Blog użytkownika BlondSpaceBoro

naima2

BlondSpaceBoro BlondSpaceBoro 28.02.2020, 17:32
Game WyPass - Luty
1427V

Game WyPass - Luty

To był całkiem udany miesiąc, jeśli chodzi o gry, ale dość średni, jeśli chodzi o nowości w usłudze Microsoftu. 

Zanim jednak przejdę do meritum, muszę znów poruszyć publicznie dość bulwersujący dla mnie temat xboxowego e-trzonka.

Drogie lama-squad,

Mam przez was ogromny ból dupy, bo podjąłem się karkołomnego zadania opisywania gier z GP. Specjalnie dla sprawy katuje po kilka gier w tygodniu (a nie wszystkie mi się podobają) po to by napisać miesięczne podsumowanie a Ty @Lukszu33 wbijasz mi nóż w plecy wklejając zestwienia z Xbox Live, które mnie zwyczajnie kompromitują. Mój GS przy waszych wygląda jak przez okno. Nie wierzę w te wyniki. Ktoś przy nich ewidentnie kombinował. Wombat, wycisną tyle w dwa tygodnie? Jaaasne,  pewnie z całą rodziną na spółę katując konsolę 24h na 3 zmiany. I niby w co Ty Marek grałeś na tej konsoli? Nie czytałeś ppe? Przecież xbox nie ma gier! Pewnie ci wpadały za oglądanie Netflixa, albo lajkowanie Mixerowiczów. @Koryt1908 jasne, jak se wyrapujesz. Żeby osiągnąć taki wynik jak @KarateKoksPL, to musiałoby być ich conajmniej dwóch. Jeden ewangelizujący niebieskimi przykazaniami na ppe, a drugi na bezrobociu przy konsoli. No bo jak inaczej znaleźć czas na to wszystko? Ale co ważniejsze, gdzie znaleźć gry na Xbox One godne jego wysublimowanego gustu? @Kurtek PL, to w ogóle jakiś szemrany Typ, cały czas gra w Sea of Thieves a cyferki wyrobił większe niż Rare przygotowało do zdobycia. Pewnie kupił to sobie w mikro transakcjach do tego krapa. @Milczek33, to chyba sprzedał swoje dzbanki z PS4 by tylko nie być z tyłu. I po co ci to było? Po co się ujawniać, że jesteś zielonym cicho-grajcą? Teraz jesteś graczem wyklętym a konkurencyjna społeczność wydała na ciebie ekskomunikę.  Warto było rezygnować z oczekiwania na TLoU2 męcząc grę z poprzedniej generacji? I Ty Łukaszu przeciwko mnie? Akurat twój wynik ewidentnie kupiony na allegro. Wszyscy wiemy, że nosiłeś cały czas paczki od Kojimy i wiemy również, że z każdej sobie coś podprowadziłeś. To że nie śmierdzisz groszem wcale ci nie uwłaszcza ale żeby wydać na GS? No deal życia ci powiem. @PrzemQ to raczej na legalu. Widziałem twój wpis w GROmadzie, a tam ludzie prawi. Ale reszta niech się wstydzi. Boga w sercu nie macie.  Co sobie pomyślą nowo przybyłe lamy? A właśnie najważniejsze -> witam serdecznie nowych lamusów, oraz jedną lamę marnotrawną co wybyła i przybyła. Z dedykacją dla was byście dobrze się zastanowili gdzie trafiliście. 


Game WyPass Luty uważam za rozpoczęty... to znaczy ukończony... whatever

 

Indivisible aka "iwidzimisię", to jedna z najoryginalniejszych platformówek w jakie grałem a przy tym jedna z najtrudniejszych. Generalnie jestem dość spokojnym człowiekiem i nie unoszę się gniewem kiedy mi coś w grze nie wychodzi. Ostatni raz kiedy rzuciłem jakąś soczystą wiązankę w kierunku jakiejś gry, to czasy pegazusa kiedy kwas poleciał w kierunku Battletoads. Obecne gry mocno uśpiły moją uwagę oraz koncentrację, nie licząc kilku wyjątków jak Cuphead czy Sekiro. To pewnie dlatego grając w zdaje się klasycznego platformera nie nastawiałem się na jakieś większe wyzwanie. Oż Ja naiwny!!!

Grę cechują dwie rzeczy: wspinanie się po ścianach z pomocą siekiery i walka pół-turowa nastawiona na tzw timing gdzie podczas walk mamy czterech bohaterów do wyboru a każdy jest przypisany do jednego z głównych przycisków na padzie (a,b,x,y). Kiedy pasek aktywności dla danej postaci się załaduje, to po prostu odpalamy wciskając dany przycisk. Niektóre postacie mają różne modyfikacje ataku z dodatkowym kierunkiem góra lub dół. Proste, szybkie, intuicyjne a przy tym całkiem przyjemne. Sekcje wspinaczkowe to esencja tej gry. Potrafią nieraz przyprawić o wściekłość, ale zaraz po tym jak nam się uda przychodzi katharsis -> a po nim szybkie szukanie bliskiego checkpointu do zapisania stanu gry. Mike w poprzednim blogu bardzo ciekawie określił uczucia targające nim kiedy w to grał -> kocham i nienawidzę, ale bardziej to pierwsze. No cóż, miałem dokładnie tak samo.

