SKLEP

Blog użytkownika LukeSpidey

LukeSpidey LukeSpidey 18.08.2018, 22:21
Kilka słów o ... #1 - Assassin's Creed Origins
569V

Kilka słów o ... #1 - Assassin's Creed Origins

Z serią o skrytobójcach mam długą historię. W pierwszą odsłonę zagrywałem się w 2010 roku, a potem już rok po roku śledziłem przygody kolejnych zakapturzonych zabójców z wypiekami na twarzy. Gry od Ubisoftu trafiają w moje gusta i nawet, kiedy świat zaczął już narzekać na tego tasiemca ja wciąż wyczekuję kolejnych przygód w nowych okresach historycznych.

Muszę się tutaj jednak przyznać, że od kilku lat zaniedbuję serię. Swoją przygodę zakończyłem na odsłonie „Assassin’s Creed Unity”. Gry nie ukończyłem nie dlatego, że mnie znudziła, lecz dlatego, że w kolejce czekał Geralt z Rivii, a chyba wszyscy doskonale wiemy, że Wiedźminowi się nie odmawia. Do przygód Arno już nie wróciłem, a w między czasie wyszła jeszcze ostatnia odsłona przed wielkimi zmianami, czyli „Assassin’s Creed Syndicate”, której nigdy nie ruszyłem.

Kiedy Ubisoft ogłosiło, że w 2016 roku nie będzie nowej przygody o Asasynach był to znak, że szykują się wielkie zmiany. Październik 2017 roku szybko jednak przybył i nowa odsłona zatytułowana „Assassin’s Creed Origins” diametralnie zmieniła rozgrywkę w wielu aspektach i zaprowadziła nas do schyłku złotej ery Egiptu, gdzie w skórze ostatniego Medżaja imieniem Bayek otwieraliśmy zupełnie nowy rozdział w historii serii. Po pozytywnym wydźwięku ze strony recenzentów i graczy, osiem miesięcy po premierze, postanowiłem na własnej skórze przekonać się, co takiego przygotował Ubisoft.

Gra pochłonęła mnie na 90 godzin razem z dwoma rozszerzeniami fabularnymi („The Hidden Ones” oraz „Curse of the Pharaos”, o czym później). Nie ukrywam, że gra w pierwszych godzinach zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Przyczynił się do tego przede wszystkich wykreowany świat i jego ogrom. Kiedy pierwszy raz oddaliłem widok na mapie poczułem się niemal przytłoczony rozmiarem i możliwościami, jakie na mnie czekały.

SPORY ŚWIAT DO ZOBACZENIA

Przed rozpoczęciem rozgrywki wydawało mi się, że pustynny krajobraz może okazać się szybko nudny, a tymczasem wyobraźcie sobie moje zaskoczenie, kiedy wchodziłem w nowe obszary i te prezentowały przede mną nową jakość i różnorodność – obszerne piaszczyste i skalne pustynie, oazy, osady w górach, rejonach żyznych blisko Nilu, na pustkowiach, ogromne miasta, które zachwycają swoją architekturą i różnorodnością. Odwiedzając kolejne miasta od razu rzucało się w oczy, że to nie jest kopiuj/wklej. Czasami długimi minutami wędrowałem bez pośpiechu po kolejnych siedliskach ludzi podziwiając zabudowę i wczuwając się w klimat miejscówek. To jeden z powodów, dla których zatrzymałem się na dłużej i choć gry z serii już wcześniej świetnie wywiązywały się na tym polu to tutaj Ubi naprawdę wysoko postawiło poprzeczkę.

Sam świat, pomimo swojego ogromu, po brzegi wypchany był zawartością, a puste rejony były puste nie dlatego, że twórcom skończyły się pomysły, lecz dlatego, że samobójstwem byłoby zamieszkanie w tak niegościnnych warunkach, jakie panują na pustyni i innych dzikich obszarach. Łapałem się na tym, że przemierzając kolejne tereny automatycznie przechodziłem do trybu fotograficznego, aby upamiętnić tę widokówkę.

CIOS TU CIOS TAM

Oprócz zadań, (o czym za chwilę) największą zmianę przeszedł system walki. Gra wyraźnie ruszyła w kierunku RPG, a rozwój postaci i pozyskiwane nowe zdolności diametralnie zmieniają podejście do rozgrywki.

