SKLEP

Blog użytkownika BlondSpaceBoro

naima2
BlondSpaceBoro BlondSpaceBoro 06.08.2017, 00:02
Pojechał na Woodstock a tam -> Jezus
268V

Pojechał na Woodstock a tam -> Jezus

To mój drugi Woodstock w życiu i tak trochę niechętnie bo, bród, smród, miłość po nocach nie dająca spać ale po tegorocznym chyba będę zagryzał zęby i jeździł tam cyklicznie.

Pamiętając zeszłoroczny Mordor Jurka Owsiaka oraz traktowanie nas przez Przewozy Regionalne jak bydło tudzież drób, baaardzo mi się nie chciało jechać w tym roku. No ale czego się nie robi dla kumpli. No niestety wyszło tak, że kupiłem bilety na pociąg  cyfrowo i na nazwisko ale nie będąc zalogowanym (gamoń), nie mogłem ich zwrócić kiedy na 3 dni przed wyjazdem kumpel ogłosił, że stary pożyczy mu auto. Oni se tam pojechali jak szlachta a Ja dokładnie jak kiedyś w wagonach towarowych Żydzi do Birkenau. Człowiek prawie stał na człowieku, nie było nawet jak nogi przestawić a mimo to ludzie łazili po sobie jak mrówki bo co chwilę którejś lub któremuś chciało się do toalety. Nie było jak się przedostać z jednego wagonu do drugiego i kto był większych gabarytów dochodził do łączenia wagonów robiąc jeszcze większe skupisko spoconych ciał. A sikać i tak musiał. Nawet groził jeden z drugim, że jak nie przepuścimy, to będzie sikał na ludzi. No to dochodziło do takich akcji, że niektórzy oddawali mocz przez nieco uchylone drzwi, które inni przetrzymywali. Kwestia zaufania była tu ogromna :D

 

Droga w tam i nazad jest ciężką pokutą. W tamtym roku wyjeżdżałem w ostatni dzień kiedy już nic się nie działo na scenach, czyli razem z 80% ludzi. I to co przeżyłem zasługuje na oddzielny blog. W wielkim skrócie powiem tylko, że bilet miałem na godzinę 10:11 a pojechałem dopiero czwartym lub piątym pociągiem do Poznania o godzinie 16:40. Nie było jak sie dopchać do pociągu, bo ludzie byli uwięzieni w klinie który tworzyła bramka do sprawdzania biletów przed wejściem na peron. Temu geniuszowi od organizacji wyjazdu postawił bym flaszkę a kiedy by stracił przytomność, to zrobiłbym mu taką kocówę, która nie zeszła by mu przez miesiąc. 

 

Ale wracając do tegorocznej edycji. Wiadomo, że każdy lubi chwalić się potem na fejsiku lub innych portalach społecznościowych jak ten (posypuje głowę popiołem) zdjęciami takimi jak to, gdzie autor z grupką przyjaciół świetnie się bawi.

 

I tak po części było. Można nawet w połowie pisać w superlatywach, ale każda moneta ma dwie strony a Woodstockowa to głównie gigantyczne kolejki do Toi Toi, gigantyczne kolejki do sklepów, gigantyczne kolejki do kranów i pryszniców. To wszystko powoduje, że ludzie wypróżniali się najpierw na same budki Toi Toi i do przyległego lasu a potem już bezpośrednio stawiali kloca przed samymi Toiami. Tak, że bez kaloszy (które potem trzeba było wyrzucić) nie miałeś nawet po co tam iść. Oszczędziłem zdjęć i sobie i wam.

Inną stroną Wooda, której nie znoszę jest politykowanie i nakręcanie młodych ludzi przeciwko partii rządzącej oraz prezydentowi. W tamtym roku Jurek nauczył wszystkich krzyczeć "Jebać PiS" oraz "Andrzej Dupa", a w tym roku zaprosił tzw "Obywateli PRL" czy delegację Platformy Obywatelskiej. Nabijał się również z Krystyny Pawłowicz i zachęcał ją do uprawiania więcej seksu. Także jak ktoś pieprzy, że Woodstock jest A-polityczny, to wiedz że pieprzy.

 

 

Tak, to jest Mordor, ale ludzie są w stanie to wszystko wytrzymać, nawet kąpiel nago wśród setek nieznajomych ludzi, bo przyjeżdżają tam na koncerty swoich ulubionych artystów. Ja poza Odziałem Zamkniętym i Hey pojechałem głównie dla znajomych.