Ale nie tylko samym gameplayem ta gra stoi. Jest tu masa grywalnych postaci i kiedy piszę masa to mam na myśli MASA, bo możemy zdobyć aż 22 protagonistów. A wielu z nich wnosi sporo humoru do opowiadanej historii. Cechy charakteru każdej z postaci są dość mocno przerysowane tworząc oryginalny klimat całej opowieści. Znacie pewnie ten typ dziewczyn, tzw beztroskiej i przygłupawej przylepy, która nic nie robi sobie z uwag, że jest irytująca i męcząca? Bo mi Nuna bardzo mocno przypominała koleżankę z dzieciństwa. Wypisz wymaluj ten sam męczący charakter. Dlatego tak bardzo polubiłem Razmi, która ostro cisnęła z trio nastolatek w tej zbieraninie ludków żyjących w świadomości Ajna.

O, najważniejsze. Ajna, główna bohaterka tej gry absorbuje poznane osoby i umieszcza je w swojej świadomości, a oni sobie tam żyją na dość małym obszarze i muszą koegzystować, mimo że nie wszyscy się tam lubią. Razmi robi im tam rozpierduchę psychiczną cisnąc każdemu jak popadnie :D

"Team Idiots forever" całkiem sprawnie nakreśla zbieraninę tych oryginalnych osobistości, ale pomimo ogromnej dawki humoru, gra niesie również kaganek oświaty i zostawia za sobą smrodek dydaktyczny, przez co otrzymujemy opowieść z dość głębokim morałem. Choć opiera się on głównie na dojrzewaniu oraz akceptacji siebie i innych. Bawiłem się przy tym wspaniale. 

7,5/10

@karate_koks zrobił sobie przerwę w nawracaniu młodzieży i zaprosił mnie do wspólnej zabawy w strzelaniu do Niemców. Coopa uwielbiam, uniwersum Wolfenstein również zatem oporów nie miałem by zasiąść do Youngblood. Intro całkiem fajne, do tego kolejny raz z polskim akcentem, kiedy Zośka cedzi soczyste "Je#ać To". Od razu poczułem się jak w domu. Niestety sama gra od samego początku wydawała się być robiona po kosztach a i grafika zalatywała trochę Dishonored. Strzeliłem dobrze, bo za deweloping tej odsłony odpowiada nie tylko MachineGames ale również Arkane Studios. Wkład tych drugich najbardziej odczuwa się w budowie wielopoziomowych etapów. Zwłaszcza etap prowadzący do Brata 2, który był istnym labiryntem. Tuż po pokonaniu owego Brata 2 wracając do bazy -> centralnie się z koksem zgubiliśmy jak lamusy i musiałem zobaczyć na tubisiu jak się wydostać z tej plątaniny korytarzy oraz pięter. A to wszystko dlatego, że jakiś geniusz wymyślił, że po skończonym etapie, trzeba wrócić tą samą drogą do głównej kryjówki. To jest zwyczajnie głupie i czasochłonne. Gra w kilku momentach potrafi bardzo wkurzyć. Z początku poziom trudności był zbyt mocno wyśrubowany. Pierwszy boss przegięty na tyle, że mógłby być ostatnim. Czasami też nie wiadomo co cię atakuje bo gra jest mało przejrzysta. Ale im dalej w Paryż i im więcej Niemców ubijaliśmy, tym nasze Żydówki były coraz silniejsze, mocniejsze i zwinniejsze. Wraz z rozwojem broni i statystyk gra zaczynała przynosić nam coraz większą frajdę a mordowanie nazioli stawało się coraz łatwiejsze. 

Nie jest to niestety poziom dwóch poprzednich części, bo córki Blazko zachowują się gimbusiarsko przez co byłem lekko zażenowany. A sama fabuła nie miała ani jednego epickiego momentu na miarę Hitlera przesłuchującego aktorów. Nie mniej jednak ta gra również dołożyła cegiełkę do tej zwariowanej fabuły i wcale się nie zdziwię jak ta banda Żydów niedługo odwiedzi również nasz wymiar. Szczerze, to nie chciałoby mi się kończyć tej fabuły w singlu, bo bałbym się kiepskiej sztucznej inteligencji sterującej drugą siostrą. Natomiast do coopa z jakimś ogarniętym siostrzycem po drugiej stronie headseta, to całkiem przyjemny tytuł. Żydziliśmy około 5ciu posiedzeń po 2 godzinki, więc gra długa nie jest.

