -
mashi
Ranking: 42 Poziom: 77
PD: 57679
REPUTACJA: 43381