ALE ZDRADZIŁEM ICH :(

DLA JEZUSA :)

Moi znajomi są bardzo liberalni i stronią od wiary oraz kościoła, a jeden z nich wręcz kościoła nienawidzi. Dlatego wymykałem się od nich ukradkiem do "Namiotu Pana" o nazwie "Przystanek Jezus", gdzie był cień, czystość, spokój, brak polityki i duuuuuużo pozytywnych emocji. Nigdy nie miałem problemu z kościołem, a wręcz przeciwnie, sam kościół mi w życiu pomagał zarówno duchowo jak i materialnie. Fundacja Caritas spłaciła w całości dług w spółdzielni mieszkaniowej oraz pokryła rachunki za prąd, które przed śmiercią zostawił mi w spadku ojciec. Stawką było odzyskanie po nim mieszkania, które już miało być przypisane komuś innemu. To właśnie kościół wyciągnął wtedy do mnie rękę. 

Ale mimo wszystko byłem w życiu kiepskim Chrześcijaninem, bo nie chodziłem do kościoła ani nie modliłem się od przeszło 25 lat. Tzn odprawiałem jakieś tam rytuały kiedy znajomi się hajtali, lub kiedy zostałem wybrany na Ojca Chrzestnego. Tylko to było takie trochę puste odklepywanie formalności a nie prawdziwa modlitwa. Ale od jakiegoś czasu, już tak od 2 lat czułem jakby we mnie toczyła się jakaś bitwa. "Bitwa o mnie". O to jak mam myśleć, jak postępować i jak rozmawiać w dzisiejszych czasach. Chyba nawet rozmawiałem o tym z Alexy78 na zlocie w Warszawie. Nazywałem to "bitwą o moją duszę" jakiej ostatnio doznaję. O ile z Alexym rozmowa szła ku światłu, tu w Poznaniu kiedy mówiłem o tym kumplowi, to tak na prawdę chyba nawet nie chciał tego słuchać i skwitował tylko bym nie szedł tą drogą i po prostu pił :D

To był mój prywatny problem, bo moje serducho jest cholernie poranione przez życie. 

W środę (pierwszego dnia) kiedy byliśmy już dobrze wcięci, przechodziliśmy obok tego namiotu i poczułem wewnętrzną chęć porozmawiania z księdzem. Było ich tam mnóstwo, sami młodzi klerycy, którzy wychodzili do nas z uśmiechami, pozdrawiali i życzyli wszystkiego dobrego. Podszedłem do jednego z nich i zadałem mu pytanie, w jaki sposób objawia się duch święty? No i zaczęła się moja przygoda z Przystankiem Jezus. Ksiądz Mateusz i jego młody kolega Maciej zaczęli ze mną rozmawiać. Tak po prostu, szczerze, bez masek, z czystym sercem, bez oceniania. To się czuło. Po kilku lub kilkunastu minutach dostałem smsa od kumpli, że siedzą już w bazie gdybym ich szukał. Spojrzałem na zegarek a tam minęło już 30 minut. Ale to był dopiero początek.

Ci młodzi klerycy prowadzili ze mną tak wspaniały, otwarty i pełen współczucia dialog, że aż nie potrafiłem przestać się otwierać. Pierwszy raz wżyciu powiedziałem komuś o swoich mrocznych sekretach, które mnie trapią od dłuższego czasu. O tym, że coraz ciężej mi się odnaleźć w dzisiejszym świecie, że nie pasuje już do dzisiejszych standardów dyskusji i  przykleja mi się różne łatki, które maja mi dopiec oraz zmienić sposób myślenia. O pewnych rzeczach mówiłem przez łzy i dostawałem prawdziwe pocieszenie w słowie i mądrości. Absolutnie niesamowici ludzie. Tacy psychiatrzy serc. Minęły chyba ze 3 godziny rozmowy, aż ks. Mateusz wręcz poprosił mnie czy może się za mnie pomodlić. Przy mnie. Chwycił mnie za ramię spuścił głowę i zaczął taką modlitwę, że się poryczałem (kolejny raz). Żadnych formułek. Czysty flow, totalnie odnoszący się do tych słów, które na niego wyrzygałem przez ostatnie 3 godziny. Nie mógł tego przygotować, to po prostu płynęło od niego, gdzie podmiotem jego rozmowy z Bogiem byłem Ja. 

Chłopaki zapytali mnie również jaki mam problem z kościołem? Dlaczego do niego nie chodzę? I kazali mi być brutalnie szczerzy, choćby miało ich to zaboleć do końcówki palców. Ponieważ są młodzi i chcą budować kościół taki jakiego ludzie pragnął. Powiedziałem, że msza jest zwyczajnie nudna i pusta. Odprawiane są formułki, które nie przynoszą żadnych efektów. Człowiek jak czuł się podle, tak nadal po wyjściu ze świątyni nie odczuwa zmian. I że czasem się czuje, iż księża też chyba są tym znudzeni i robią to tylko dla tacy. Mateusz i Maciej uśmiechnęli się tylko, bardzo podziękowali za krytykę i zaprosili mnie na poranną mszę następnego dnia. Powiedzieli przyjdź, postaramy się sprostać twoim oczekiwaniom. 