6,5/10

Pamiętacie ten moment jak dawno temu odpalaliście po raz pierwszy Final Fantasy 7 i mieliście wrażenie obcowania z czymś niesamowicie wyjątkowym? Coś co wyprzedzało wtedy własne czasy? Bo Ja nie. Gra nawet jak na tamtą generację wyglądała okropnie, gdzie każdy felek wyglądał jak przyczepione do siebie cztery trójkąty a walkę bardziej się oglądało niż brało w niej udział. Bez kitu. Przy ostatnim bossie kiedy ten odpalał swój czar śmiało można było postawić wodę i zaparzyć herbatę. Postanowiłem jednak przejść grę do końca, bo branża oszalała na jej punkcie. Nawet niektórzy moi znajomi. A Ja nic. Gra w ogóle nie wywarła na mnie wrażenia. Za to kolejna część podobała mi się bardzo. Postacie przypominały już ludzi, historia była o miłości więc wsiąkłem bez reszty. Dziewiątkę odpuściłem kiedy zobaczyłem, że główny bohater ma ogon. W tamtym okresie mojego życia takie dziwactwa były ponad moją skalę akceptacji. Za to FFX wspominam najlepiej. Grafika była przepiękna a bohaterowie NARESZCIE mieli własne głosy. Do tej pory to mój ulubiony Final. I to właśnie na dziesiątce moja przygoda z główną serią się zakończyła. Aż do teraz kiedy do Wypassa wleciał FF XV.

No i przyznam, że po tylu latach omijania serii szerokim łukiem tak naprawdę niewiele straciłem. Nie jest to zła gra. Ale bardzo dobra też nie. Ot, kolejne dobre popykajło w oczekiwaniu na jakiś grubszy kaliber. Siedziałem przy tym tytule zupełnie bez żadnych emocji. Całkowicie jałowo. Wynikało to z tego, że grze zabrakło konkretnego pierdyknięcia na początek opowieści. Np takiego intra jak miał FF VIII, gdzie Squall napierdzielał się z Seiferem na Gunblade'y a w tle leciał najbardziej legendarny motyw muzyczny ze wszystkich finali razem wziętych. To było epickie. To były czasy. Teraz nie ma czasów...

Okazało się, że trzeba sobie to wprowadzenie obejrzeć w filmie animowanym wyprodukowanym przez Square Enix pt FF Kingsglaive. I który to film jest sprzedawanym osobno. Takie rzeczy. Gdyby za tę grę odpowiadał sam Kojima, to by się nie pierdaczył i tą animację zapodał jako intro do gry. Co by o tym wszystkim nie myśleć, to film nawet mi się podobał i rzeczywiście wprowadził mnie w ten świat. Immersja lekko wzrosła. Po uzupełnieniu jeszcze wiedzy o bohaterach w mini serialu Brotherhood miałem już nawet jakieś uczucia względem bohaterów. Dwa kolejne rozdziały grało się już nieco lepiej ale wciąż nie na tyle, by wydobyć ze mnie choć jedno WOW. Jestem dopiero w ósmym rozdziale ale póki co ani mnie nie grzeje ani ziębi. Do tego wypatrzyłem ogromną nieścisłość względem tego co było w filmie a co jest w grze. Chodzi mi o postać Ravusa (brata Luny). W filmie (który jest początkiem gry) Ravus umiera po założeniu pierścienia. Ale w grze wciąż ma się dobrze. Ktoś może mi to wyjaśnić? W tym momencie FF XV trafił do limbo ale był pierwszy na liście do wyciągnięcia w razie potrzeby. (a stało się to bardzo szybko)

ocena wstępna to 7/10

Pograłem również w zrytą grę od Rosjan pt. Sea Salt. Mało jest gier, w których możemy wcielać się w "pana zła" i za pomocą wszelkiej maści robactwa, krabów, duchów, szczurów czy czarnych kotów zjadać żywcem, rozszarpywać, patroszyć oraz rozrywać kobiety, dzieci, starców i chłopów z widłami. Yep -> Gra dla psycholi. A tak naprawdę prosta w mechanice ale trudna w wymasterowaniu. Czasami przez dobór kolorów. Problemem Sea Salt nie jest pikseloza tylko sposób w jaki ten art style wykorzystano. O ile w takim Children of Morta rozgrywka była czytelna, gdyż nasze postacie poruszały się korytarzem w jednolitym tle, tak w grze od YCJY Games jest wręcz przeciwnie. Nasze rozpikselowane, złowrogie minionki poruszają się po rozpikselowanym terenie udającym kostkę brukową, trawę, czy drewniane mosty. To wszystko zlewa się w jedną maź i ciężko czasem odróżnić swoich od otoczenia. Wkurzające jest to, że jednostki naszej hordy potrafią się czasem gdzieś zaklinować a przez to nie brać udziału w masakrze, zmniejszając drastycznie nasze szanse na przeżycie. Klimacik tej gierki jest gęsty i wciągający, bo mamy tu biskupa, który zadarł z siłami zła i teraz sra w gacie chowając się za plecami swoich wiernych a sam ukrywa się w twierdzy klasztornej, próbując udobruchać złego Boga ofiarami z żywych zwierząt i nie tylko. No jest grubo wam powiem. Dlatego jest to dość wciągający tytuł, którego niestety jeszcze nie ukończyłem. Pykam sobie w przerwach na multi.