Tym razem przeciwnicy nie czekają na swoją kolej, a system walki nie opiera się na serii udanych kontrataków. Teraz sami wyprowadzamy ciosy i choć dysponujemy standardowo tylko lekkim i szybkim oraz silnym i wolnym atakiem oraz unikiem i blokiem to w czasie walki można tworzyć całkiem udane kombinacje szczególnie, kiedy nasza postać jest już dobrze rozwinięta. W mojej opinii system ten wymaga jednak jeszcze dopracowania, bo choć walczy się przyjemnie to czuć, że to dopiero pierwsze kroki, które twórcy stawiają w mechanice walki wręcz i jestem przekonany, że będzie on rozwijany i dopracowywany w kolejnych odsłonach.

Sama walka często wymaga również podejścia taktycznego. Nierzadko zdarza się, że mamy do czynienia z grupą przeciwników a każdy z nich specjalizuje się innej broni. Łucznicy potrafią zirytować a do tego skutecznie unikają zasięgu naszego ostrza cały czas przemieszczając się z miejsca na miejsce, więc ich najlepiej jest wyeliminować na początku. Przeciwnicy z tarczami wymagają mocnego ciosu, który zabiera kilka cennych sekund a samo uderzenie nie pozbawia ich życia a tylko wytrąca z równowagi, więc trzeba iść za ciosem, aby coś zyskać. Często, kiedy miałem do czynienia z kilkoma przeciwnikami uzbrojonymi w tarcze pozbawienie któregokolwiek z nich życia wymagało niezłej gimnastyki. Do tego dochodzą bossowie, którzy zawsze stanowią zagrożenie a do tego ich sposób ataku jest bardziej agresywny i bolesny w konsekwencjach. Zdarzało mi się polec na polu walki, bo poszedłem na żywioł przekonany o swojej sile. Szybko jednak zostawałem sprowadzany do parteru.

PEŁNE RĘCE ROBOTY

Nie jest tajemnicą, że w grach Ubisoftu mapa świata często zakryta jest przeróżnego rodzaju zawartością, która w dużej mierze sprowadza się do znajdziek. Nie inaczej jest tutaj. Świat gry wypełniony jest po brzegi zadaniami, obozami bandytów do wyeliminowania, grobowcami do splądrowania, posterunkami żołnierzy, wartowniami , siedliskami dzikich zwierząt itd. Tym razem mapa odkrywa się w całości, kiedy wchodzimy do nowego obszaru a osławione wieże, na które się wspinamy tym razem udostępniają nam tylko opcję szybkiej podróży oraz zwiększają zmysły naszego orlego towarzysza Senu. To właśnie ten orzeł służy nam teraz za orli zmysł – oznacza przeciwników i interesujące miejsca, ale po ulepszeniu potrafi również odwrócić uwagę przeciwnika tym samym dając nam czas na atak z zaskoczenia. Na mapie jest pełno znaków zapytania, które odsłaniają swoją zawartość dopiero, gdy dostatecznie blisko się do nich zbliżymy.

Pierwszy raz się również złapałem na tym, że praktycznie żadna misja nie kierowała mnie do miejsca, które już wcześniej odwiedziłem wędrując po świecie. Wielokrotnie przytrafiało mi się to w innych produkcjach z otwartym światem – chociażby „Skyrim” czy „Fallout 4”. Nie wiem, czy deweloperzy tak świetnie wszystko zaplanowali, czy może po prostu duże znaczenie miał tutaj czysty przypadek.

Wzorem „Wiedźmina 3” misje mają określony poziom, który nasz bohater musi osiągnąć, aby można było próbować je wykonać. I naprawdę pchanie się nierozwiniętą postacią w obszary, gdzie zwykły, szeregowy żołnierz nas przewyższa to życzenie śmierci. W moim przypadku zadań i aktywności pobocznych było w poszczególnych obszarach tak dużo, że kiedy już musiałem udać się dalej moja postać z reguły miała poziom o 2-3 punkty większy, niż wymagała tego miejscówka. Zatem rozgrywka trzymała dla mnie raczej ten sam, równy poziom trudności.

Ogromne zmiany dotknęły również system misji. Te główne od pobocznych różniły się w sumie tylko przerywnikami filmowymi. Każde zadanie składało się z kilku etapów. Wiadomo, że wszystkie koniec końców sprowadzały się do pozbawienia kogoś życia (choć były też misje kurierskie czy śledztwa) to jednak ich wieloetapowość i zalążki fabuły jakie posiadały sprawiały, że chciało się dowiedzieć jak to potoczy się dalej.

