SKLEP

Blog użytkownika Gomlin

Majkelx88
Gomlin Gomlin 27.07.2018, 10:02
Kultura na weekend 2.0 [ BEZ GRANIA ] #57
260V

Kultura na weekend 2.0 [ BEZ GRANIA ] #57

Kultura is BACK! 
Zapraszam do reaktywacji kulturalnego bloga na PPE!



KULTURA IS BACK!

Siemka!

Nawet nie wiecie jak ogromną przyjemność sprawia mi pisanie tego bloga!

Dzięki Waszemu wsparciu ( w każdej postaci) wracają mi siły. Co prawda do pełnego funkcjonowania jeszcze bardzo daleka droga przede mną (pełna wielu wyrzeczeń) ale powolutku wszystko się ureguluje. Od razu zaznaczam, że póki co jeszcze nie ma co liczyć na regularne cotygodniowe wpisy ale z czasem (mam nadzieję) wszystko wróci do normy :) Zdecydowaną większość dnia jestem zmuszony spędzać w łóżku ale staram się już (czy to przez tel czy lapka) aktywnie funkcjonować na portalu (czytając newsy, blogi czy komentując je)

To czy kolejny odcinek pojawi się za tydzień/dwa itp zależy w głównej mierze od tego jak się będę czuł i na ile siły pozwolą ;) 

Materiał z tego odcinka od moich gości pochodzi jeszcze sprzed ponad 2 miesięcy, gdyż nie zdążyłem go już opublikować - a nie pozwolę by się zmarnował!

Zatem z radością i pełnym uśmiechem zapraszam do weekendowej kultury z userem Kaszydo :)



Tradycyjnie: Ode mnie parę słów na ten weekend:


CZYTADŁO


Niestety nie mogę wstawić tu kolejnego nr Tytusa, gdyż kolekcja kupowana co piątek urwała się w okolicach 16 tomu... będę musiał kiedyś ją jakoś uzupełnić

Na przeczytanie książki wciąż jeszcze za wcześnie ale z powodzeniem czytam PE, które we wtorek przyniósł listonosz ;) 

Prawdziwa BOMBA dopiero teraz!

Wczoraj (tj czwartek) swoją premierę (reaktywację) miał magazyn.... KAWAII!

 

[ O ja! Jestem 15 lat młodszy! ]

O tej super wiadomości dowiedziałem się już tydzień temu na którymś profilu z fejsa. A wiadomość tą przekazał nie kto inny jak znany wielu (właśnie z Kawaii i CDA) MrJedi!

Dzisiaj mając magazyn w ręce - czuje się znów jak za dawnych lat ;)  100 stron przepełnionych treścią o mandze i anime. Nie przeczytałem go jeszcze ale treść zachęca do przewertowania każdego tekstu od pierwszej do ostatniej literki. Po przeczytaniu paru rzeczy ja osobiście czuję ducha starego dobrego Kawaii. Znajdziemy też parę tekstów zahaczających o gry ( Pokemon GO, Pokemon Let's Go Pikachu/Evee czy DB FighterZ) Fajna ramówka co nowego wychodzi bądź skrót tego co nam w temacie chińskich bajek oferuje Netflix ( a całkiem sporo tego!)  

Na nostalgii grają teksty o kultowych anime jak Neon Genesis Evangelion czy Akira. Do tego dochodzi sentymentalny tekst "Wspomnienia Kawaii" i dla mnie bomba! A jako pierwszy tekst przeczytałem 6 stronnicowy tekst " Anime w Polsce: Narodziny Fandomu"

A sam spis treści zawartego materiału prezentuje się tak : 

Magazyn polecam każdemu kto miał z nim kiedykolwiek styczność ( wspomnienia wracają ) ale i nowi (młodsi) fani anime i mangi mogą po niego sięgnąć z racji jak dobrze jest zebrany różnorodny materiał ;)

Do tego mamy plakat Z DBS lub Tytanów :)

 


MUZYKA


[ Rockowo ale spokojnie ]

Nickelback - How You Remind Me

 

 


FILM/SERIAL

Jak słusznie zauważył mister  Zdun, mam teraz masę wolnego czasu a TV w pokoju jest - także zgodnie z jego rekomendacją zacznę oglądać serial Gotham.  Lubię uniwersum Gacka, a że serial oferuje ponoć bdb odegrane postacie + klimat noir - nic tylko oglądać!