Game WyPass Luty 

Luty niestety był lekko rozczarowujący jeśli chodzi o dodane do usługi gry. Tak naprawdę to nawet nie ma prawdziwie soczystego Super HITu jak Children Of Morta. Dlatego mamy walkę wagi piórkowej między średniakami.

a) Final Fantasy XV - ładny świat, przyjemni bohaterowie ale przez to, że jest to sandbox ganiający cię w te i nazad, nie oferujący ci przy tym żadnego wyzwania, to na dłuższą metę nudzi. Można pograć po godzince dziennie w nadziei, że może się jeszcze rozkręci.

b) Wolfenstein Youngblood - cierpi na synonim trzeciej części, która zawsze jest najgorsza (obcy, robocop, Halo, Uncharted...), zrobiona na szybko i bez większego pomysłu. Nie mniej jednak dało się w to na tyle wciągnąć, że ujrzałem napisy końcowe.

c) Death Squared - ummmmmm, zdecydowanie pomidorowa tego miesiąca 

d) Yakuza Zero - kupiłem tę popelinę jeszcze na PS4, bo cena 70 zł wydawała się wtedy atrakcyjna. Żałuję, że tej kasy wtedy nie przepiłem. Niestety poziom japońskich dziwactw, nadekspresji bohaterów której tak bardzo nie znoszę w niektórych anime, oraz cała masa archaizmów gameplayowych skutecznie odepchnęła mnie od tej gry. Gdyby nie Death Square to bym cisną pomidorem. Masz farta Kiryu.

e) Kingdom Hearts 3 - próbowałem. Bóg mi świadkiem. Dwukrotnie. Pierwszy raz lata temu z jedynką, którą porzuciłem po 3 godzinach i teraz ponownie z trójką, którą właściwie porzuciłem już po pierwszej potyczce w świecie Herkulesa. Nie jestem targetem dla tej gry. Ma prawo się podobać, ale dla mnie jedyną zaletą tej serii jest głos Utady Hikaru zarówno w pierwszej części jak i w tej. Love You Utada <3

f) Two Point Hospital - to największe, pozytywne zaskoczenie w tym zestawieniu. Naprawdę sprawiało mi frajdę budowanie kolejnych pomieszczeń, zatrudnianie personelu i obserwowanie zadowolonych (lub nie) pacjentów. Mega komicznie wyglądają pacjenci szpitala psychiatrycznego gibający się krokiem a la pijany Freddie Mercury. Nawet nazwa choroby odpowiednia -> "syndrom gwiazdy prysznicowej" :D Bardzo przyjemna grafika i fajny design postaci. Tę grę będę dalej katował, bo odstresowuje mnie od głównej patologii tego zestawienia czyli:

g) Ninja Gaiden II - ten miesiąc był tak kiepski, że musi go ratować gra z poprzedniej generacji, a tu aż prosi się o piękny rym Mika - Bo na X mam takie możliwości, że raz gram w starocie a raz w nowości...

 

Wisienka tego zestawienia. Zapomnijcie o tym co pisałem odnośnie Indivisible i jej poziomu trudności. To, że jestem spokojnym człowiekiem jest również nieaktualne kiedy włączam ten tytuł. Przy tamtej grze "wurwa" poleciała może ze 3x. Natomiast tutaj zaczęły powstawać wiązanki tak długie i skomplikowane, że mógłbym zacząć pisać nowy słownik przekleństw. A jestem dopiero w siódmym etapie. Wg mnie ta gra powstała w akcie zemsty na graczach, za wszystkie inne masakry jakich dokonali na wirtualnych przeciwnikach w innych grach tego typu. Tutaj mamy do czynienia z jakimś odwróceniem ról gdzie tym razem to gracz jest mięsem do szlachtowania dla występujących tam wrogów. Tylko odpaliłem ten tytuł a grupka ninja natychmiast zaczęła mnie skrobać pazurami z każdej strony, fundując mi zgon na dzień dobry. WTF?! Przecież włączyłem poziom najłatwiejszy. Dobra. Pierwsza lekcja wyciągnięta. Czytam klawiszologię i szukam który przycisk odpowiada za blok oraz unik. Ok. Ogarnięte. Rundę drugą zacząłem od razu od wciśniętego bloku. Jedynie co się zmieniło, to że tym razem nie umarłem ale seria ciosów jakie zacząłem przyjmować na gardę przyprawiała o opad szczeny. Co na chwilę puszczałem blokowanie by oddać ciosy, to inny ninja z tyłu lub z boku natychmiast wjeżdżał mi ze swoją serią. Jiiiizassss! Dajcie mi choć chwilę na kontratak gnoje!!!! Bydlaki! W sile kupa co?! Świniopasy w maskach! Wyskoczcie pojedynczo fujary bez honoru! Wy zapyziałe kutafony! No chodźcie tu i żryjcie katanę pastuchy z Bułgarii!...