Zdarzało mi się na przykład wędrować w przeciwne kierunki przy tej samej misji, ponieważ wskazówki znalezione w niby docelowym miejscu prowadziły jednak gdzieś indziej. A krótkich historyjek przy każdej z pobocznych misji jest co nie miara. Dzieciaki okradające wędrowców, bunt artystów w teatrze, zaginione zwoje, ochrona krokodyli przed kłusownikami. Wiele z tych misji wzorowanych jest na popularnych dziełach popkultury – jak chociażby zadanie, w którym na zlecenie trzech grabieżców poszukujemy cennego pierścienia. Kiedy go odzyskujemy nasi zleceniodawcy są tak nim zawładnięci, że świata poza nim nie widzą. Od razu skojarzył mi się tutaj „Władca pierścieni” J. R.R. Tolkiena. Jeśli kolejna odsłona gry jeszcze dalej rozwinie tę ideę to klasyczne zadania poboczne znane z wcześniejszych odsłon serii przejdą do historii.

CORAZ BARDZIEJ RPG

Eksploracja niesie ze sobą również inne korzyści. Niektóre znaki zapytania prowadzą do grobowców, które to kryją pradawne tablice. Po ich odczytaniu zyskujemy dodatkowy punkt doświadczenia do rozdysponowania pomiędzy trzy drzewka rozwoju – łowca, wojownik oraz wróż. Dwa pierwsze wiadomo za co odpowiadają. Ten trzeci do zdolności związane z narzędziami (strzałki usypiające i trujące, bomby), handlem i kontrolą fauny. Możemy np. wzorem serii Far Cry oswajać dzikie zwierzęta.

Aby rozwinąć naszą postać trzeba zdobywać punkty doświadczenia (ba!), ale do ulepszenia ekwipunku i tym samym siły ataków i zdrowia trzeba polować na dzikie zwierzęta oraz gromadzić inne surowce (drewno, żelazo, kamień). Z czasem czynności ten stają się monotonne, lecz do pełnego ulepszenia są wymagane, aczkolwiek można nieźle dopakować Bayeka docierając raptem do połowy każdego poziomu ekwipunku. Początkowo każdy z surowców był na wagę złota, lecz im dalej w las tym coraz częściej łapałem się na tym, że brakuje mi tylko jednego składnika, bo pozostałe mam w nadmiarze.

Z przeciwników i skrzynek wypada cała masa żelastwa. Bronie możemy zmieniać co chwilę i mamy tutaj naprawdę duży wybór. Same łuki znajdujemy aż w czterech kategoriach i każda z nich ma swoje plusy i minusy. W moim przypadku bronie, które towarzyszyły mi do końca gry zdobyłem gdzieś w połowie przygody. Wszystko inne co wyciągałem od martwych przeciwników to albo rozbierałem na czynniki pierwsze, aby pozyskać surowce albo odsprzedawałem u kowala. Bronie można ulepszać, aby dorównywały poziomowi postaci i czyniły większe spustoszenie. Najlepiej podpasowały mi zwykły miecz i tarcza oraz dwa krótsze ostrza do szybszej walki. Wszystko oczywiście w złocie, czyli w legendarnym statusie.

TROCHĘ GORYCZKI PO TYM DESERZE

Żeby jednak nie było, że tylko chwalę w grze znalazło się kilka rzeczy, które mi przeszkadzały. Przede wszystkim wątek w czasach współczesnych był potraktowany zupełnie po macoszemu. Nieciekawy i niepotrzebny. Będzie niewielki spoiler. Odnoszę wrażenie, że od śmierci Desmonda Milesa Ubisoft zupełnie nie ma pomysłu jak dalej pociągnąć historię z współczesnymi bohaterami. Główna bohaterka, Layla, nie jest może jakaś przesadnie nudna, ale też nie specjalnie porywa, a jej wątek był dla mnie zupełnie bez jajeczny. Wygląda na to, że dziewczyna chciała zaimponować Abstergo i sama zbudowała Animusa chcąc pozyskać informacje z okresu rządów Egiptu. Mamy tam niby jakąś dramę po drodze, ale zupełnie nie zaangażowała mnie ona emocjonalnie. Wydaje się, że wątek ten będzie jednak kontynuowany w kolejnych odsłonach.