 



Ode mnie to na tyle tego weekendu i w tej chwili zapraszam do wypocin mojego gościa i 3-groszowiczów ^^




CZYTADŁO


Mordobicie. Wojna superbohaterów. Marvel kontra DC

Reed Tucker

„Żarty sobie, kurwa, robisz?! Jeśli Superman na serio uderzyłby Spider-Mana, posłałby go na Jowisza”

Wszyscy spodziewali się pewnie po mnie komiksu. Po części mieli racje. Bo Mordobicie to książka którą każdy fan komiksu powinien przeczytać.

Kiedy w 1938r. wydano pierwszy zeszyt Action Comics w którym debiutował Superman chyba nikt się nie spodziewał, że 80 lat później superbohaterowie będą tak ważną częścią naszej popkultury. Można nawet nie interesować się komiksami ale każdy kojarzy takie postacie jak Superman czy Batman. Przez wiele lat DC rządziło niepodzielnie w świecie komiksów. Aż tu nagle w 1960 wypłynęło na rynek superbohaterów mało znany wydawca Marvel. Wtedy rozpoczęła się wojna która trwa już ponad pół wieku.

„Mordobicie” to bardzo dogłębna analiza historii tych korporacji. Ich wzlotów i upadków, dobrych i złych decyzji, jak społeczeństwo i ekonomia wpłynęły na wydawnictwa. Pokazuje jak przez te wszystkie lata rynek komiksowy się zmienił a wraz z nim rywalizacja Marvela i DC. Jest to jednak przede wszystkim historia ludzi. Historia scenarzystów, rysowników, linkerów ale też prezesów i szefów w gajerkach którzy kręcą tym całym biznesem. A skoro o ludziach jest ta książka mamy konflikty, skandale, czasem zabawne anegdoty a czasem zwykle pranie brudów. Chociaż trudno się nie śmiać kiedy dorośli ludzie zwymyślają na postacie konkurencji np. mówiąc, że Wonder Woman to wylęgarnia chorób wenerycznych. Podoba mi się, że autor nie opowiada się za żadną ze stron, nie oczernia jednej albo wybiela inną. Nie stwierdza też kto wygrywa w tej wojnie, ale stawia parę ciekawe pytań nie tylko nad przyszłością Marvela i DC ale całego rynku komiksowego.

Książkę, tę mogę polecić również tym którzy interesują się tylko filmowym uniwersum Marvela i DC bo i na ten temat znajdziecie sporo informacji, a także tym których po prostu interesuje kultura popularna i jej postacie i symbole.

 

 


FILM


 „120 udrzeń serca”

 

Początek lat 90-tych. HIV/AIDS zbiera straszliwe żniwo na całym świecie. Rząd francuski nic nie robi by pomóc chorym obywatelom. Do niedawno powstałego francuskiego oddziału organizacji na rzecz walki z AIDS, ACT UP dołączają kolejni członkowie. Chcą pomocy – dla siebie, dla swoich bliskich, dla nieznajomych. Już na wstępie szef aktywistów mówi im, że nie ważne czy są chorzy czy nie, przez to, że tu są społeczeństwo uzna ich za zarażonych. Walka trwa. Walka o godne traktowanie, o leki, o jakąkolwiek pomoc. O przerwanie zmowy milczenia.

Wydarzenia te obserwujemy wraz Nathanem i Seanem. Pierwszy dopiero dołączył do grupy, choć sam jest zdrowy. Drugi działa w grupie od dawna organizując akcje i happeningi. Zaraził się w czasie swojego pierwszego stosunku ze starszym mężczyzną.