I z takim właśnie nastawieniem powoli zacząłem ogarniać wrogów ale energii zeszło mi 3/4. W realu też. Na szczęście po rozwaleniu takiej grupki, gra oddaje nam stracone życie. Niestety nie całe. Kawałek paska już zostaje czerwony a z każdym kolejnym pojedynkiem życia zostaje nam coraz mniej. Na szczęście w checkpointach da się odnowić całe zdrowie. Po pierwszym pojedynku już wiedziałem, że ta gra jest popieprzona, ale jakiś wewnętrzny masochista kazał mi iść dalej. I o dziwo, pomimo ogromnych trudności jak i fartownym unikaniu zgonu brnąłem naprzód dość zaciekle. Pierwszego Bossa pokonałem nawet za pierwszym razem. Pomyślałem wtedy sobie, że chyba już grę uchwyciłem za rogi i niedługo jej skręcę kark. Aż nie doszedłem do drugiego Bossa o nazwie Genshin. To były bardzo szybkie 4 zgony pod rząd, pomimo że miałem jedno wskrzeszenie, 3 apteczki odnawiające całe życie i 3 apteczki odnawiające połowę. Najwięcej ile zabrałem Genshinowi to 3/4 energii. Tu już niestety straciłem wolę walki. Zacząłem sobie nawet myśleć, że ta gra jest po prostu krótka a to jest ostatni Boss. Więc w sumie mogę już tu zakończyć swoją przygodę. Ale znów mój wewnętrzny masochista nie pozwalał mi zostawić tej niedokończonej sprawy. Dumy więcej niż rozumu więc zasiadłem raz jeszcze. Tym razem napieprzałem uniki jak agent Smith  drapiąc padalca kataną kiedy tylko nadarzyła się okazja. Walka trwała może ze cztery minuty ale byłem tak wykończony, że wydawało mi się, iż minęła conajmniej godzina. Gdyby pad mógł rozmawiać, to by mi pewnie uszy zwiędły z ochrzanu.

Ninja Gaiden 2 to chyba jakiś protoplasta Soulsów. Jestem w zasadzie pewny, że to najtrudniejsza gra jaką w życiu grałem. Nie wiem co jest takiego w tym tytule ale pomimo nerwów, bluzgów jak i wielokrotnego zniechęcenia, wciąż do tej gry zasiadam starając się pokonywać kolejne etapy. Myślę, że ze mną jest już coś zupełnie nie tak. Grając w ten tytuł bardzo szybko pogodziłem się z Final Fantasy XV, który nagle zaczął mi się podobać i dostarczać tych pozytywnych emocji. Nagle zacząłem dostrzegać miłość developerów do graczy. Ale temu dziełu nie odpuszczę i będę się z nim zmagał choćbym sczezł. Między mną a tą grą jest jakaś dziwna, patologiczna więź, której nie rozumiem.

Ocena wstępna F#ck You! / 10


Podsumowując:

Luty minął pod znakiem "chińskich gierek", które nie zaspokoiły potrzeb większości passowiczów. Dlatego trzeba było sięgnąć po zaskórniaki i kupić coś dla "normalnych graczy". Biedne Lamy kupiły po przecenie Rainbow Six Siege oraz Zombie Army 4 dobrze się przy nich bawiąc, a co bogatsze plujki szarpnęły się na największy Hit Lutego czyli Darksiders Genesis. Ja bogaty nie jestem więc dla tej gry w tym miesiącu zrezygnowałem z obiadów. I matko Bosko -> BYŁO WARTO!

Właściwie to nawet nie wiem jak mam opisać swoje wrażenia, gdyż w tym momencie to moja najukochańsza część z całej serii. Takie gry są przykładem na to, że nie potrzeba wywalać kontenerów pieniędzy by stworzyć soczystego Homara. Jest to również kolejny przykład na to, że implementacja multi kooperacyjnego do gier fabularnych wcale nie psuje doznań z poznawania jej.  Coop w Darksiders Genesis jest wzorem na to jak powinny wyglądać inne tego typu produkcje. Cały wypadający loot gra dzieli obu graczom po równo. Nie ma zasady, że kto pierwszy ten lepszy. Wypadające orby energii lub gniewu, również może podnieś zarówno pierwszy jak i drugi bohater. Śmieszną sytuację stworzyliśmy kiedy Mike Podolski wlazł na chwilę do sklepu kupić kolejne ulepszenia dla Wojny a Ja w tym czasie beztrosko mordowałem chordy demonów. Wylatujące z nich czaszki gra dzieliła po połowie, więc Mike nie nadążał ich wydawać :) 

Każdy z graczy ma własny ekran więc kiedy pojawiały się elementy platformowe na czas, to nie było problemu żeby gra kogoś ucięła bo był np za wolny. Do coopa można dołączyć na początku obojętnie jakiego levelu. Każdy gracz zachowuje taką postać jaką wyekspił w solowej kampanii. Dlatego fajnie jest służyć pomocą w jakimś wyjątkowo trudnym momencie. A było kilka takich. Pierwszym był mini Boss zwany "Władcą ogarów". Kiedy do niego dochodzimy mamy jeszcze dość słabo rozwiniętych jeźdźców więc łatwo polegnąć. Ja zginąłem 5x zanim udało mi się go pokonać. Podobny problem miał również dariuszdariusz, któremu bardzo chętnie udzieliłem pomocy przy tym draniu. 