Ks. Mateusz to ten który biegnie w 1:34 sek z jakimiś pudełkami. Rozmawiałem z nim jeszcze w kolejnych dniach i bardzo chciałbym mieć takiego brata, albo przyjaciela.

 

Posłuchałem. I słuchajcie, to była msza o jakiej zawsze marzyłem. Pełna muzyki, gdzie parafianie (jeśli można ich tak nazwać) brali czynny udział w tym sakramencie. Bo prócz kazania księdza, które było pełne młodzieńczego humoru, podanego w ciekawy sposób i docierające nawet do mnie, brali w niej czynny udział ludzie którzy w niej uczestniczyli. Podchodzili kolejno do mikrofonu i składali prośby by wznieść prośbę do Pana to za taką osobę, to za takie marzenie, to za taka potrzebę. I wszystko odbywało się przy muzyce granej na żywo, raz tylko delikatnie w tle, by po chwili przesłania zamienić się w pieśń pochwalną, która wszystkich zrywała z miejsc.

No tak mi się tam spodobało, że zamiast siedzieć z piwkiem przy innych scenach (co się oczywiście zdarzało) większość czasu spędzałem pod namiotem tej misji ewangelizacyjnej. I to nie było tylko słodkie pierdzenie jaki to Jezus jest wspaniały i tylko wszechmocne katolickie Kumbaya. A gdzie tam. Tam oprócz chwalebnych śpiewów do których jeszcze wrócę, toczyły się merytoryczne bitwy z duchownym. Codziennie była godzina pt "Zagnij Księdza", gdzie ludzie mieli zadawać pytania odnośnie wiary lub kościoła, choćby nie wiem jak było niewygodne. Mój kumpel mógłby w końcu się dowiedzieć i zmienić nieco nastawienie, kiedy by się dowiedział skąd księża mają kasę. A pytaniami nie szczędzili i zaginali tak, że nieraz po prostu kleryk odpowiadał szczerze "nie wiem" :) Pamiętam jedną ostrą wymianę argumentów, która zaczęła się od naturalnych i sztucznych środków antykoncepcyjnych a skończyła na invitro. Nie będę przytaczał całej dyskusji, ale duchowny merytoryką i nauką kościoła wręcz zmasakrował głodnych igrzysk ludzi. Oczywiście wszystko w mega pozytywnej atmosferze. To był mój ulubiony cykl dnia. Zaraz po takiej burzy emocji zapowiedziano koncert jakiegoś Chrześcijańskiego Rapera. To w tym czasie poszedłem sobie na siku i wypełnić brzuch browarem, ale kiedy wróciłem, to trochę żałowałem, że wyszedłem. Bo tam impreza jak na małej scenie.

Tau - bo taki nick ma raper, po każdej piosence wywalał nam swoje patole, z których się wyleczył odkąd wrócił do Jezusa i kościoła, ale robił to w tak intensywny i nieco fanatyczny sposób, że nie sposób było od niego oderwać uwagi. Koleś jedzie po sobie, potem przyrównuje się do tych co skaczą przy dużej scenie do Heavy Metalu, mówi

że on to zna, wie dlaczego tam są, oni pragnął miłości, nie bez powodu noszą te tabliczki z napisem Free Hugs i zbijają piątki. Pragną wspólnoty. To wszystko wspaniali ludzie, którzy jeszcze nie znaleźli tej miłości, znajdą ją, wskażemy im drogę śpiewem, postępowaniem, miłością i dobrą nowiną...itd

Po czym kontynuuje w połowie przerwany kawałek i kończy totalnie odjazdową modlitwą w rytm melodii. Żadnych formułek, czysty zryw chwili i freestyle. Wyglądało to nieco fanatycznie ale hipnotyzująco. Zwłaszcza końcówka modlitwy, gdy już mu słów brakuje i już tylko machnął łapą :)

 