Jest kilka rzeczy które mnie zainteresowany. Po pierwsze, obraz społeczeństwa i ich reakcji na chorych. Społeczeństwo spycha ich na boczny tor, uważa, że ich ten problem nie dotyczy. Jest taka scena w liceum gdzie członkowie ACT UP rozdają ulotki na temat HIV/AIDS, bezpiecznym seksie i prezerwatywy. Jedna z uczennic z oburzeniem stwierdza, że nie weźmie tego bo nie zarazi się gejowskim AIDS. Niesamowite jak mało wiedziano o tej chorobie i jak mało o niej mówiono. Prasa milczała o problemie. Uważano, że dotyka tylko homoseksualistów, prostytutek i narkomanów, więc to rodzaj Boskiej Kary. Dopiero kiedy zaczęli chorować tzw. „normalni”, i okazało się do szpitali trafiła zakażona krew, prasa nagle się obudziła. Po drugie to obraz aktywistów. Agresywni, momentami sami bardziej przypominają złoczyńców. Ale kiedy każda sekunda przybliża ich bardziej do śmierci trudno dziwić się ich desperacji. I po trzecie to obraz życia z HIV/AIDS. Życia gdzie chwile mierzy się od jednego leku do drugiego. Gdzie nawet głupi krótki wyjazd na wakacje, to przeliczanie kroplówek, zastrzyków i leków które trzeba zabrać. Powiem szczerze, że parę razy oglądając ten film byłam bliska łez.

Czy coś mi się nie podobało? Niektóre sceny można było wyciąć lub skrócić a zamiast tego rozwinąć historię paru pobocznych postaci (zwłaszcza postać jednej z aktywistek można było trochę rozbudować). Powtarza się też motyw aktywistów bawiących się klubie. Rozumiem co reżyser chciał pokazać, ale czasem były te ujęcia trochę za długie. Mimo wszystko polecam jeśli szukacie dobrego dramatu, chociaż jeśli tematy LGBT+ was odrzucają możecie nie być zachwyceni. Jednak uważam, że jest to lepszy obraz o AIDS niż te które widziałam w amerykańskich filmach.

Z innych filmów to weekend zacznę od thrillera „Dziewczyna we mgle”. Trailer wygląda ciekawie, ale zobaczy się.


REKREACJA


WYSTAWA:

„Tysiącletnie królestwo strażników niebios" Tomasz Sętowski

„W poszukiwaniu piękna”

19 maja w Polsce wiele instytucji kultury brało udział w akcji „Noc w muzeum”. Również u mnie w Radomiu z tej okazji można było wziąć udział w paru ciekawych wydarzeniach . Np. W Muzeum im. Jacka Malczewskiego odbył się wernisaż nowej wystawy pod tytułem „W poszukiwaniu piękna”. Do udziału w wystawie zaproszono artystów z nurtu realizmu, surrealizmu, realizmu magicznego i tych, którzy zajmują osobne miejsca we współczesnej sztuce.

Artyści, którzy wźieli udział w wystawie: Karol Bąk, Iwo Birkenmajer, Maja Borowicz, Arkadiusz Dzielawski, Krzysztof Izdebski-Cruz, Anna Jagodová, Jarosław Jaśnikowski, Dariusz Jędrasiewicz, Dariusz Kaleta, Marcin Kołpanowicz, Tomasz Alen Kopera, Graszka Paulska, Krzysztof Powałka, Michał Powałka, Jarosław Kukowski, Łukasz Prządka, Zbigniew Seweryn, Tomasz Sętowski, Mira Skoczek – Wojnicka, Grzegorz Stec, Józef Stolorz, Jakub Dominik Strzelecki, Jacek Michał Szpak, Adam Widełka, Krzysztof Wiśniewski, Mariusz Zdybał.

Tutaj możecie obejrzeć profile artystów i zdjęcia ich prac: https://blisk(...)i-dziela

Dominują pracę olejne ale różnorodność stylów robi wrażenie. Od niesamowicie dopieszczonego detalami „Tysiącletnie królestwo strażników niebios" Tomasza Sętowskiego, przez rozpływającego się „Księcia” Grzegorza Steca, po niepokojącą pracę Dariusza Jędrasiewicza. Zdjęcie tego nie oddaje ale oczy postaci na obrazie błyszczą się i wydaja ci się, że naprawdę na ciebie patrzy. Zresztą by docenić wiele z tych dzieł trzeba stanąć przednimi. Najpierw z pewnej odległości by ogarnąć całość kompozycji. Potem z bardzo bliska by lepiej docenić kunszt pracy artysty. Oprócz olei, mamy też parę pięknych prac pastelami, jedną instalacje oraz parę rzeźb autorstwa Jacka Szpaka.

Jak będziecie w Radomiu zapraszam do muzeum :) Wystawa czynna będzie do końca lipca bieżącego roku.