- Który pana bije panie Darku?

- o ten, kanapki też mi kradnie

- o Ty kanalio, kolegę mi gnębisz? 

I jeb, odpalam formę chaosu. Waśń zamienia się w wielkiego bysiora z jeszcze większym Gatling Gunem i robi z Władcy ogarów cedzak kuchenny. 10 sekund i po gadzie. Dariusz tylko dodaje 

- Przecież to był gwałt...

Prawda. Dobrze, że postacie z gier nie mogą zgłaszać spraw do prokuratury.

Grało się cudnie, nawet powtarzając raz po raz te same levele, gdyż były on tak klimatyczne, tak przepiękne i tak różniące się od siebie, że wcale nie miało się uczucia powtarzalności. Ale największy opad szczęki robi ścieżka dźwiękowa. Jest tak epicka, że aż musiałem sprawdzić kto odpowiada za te fenomenalne utwory. Jak się okazało, jest to Gareth Coker czyli ten sam kompozytor, który stworzył  OST do Ori and The Blind Forest oraz Ori and the will of the wisps. Absolutny Geniusz, którego życzę sobie w kolejnej pełnoprawnej części Darksiders 4. Dawno już nie miałem takich ciarek na ciele przy słuchaniu muzyki jak w jedenastym rozdziale tej gry. Twórcy przygotowali mega klimatyczne pole bitwy, nacechowane emocjami związanymi z fabułą a wszytko podrasował jeszcze Gareth tym utworem heart

Po jedenastym rozdziale moja ocena z 8/10 podskoczyła natychmiast o jedno oczko w górę. Nie ma inaczej. Ta gra zasługuje na praktycznie same pochwały. Jedyną wadą jaką mogę wskazać jest brak znacznika na mapie, który wskazywałby w którym miejscu dokładnie jesteśmy. Trzeba się orientować samemu po budowie terenu oraz wskaźnikach znajdziek, które zebraliśmy. Cała reszta 

9/10 


Passowicze polecają:

@m4tekt  - A Plague Tale to gra do której nie miałem zbyt wygórowanych wymagań. Mając już dosyć wielkich otwartych światów, chciałem o pograć w coś z ciekawą fabułą oraz liniową narracją i tak się złożyło, że akurat do usługi GamePass zawitało A Plague Tale: Innocent. Gra przywitała mnie miłą dla oka grafiką oraz świetnie skomponowaną muzyką, która pogłębiała klimat gry i pozwalała jeszcze bardziej wciągnąć się w przedstawiony świat. Opowieść o rodzinnej tragedii i towarzyszących jej emocjach wywarły na mnie duże wrażenie i z chęcią poznawałem kolejne etapy z życia głównych bohaterów. Proste liniowe konstrukcje poziomów, pozwoliły mi z przyjemnością odetchnąć od ogromu pustych i nudnych światów i setek bezsensownych znajdziek. Polecam!

Moja ocena: 8.5/10

@Karate_koks - Hej, "W lutym do GP trafiło sporo zróżnicowanych i dużych tytułów jak: Final Fantasy XV, Wolfenstein Youngblood, Ninja Gaiden II, Kingdom Hearts III, Yakuza 0, ale ciężko mi wskazać i wybrać hit miesiąca, ponieważ nowy Wolf okazał się słaby. Bieda gierka zrobiona po kosztach. Gdyby nie coop w doborowym towarzystwie (@BlondSpaceBro) Youngblood wyleciałby z dysku. Brak feelingu strzelania, okrojona grafa, uproszczone animacje. Jedyna zaleta gry to kooperacja. Sporo grindu, powtarzalne misje, to nie to samo co dwie pierwsze części. Całość ratuje kooperacja.

Ocena końcowa: 6,5/10

Reszta zestawienia średnio mnie interesuje. BTW luty 2020 to chyba najaktywniejszy miesiąc w mojej growej historii. Ukończyłem 7 nowych tytułów, w tym wbiłem 5 calaków, do końca miesiąca ogram jeszcze jeden i zamknę go z wynikiem ponad 6000GS 

@Mike Podolski - Jeśli chodzi o Game Pass w tym miesiącu, to nie ma o czym gadać. Wolę napisać o Darksiders

Czuć, że Genesis wróciło do ojca serii. Klimat bardzo przypomina jedynkę. Elementy przygodowe, walka, świetne postacie z wyjątkowym voice actingiem. Nowa kamera ma jednak swoje wady: elementy platformowe, czy nawet w ferworze walki potrafi być mało czytelna i bardziej przeszkadzać niż pomagać. Decyzja by dać mapę bez pokazywania naszej lokacji to jest kpina i mam nadzieję, że to naprawią. Gra dłuższa niż mogłoby się wydawać i zachęca do przechodzenia na wyższych poziomach. Zachęca również do zabawy na arenie. Coop plus wysoki poziom trudności to esencja tej gry. Waśń i Wojna to bardzo dobrany duet niczym ogień i woda. Pomimo komediowego początku bracia niosą ciężkie brzemię z przeszłości które nadaje im większej głębi. Jako fan polecam serdecznie.