Każdy dzień był wypełniony zróżnicowanym programem, by nie nudzić monotonią. Były dyskusje, było wspólne oglądanie filmów na dużym ekranie, zabawy na koncertach kapel chrześcijańskich oraz coś co się nazywało "Nocne Uwielbienie". Wychodziła kapela oraz chór kilkunastu dziewczyn i kilku chłopa intonujących różne pieśni pochwalne. Była choreografia na żywo w postaci chorągwi oraz cyfrowa na ekranie gdzie były słowa na tle mieniącego się witrażu. Pierwszy raz uczestniczyłem w tym w Piątek i bawiłem się tak nieziemsko, że nawet nie wyciągnąłem telefonu by choć część tego zachować. Poznałem wtedy starszego człowieka, który usiadł koło mnie i serdecznie się przywitał. Był zupełnie sam i poprosił tylko czy mógłbym mu zrobić zdjęcie na tle tego chóru. Zrobiłem i porozmawiałem z nim chwilę. Był bardzo samotny. Nie był żulem, choć czuć było biedę w jego życiu, patrząc na ubranie czy stary aparat jaki wziął ze sobą. Mimo to bardzo serdeczny i skromny. Usiadł z boczku i chciał poczuć tą wspólnotę. Niesamowite, jakich ludzi pod tym namiotem można było spotkać. Przez tą godzinę, ludzie tryskali prawdziwą i szczerą radością śpiewając nieraz trzy słowa na krzyż przez 5 minut. No tak mi się ten chór podobał, że postanowiłem wstać wcześniej i zdążyć na poranne uwielbienie, by choć trochę tego zabrać ze sobą. Rano podczas mszy było z dużo mniejszą petardą, bo były ustawione krzesła do mszy ale wciąż fajnie.

 

 

W ogóle poszedłem się wyspowiadać. Ale nawet spowiedź była totalnie inna. Bo oto siedział sobie spowiednik na słoneczku, obok wolne krzesełko i z uśmiechem czekał na kolejnego grzesznika. No to podszedłem, bo poczułem, że muszę zrzucić z serca pewien mrok który się za mną ciągnie. Żadnej kratki między nami. Ja widzę spowiednika on widzi mnie twarzą w twarz.  Zacząłem totalnie z dupy od zwykłego przywitania i rozmowy i zanim zacząłem wyrzygiwać swoje patole, to natychmiast zacząłem tłumaczyć się dlaczego tak się stało. Przeprosiłem za tłumaczenie się i chciałem wrócić do wyznawania, a ksiądz mówi, ależ tłumacz się, grzech nie bierze się znikąd. Słuchajcie jakie jaja, to nie był jednostronny zrzut, ksiądz zachęcił mnie do odwagi wyznając przede mną swoje patole, które okazały się podobne do moich :) Zwłaszcza na relacji Ojciec syn. Mówię, że mam problem z wybaczeniem swojemu ojcu i trochę mnie boli kiedy go odrzuciłem w chwili jego ostatniej wizyty u mnie. Ale czuję, że już wystarczy, bo mnie to męczy i jak to zrobić. Spowiednik mi mówi, że u niego zajęło to 12 lat i tylko dlatego, że miał konkretna informację, że jego Tato schodzi. Inaczej mógłby być w podobnej sytuacji do mojej. Wypalam mu, "To żem sobie spowiednika wybrał", a on na to, że nie ma czegoś takiego jak przypadki. Spowiedników jest tam wielu a to jego jedyny dyżur w tej akcji. -> Nie odtrącaj znaków, nie bój się, zaufaj mu, uwierz - Tego mi życzył.  

 

Nie było tak źle i strasznie. Pokuta też na luzie. A jednak tym razem było inaczej. Przestałem się czuć jak ścierwo. Do takiego kościoła chcę chodzić. Nikt nawet za to nie chciał żadnych pieniędzy. Nie było tac na mszy, nie było zbiórek na nic. Był wolontariat. Tu poczułem prawdziwą wspólnotę o której się mówi, poznałem księży, poznałem ludzi, którzy tam przychodzili. Razem tworzyliśmy ten kościół. Ci młodzi klerycy totalnie dopasowali się do obecnych czasów i potrzeb ludzi. Są odważni, cierpliwi i pełni energii. Jest w tym przyszłość.

 

Trochę czuję się źle z tym, że nie bawiłem się z kumplami na ich ulubionych zespołach i większość czasu spędzałem w tym Chrześcijańskim cyrku, no ale oni mieli swoje potrzeby a Ja swoje. 

 

Podsumowując. Wróciłem do wspólnoty. Nie wiem jak długo to potrwa. Wziąłem się w końcu za Biblię i dziś już miałem kolejne pozytywne fazy z nią związane. Ale o tym chyba będę rozmawiał z wierzącymi, bo inaczej na mnie ktoś naśle tych od długich rękawów :)

 

 

 

Tagi:

Oceń notkę
+ +34 -

Najpierw GRY, potem sprzęt
Oceń profil
+ +79 -
BlondSpaceBoro
Ranking: 43 Poziom: 66
PD: 36445
REPUTACJA: 26492
Miesięcznik PSX Extreme