 




W tym tygodniu film na podstawie książki, która jest bardzo bliska mojemu sercu. Chciałbym napisać kilka zdań na temat filmu „To” Andresa Muschettiego. Jest to horror na podstawie słynnej książki Stephena Kinga pod tym samym tytułem, który zrobił furorę na jesieni zeszłego roku, stając się najbardziej kasowym horrorem wszechczasów. Jest to też moja ulubiona książka i według mnie najwybitniejsze dzieło Kinga.

„To” – czyli wszyscy będziemy się pławić w powietrzu.

Akcja filmu rozgrywa się w miasteczku Derry w stanie Maine, w którym to w tajemniczych okolicznościach zaczynają ginąć dzieci. Grupa siedmiu nastolatków odkrywa, że miasteczko jest nawiedzone, a wszelkie „zło” kryje się pod postacią klauna, które każe na siebie mówić Pennywise. Dzieciaki postanawiają stawić czoła klaunowi, by powstrzymać plagę zaginięć i wypędzić zło z miasta raz na zawsze.

Powiem szczerze, że od momentu, gdy usłyszałem, że moja ulubiona książka po raz drugi zostanie przeniesiona na duży ekran (pierwszy raz było to w roku 1990, średnio udany film, ale za to ze świetną rolą Tima Curry jako Pennywise) żywiłem w tym filmie wielkie nadzieje ale i obawy, gdyż wiem, że King nie ma szczęścia jeśli chodzi o ekranizacje jego książek (poza oczywiście pewnymi wyjątkami). Nie wytrzymując do premiery udałem się na pokaz przedpremierowy i już wtedy się mocno zdziwiłem, bo takich jak ja było dużo więcej. Uprzedzając fakty napiszę, że się nie zawiodłem. Mimo, że film dość mocno odbiegał od książkowego pierwowzoru, to świetnie oddawał jej klimat. Chociażby pierwsza, ikoniczna już scena z Georgiem i z demonicznym klaunem świetnie wprowadza nas do całej historii, ale też i super została odwzorowana. Nie mogę tu nie wspomnieć o samym klaunie Pennywise, w którego wcielił się Bill Skarsgard. Jego wybór okazał się strzałem w dziesiątkę, gdyż pod toną makijażu wcielił się w postać, która z szerokim uśmiechem na twarzy terroryzuje miasto oraz naszych głównych bohaterów.

Oczywiście nie muszę mówić, że zalecam najpierw zapoznać się z książką, a dopiero później obejrzeć film, zgodnie z kanonami, gdyż jego odbiór może być inny. Mimo, że jest to ponad tysiąc stronicowy moloch, to warto poświęcić trochę czasu na przeczytanie, bo gwarantuje wam, że zapamiętacie tą historię na długo. Muszę też dodać, że powyższy film opowiada tylko połowę historii. Druga część to opowieść o dorosłych bohaterach, który po dwudziestu siedmiu latach wracają do rodzinnego miasta, ponownie opętanego przez wszelkie zło. Niedawno poznaliśmy głównych aktorów, którzy zagrają dorosłą „grupę frajerów”, zdjęcia zaczynają się latem tego roku, a premiera planowana jest na 5 września przyszłego roku. Czekam z niecierpliwością.

Moja ocena:

8/10




Kulturalne siemano na Croma !

Oto i nasz gość - Anthony Ryan i drugi tom cyklu "Kruczy Cień" - Lord Wieży .

Lord Wieży to drugi tom bestsellerowej trylogii Kruczy Cień. Pierwszy tom tej serii Pieśń krwi okazał się jednym z najbardziej spektakularnych debiutów epickiej fantasy w ostatnich latach. Prawa wydawnicze zostały sprzedane do kilkunastu krajów, a czytelnicy uznają tę powieść za najlepszy debiut gatunku od czasów Patricka Rothfussa i Marka Lawrence'a.

Lord Wieży to znakomita kontynuacja losów Vaelina Al Sorny. Przygodowa fantasy na najwyższym poziomie, pełna złowieszczych intryg, szczęku mieczy, pradawnej magii i dynamicznej akcji, która wciąga od pierwszej strony i nie puszcza aż do trzymającego w napięciu końca.

Pieśń krwi rozbrzmiała niespodziewaną nutą - ciepłym pomrukiem, w którym łączyło się rozpoznanie i poczucie bezpieczeństwa. Wyczuł, że zbliża się do domu.