@dariuszdariusz - Jakiś czas temu spierałem się z Mikem Podolskim że spin off Darksiders to będzie jakaś androidowa popierdółka. Obydwaj jesteśmy fanami serii (no może on jest troszkę większym fanem) ale tytuł olałem totalnie. Mike twierdził że to będzie sztos, no cóż, im bliżej premiery tym miałem większe ciśnienie (Mike zachwalał bo grał wcześniej na piecu), kupiłem tę grę i napiszę tak........ O żesz ty w mordę, tak niesamowitej przygody w rzucie izometrycznym nigdy nie doświadczyłem. Muzyka, walka, zagadki, nawet cholerne finishery to jeden wielki majstersztyk. Gorąco polecam ale jeżeli wam się nie spodoba to wina -> Mika :D

@kurtekPL -  Witam, z tej strony Kurtek. Dzisiaj Wam się pochwalę o sytuacji, która mi się wydarzyła w ostatnim czasie w grze z Xbox Game Pass, w którą nikt nie gra i nikt się nią nie interesuję (taka ogólna opinia na tym portalu). Tak, jeśli myślałeś, że mówię o Sea of Thieves to miałeś/aś rację! Bravo! Bravo!

W piękny dzień na granie, czyli sobotę ogrywając jakaś grę (nie pamiętam co to było) około 11:00  zaprosił mnie do grupy znajomy, z pytaniem czy zagram z nim i kumplami w Sea of Thieves na galeonie. A że było ich trzech to brakowało im jednego gracza aby uzupełnić miejsce na korabie. Widząc niezłą ekipę, postanowiłem dołączyć do chłopaków.

Zaczęliśmy grać i pokazywałem im „co i jak” bo byli po kilko miesięcznej przerwie od SoT, a po tym wypłynęliśmy na szerokie wody. Po jakimś czasie, zbierając rożne skarby dołączyła do nas jeszcze jedna osoba do grupy. To był koleżka tamtych kolegów, a Ja pierwszy raz gościa zobaczyłem(usłyszałem).

Przez to, że nie ma większego statku niż galeon, który mieści czterech typa na pokładzie, zostało postanowione aby zdobyć drugi okręt aby mimo wszystko pływać razem w piątkę.

Tutaj zaczęły się dziać ciekawe rzeczy, ale najpierw wytłumaczę. Są dwa sposoby aby mieć dwa statki, pierwszy to ugadanie się z innym graczem na serwerze aby oddał nam krypę poprzez zaproszenie do gry. Drugi bardziej uparty, czyli zakładanie tyle razy nowego okrętu, aż się trafimy na tym samym serwerze. Wybraliśmy drugą opcję. Ja zostałem na naszej łajbie, którą cały czas pływaliśmy, a cała reszta próbowała jednocześnie zakładać statek, aby trafić się na serwerze.

Naszym celem było dwa statki na jednym serwerze. W trakcie, gdy ja sam musiałem męczyć się z wielkim molochem jakim jest galeon (szczególnie wtedy gdy zaatakował mnie kraken wraz z okrętem szkieletów), znienacka do grupy dołączyła jedna osoba, później druga, a na końcu trzecia. Wszyscy chcieli grać, tak więc wszystkie 7 osób próbowało się znaleźć, tak aby mieć dwie łajby na serwerze.

Po dość długim męczeniu się, podjęto decyzję na wykonanie trzech ostatnich prób. Tak więc jedna osoba zaczęła odliczać aby wszyscy w tym samym czasie odpalili szukanie.  „Trzy, dwa jeden, start”, cisza. Ludzie zaczęli patrzeć niecierpliwie na ekran wczytywania bo trwało to wyjątkowo dłużej niż zwykle.

Wtedy stało się coś czego za cholerę nikt się nie spodziewał. Każdy kogoś widział na serwerze. Zaczęliśmy się radować, aż w pewnym momencie odkryliśmy, że nie udało nam się zdobyć dwóch galeonów na serwerze, tylko aż trzy galeony na jednym serwerze, a na drugim aż CZTERY! Widząc co mamy, wszyscy przeszliśmy na serwer na którym było cztery nasze statki.

Sytuacja była taka, że gdy my mieliśmy cztery galeony, to tylko jeden lub dwa inne okręty mogły jeszcze pływać na na tych samych wodach. Czyli mieliśmy totalną dominację :D.

Zaczęliśmy zapraszać wszystkich, którzy grali lub grają w SoT, bo nas było tylko 8 osób a mieliśmy miejsce na aż 16 typa. Tak więc co chwile ktoś dołączał do grupy i nie wierzył w to co dokonaliśmy.