Dużym rozczarowaniem był dla mnie również wątek Pierwszej Cywilizacji. Wiadomo, że w walce Asasynów z Templariuszami zawsze chodziło o pozyskanie technologii pierwszych ludzi. Nie inaczej jest tutaj, ale przyznam szczerze, że liczyłem na coś bardziej oryginalnego, a w sumie finał był taki sam jak niemal w każdej odsłonie. Nie pokuszono się nawet o jakikolwiek rozwój w tej materii. Bayek w swojej podróży odkrywa pradawne budowle Pierwszej Cywilizacji, jest wystawiany na projekcje, które przypominają między innymi o wydarzeniach z udziałem Desmonda, ale ani on ani nikt inny więcej nie porusza tego tematu. Ot, zapewne bogowie i ich przekazy, więc nie będę drążył tematu. Bieda na maksa, a przecież w „Assassin’s Creed IV: Black Flag” zostało to przedstawione rewelacyjnie i szkoda, że Ubisoft nie podąża w kierunku, który wtedy obrało. Jak dla mnie pomysł Pierwszej Cywilizacji jest znakomity i aż prosi się, aby deweloperzy i scenarzyści rozwijali tę historię.

PRZYGODA TRWA DALEJ, CZYLI DLC

Po zakończeniu głównego wątku i wykonaniu blisko 95% wszystkich zadań postanowiłem rozpocząć zabawę z dwoma rozszerzeniami fabularnymi. Pierwszy „The Hidden Ones” skupia się na grupie Asasynów mających swoją siedzibę w Synaju. Bayek udaje się na miejsce celem zlikwidowania rzymskiego generała, który wykorzystuje mieszkańców do niewolniczej pracy oraz niszczy świątynie i inne ważne budowle.

W tym rozszerzeniu nie dostajemy niczego nowego. Od cztery zabójstwa, do których zmierzamy wykonując pomniejsze zadania oraz kilka misji pobocznych. Nowy obszar to głównie góry więc nie specjalnie trafiał w moje gusta. Sama historia skupia się również na Asasynach, którzy zapatrzeni się w Bayeka jako ich mentora. Wraca kilka postaci z podstawki, a sama przygoda do ukończenia w 4-6 godzin.

Za to drugie rozszerzenie, tj. „Curse of the Pharaos” to już zupełnie inna bajka. Udajemy się do Doliny Królów, gdzie dochodzą pogłoski o klątwie faraonów, którzy wrócili z zaświatów i nękają mieszkańców. Już sam pomysł mi pasował. Standardowo zaczynamy nasze śledztwo i już od pierwszych minut pojawia się więcej pytań niż odpowiedzi, a rzeczy nie do końca wydają się być tym, czy są.

Do plusów na pewno należy zaliczyć zaświaty, które odwiedzamy celem uwolnienia (czyt. ubicia) faraona spod działania klątwy. Odwiedzamy w sumie pięć zaświatów, z których to każdy wygląda inaczej, cudownie, unikalnie. Ogromne pola trzcin połyskujące w blasku słońca, mroczna pustynia z ogromnymi posągami, kompleks świątyń, itd. Jednym słowem rewelacja. W każdym z nich oprócz zadania głównego dostajemy również możliwość wykonania kilku misji pobocznych. Znajdzie się też walka z nowymi przeciwnikami w postaci ogromnych skorpionów, które dostarczają nam nowego surowca potrzebnego do ulepszenia ekwipunku.

Byłem miło zaskoczony tym, że dostajemy w sumie historię na 10 lub więcej godzin, w zależności od tego, czy odkrywamy wszystko czy idziemy tylko po wątku głównym. Duże plusy dla Ubi, bo widać po raz kolejny w ich grze wzorowanie się na przygodzie Geralta.

CO DALEJ?

Mogę tak pisać jeszcze bardzo długo o tym, co mnie urzekło w nowej odsłonie o skrytobójcach, ale kto chciał zagrać własne zdanie już sobie wyrobił, a kto nie grał to zapewne mój tekst nic nie zmieni. Na pewno cieszy to, że Ubisoft rozwija grę. Widać, że deweloperzy mają plan na rozwój serii przynajmniej pod względem mechaniki. Mam też nadzieję, że w parze za tym pójdzie historia. Widać, że mają ogromne plany co do marki. Ja nie żałuję ani chwili spędzonej w Egipcie i już zacieram ręce na kolejną odsłonę, tj. „Assassin’s Creed Odyssey”, która zabierze nas w kolejny interesujący okres historyczny, czyli starożytną Grecję.

Tymczasem żegnam się z Wami w nadziei, że choć kilka osób dotrwało do końca. ;)

Pozdrawiam i zachęcam do komentowania. Wszelka konstruktywna krytyka mile widziana.

Tagi: assassins creed: origins

Oceń notkę
+ +17 -

Oceń profil
+ +24 -
LukeSpidey
Ranking: 712 Poziom: 43
PD: 10850
REPUTACJA: 1751
Miesięcznik PSX Extreme