Vaelin Al Sorna, wojownik Szóstego Zakonu, nazywany Mrocznym Ostrzem, Zabójcą Nadziei. Największy wojownik swoich czasów, a zarazem świadek największej porażki swego narodu, kiedy to wizja króla Janusa utonęła w morzu krwi ludzi, którzy walczyli niezłomnie za sprawę, która zrodziła się z kłamstwa. Vaelin jako jedyny o tym wiedział. Z niewiarygodnie ciężkim sercem wrócił więc do domu, postanowiwszy, ze już nigdy nie będzie zabijał.


Obdarowany tytułem Lorda Wieży przez wdzięcznego dziedzica króla Janusa, chciał odnaleźć spokój w chłodzie odległej północy. Ale przeznaczeniem obdarzonych pieśnią nie jest spokojne życie. Wielu poległo w wojnach króla Janusa, ale wielu przetrwało. Vaelin jest teraz celem, nie tylko tych, którzy szukają zemsty, ale także tych, którzy wiedzą, do czego jest zdolny.

Zdrowa cegła bo aż 904 strony ciekawego fantasy , przyczepił bym się tylko do fatalnej korekty , jest trochę literówek , ale warto przymknąć oko bo Ryana czyta się dobrze od pierwszej strony , opisy nie męczą , człowiek czyta z przyjemnością i chce więcej..

 

Mam nadzieję że wydawnictwo Papierowy Księżyc w końcu w tym roku wyda trzeci tom cyklu , czyli "Królową Ognia".

Kulturalnie pozdrawiam !


 



Czołem!

Grunge kiedyś był mocny, teraz niestety dogorywa i tylko drgnie sobie czasem konwulsyjnie (a może jest i całkowicie martwy).W sumie może to i lepiej, bo obecna muzyka rockowa średnio mnie kręci.Ale!Wróćmy do czasów kiedy była masa dobrych kapel tworzących w tym gatunku. Alice In ChainsSoundgardenPearl Jam i niech będzie, że Nirvana. To były dobre czasy dla fana rocka, oj tak…

 

Do Alicji lubię sobie często wracać, bo z całej tej sceny to właśnie oni trafiali w mój gust najbardziej (drugie miejsce dla Soundgarden). Dirt był pierwszym albumem Alice jaki miałem okazję usłyszeć i ludzie…co to był za album! Wskaźnik ponownych odsłuchań tej perełki jest u mnie cholernie wysoki, a zaraz za nim majaczy równie genialny minialbum Jar of Flies (bardzo nastrojowy mini-albumik). Wracając jednak do Dirt. Mamy tutaj szlagier za szlagierem. Down In A Hole, Rooster, Would?, Angry Chair, Them Bones, Dam That River, Rain When I Die i więcej, dużo więcej. Nie ma słabizn. Layne i Jerry to mistrzowie i tyle. To czym zawsze kupowało mnie Alice In Chains to ich niestandardowa, jak na grunge, konstrukcja twórczości - częsty flirt z metalem, rozbudowane kawałki podpadające czasem pod psychodelę. W ich utworach po prostu dużo się dzieje, dużo i ciekawie. Przygodę z AIC warto rozpocząć właśnie od Dirt.

Do następnego

 




Witam komiksowo !!!

Tym razem miałem pewien problem z doborem tytułu, który chciałem wrzucić do dzisiejszej kultury, szczególnie że ostatnim razem padło na serię humorystyczną, i dla równowagi myślałem by polecić coś bardziej poważniejszego. Tu jednak Was zaskoczę bo mój wybór padł na mangę, która była jednym z pierwszych tytułów wydanych u nas w Polce. I jest jedną z moich ulubionych mangowych serii. A chodzi o tytuł, który można spokojnie zaliczyć do gatunku komedii romantycznych. Na co w takim razie padło? Przekonajcie się sami.

Sama manga opowiada nam perypetie Keiichiego Morisato przeciętnego studenta politechniki i fana motoryzacji, który jak to bywa w przypadku komedii romantycznych, nie ma zbytnio powodzenia u płci przeciwnej. Jednak dziwnym z rządzeniem losu udaje mu się przywołać boginkę, mogącą spełnić jego jedno życzenie. Biorąc pod uwagę, że jak już wspominałem chłopaczyna nie ma powodzenia u dziewczyn, poprosił by taka boginka została z nim na zawsze. Co też zostaje spełnione.