Ostatecznie było nas 13 osób. Grupa xbox live co chwilę się crash-owała, więc musieliśmy się podzielić aż na dwie aby jakoś móc ze sobą rozmawiać. Zaczęliśmy robić najtrudniejszy Fort  w całej grze, który kusi również innych graczy swoim skarbem, ale nie tym razem :D. Jeden nasz statek latał i robił swoje bo więcej nie potrzebowaliśmy przy tym Forcie. A cała reszta cisnęła Fort of the Damned.

Przez ponad 6-7 godzin zrobiliśmy 6 razy ten fort, kasy wpadło tyle, że banan z mojej twarzy nie schodził cały dzień, większość złota do tej pory nie wydałem. Byli inni gracze, którzy próbowali coś dla siebie zgarnąć, ale powiem Wam tak. Marnie skończyli :D. W ciągu kilku sekund statek wylatywał w powietrze, a jak były jakieś niedobitki, to czekało na nich siedmiu uzbrojonych po zęby piratów, którzy nie mieli żadnej ochoty dzielić się łupem.

Cały ten czas jaki wtedy spędziłem z tą wielką ekipą był jak powrót do wspomnień gdy kiedyś za młodego nawalało się Gears of War prawie każdego dnia, siedząc z ekipą 8 osobą w grupie Xlive, gdzie nikt nie patrzył na różnicę wiekową. To są te momenty, gdy nie liczy się nic tylko radość z grania z innymi. Dlatego jestem wdzięczny za SoT, bo dzięki tej grze właśnie poznałem wielu nowych, niezłych ludzi, z M4tek i MigotX na czele. Wtedy, siedząc z 12 czy 8 osobami w grupie, gdzie każdy coś mówił, opowiadał żarty, krzyczał ze strachu lub po prostu się śmiał, pośrodku tego wszystkiego siedziałem Ja bawiąc się jak dziecko.

Musiałem kończyć po 6-7 godzin grania. Smutno mi się zrobiło, ale nie żałuję ani jednej minuty spędzonym w tym chaosie. Zabawa była przednia.

Podsumowując: nawet fajne te Sea of Thieves, ale co ja tam się znam, przecież #SoTnikogo :p

@kamilossPL  - W tym miesiącu może nie ogralem dużo gier z Game Passa. Właściwie ukończyłem tylko jedną.

Shadow of Tomb Raider. Jego ukończenie zajęło mi całe 11 godzin. Zrobiłem tylko jeden opcjonalny grobowiec. W każdym razie to typowa Lara, kontynująca schemat zapoczątkowany w 2013 roku przez reboot. Sporo skakania, trochę strzelania, dużo chodzenia. Choć tutaj nie mogę się zgodzić z lansowanym na portalu argumentem, że za dużo łażenia, a za mało strzelania. Według mnie gra pod tym względem jest dobrze wyważona. Wiadomo gameplay to nie jest klasa naśladowanego Uncharted. Jednak pod względem graficznym to pierwsza klasa (grałem na XoS, choć widziałem jak wrzucano screeny z xox, tam gra dopiero olśniewa). Mi grało się bardzo przyjemnie i czekam na kolejną część :)

Zagrałem jeszcze w Dead cells. Rogalika, w którym ponoć ginie się co chwilę. Pogralem z trzy godziny i nie zginąłem ani razu. Więc albo początek jest łatwy albo ja taki dobry. To dwuwymiarowa platformówka slasher ze zbieraniem broni i ulepszaniem postaci. Po śmierci (ponoć ;)) progres przechodzi dalej. Ogólnie fajna gierka.

Trzecia gra z GP, która pochłonęła mnie całkowicie to My time at Portia. Od 60 godzin zbieram zasoby, buduje maszyny, wytwarzam prefabrykanty, walczę, robię masę questów. To takie połączenie Stardew Waley, Zeldy i Terrarii. Bajkowa grafika, fajna fabuła i wciągający model rozgrywki. Naprawdę polecam. Gra ma pory dnia i nocy (jak nie pójdziemy spać to o 3 w nocy mdlejemy), pory roku i pogodę. Można np hodować zwierzęta, rośliny, wytapiać różne rzeczy, tworzyć przedmioty czy ekwipunek. Są podziemia z bossami i mieszkańcy miasta, z którymi można wchodzic w interakcje. Można nawet umeblować swój dom, założyć rodzinę i spłodzić dzieci. Naprawdę rozbudowany tytuł.


Jak widać po wpisach, największym wygranym drugiego miesiąca w roku, jest gra która wyląduje w usłudze dopiero za jakiś czas. Także cierpliwie czekajcie, bo zbliża się kolejny szpil i prawdziwy kandydat na złotego Phila. Ale jeźdźcy łatwo nie będą mieli bo w następnym miesiącu pewniakiem na Hit jest Ori and the Will of the Wisps. Ale to już opowieść na kolejny blog.

Trzymajcie się i do przeczytania za miesiąc.

Tagi:

Oceń notkę
+ +44 -

Najpierw GRY, potem sprzęt
Oceń profil
+ +125 -
BlondSpaceBoro
Ranking: 32 Poziom: 77
PD: 56598
REPUTACJA: 36725