Tak w skrócie zaczyna się niezwykła przygoda Keiichiego i Bellandy, opowiedziana w mandze Oh! My Goddess. Przez którą oprócz naszej dwójki przewinie się również bogata plejada innych osób - bogów, demonów, śmiertelników, a nawet robotów. Z których na szczególną uwagę zasługują dwie siostry naszej boginki Urd i Skuld. Które nie jednokrotnie same są katalizatorem problemów w jakie wplątują Morisato. Dzięki temu zabiegowi autorowi udaje się sprawić, że czytelnik się nie nudzi mimo tego że nie ma tu wartkiej akcji, i ciągłych wybuchów. A tym samym pobudzana jest jego ciekawość na zasadzie co będzie dalej, i jak potoczą się dalsze losy bohaterów.

Jedyną wadą, jaką można zauważyć, a która jest konsekwencją wprowadzenia większej ilości postaci. I może przeszkadzać co poniektórym osobom to to, że przez ten zabieg mamy tu nagromadzenie różnych wątków, na zamknięcie których czekamy dość długo. Choć biorąc pod uwagę, że sama seria Oh! My Goddess liczy sobie bagatela 48 tomów to nie powinno to nikogo dziwić.

Samego autora Oh! My Goddess nie trzeba nikomu przedstawiać, bo Kosuke Fujishima i jego styl powinien być dobrze rozpoznawalny dla osób, które miały styczność choćby z grami z serii Sakura Taisen/Wars, czy bardziej rozpoznawalną marką jaką są gry z serii Tales of. Sama kreska na przestrzeni lat tworzenia tytułu o boginkach ewoluowała pokazując tym samym jak przez lata zmieniał się warsztat autora wraz z rosnącym doświadczeniem na lepsze. Wystarczy wziąć w ręce pierwsze tomy mangi, i te ostatnie wydane w Polsce by zobaczyć różnicę.

Nie będę ukrywał że bardzo lubię pracę Fujishimy i jego styl sprawia, że od samego początku załapałem ogromną sympatią do tworzonych przez niego bohaterów, których nie da się nie lubić. A do samej Bellandy mam po prostu słabość. Na osobną uwagę zasługuje również przywiązanie mangaki do szczegółów, szczególnie widać to w rysunkach rożnych pojazdów, które przewijają się na kartkach tej mangi, choć nie tylko.

Oh! My Goddess to bardzo ciepła, i sympatyczna seria. W sam raz na poprawienie złego humoru, gdzie sprawdza się idealnie. Choć nie przypadnie każdemu do gustu, szczególnie osobom które oczekują po tytułach po które sięgają dość sporej ilości akcji, i superbohaterskich wyczynów pokroju Dragon Ball'a, czy innych tego typu tytułów. Jednak nadrabia to niepowtarzalnym klimatem, którego na próżno szukać w innych pozycjach. Jak i bohaterami, których z miejsca polubimy o ile damy szansę temu komiksowi.

Pozdrawiam.





Ach, studio Shaft. Ich produkcje od wielu lat są tak charakterystyczne, że już po pierwszych sekundach można powiedzieć, kto to dzieło popełnił: dziwne tła, miksowanie stylów animacji, jeszcze dziwniejsze piosenki, nienaturalne wyginanie szyi no i przede wszystkim zmasowane napierniczanie nawiązaniami do wszystkiego, tak że nawet rodowity Japończyk niekoniecznie wszystko zrozumie, ot choćby opening do Natsu no Arashi z tymi okładkami płyt z lat 80. Obecnie z racji wieloletniego rozbratu z anime niestety nie do końca się orientuję, co Shaft obecnie porabia, ale ostrożnie zgaduję, że żywi się swoimi największymi hitami, czyli Puella Magi Madoka Magica (któremu to anime swego czasu dałem 10/10 na MAL, a dziś kompletnie nie pamiętam dlaczego) oraz kolejnymi częściami -monogatari. Jednak zanim te sukcesy eksplodowały, bardzo lubiłem Shaft za takie serie jak Sayonara Zetsubou Sensei czy wspomniane Natsu no Arashi. Kolejne zwariowane dzieło tego studia, Arakawa Under the Bridge, zacząłem oglądać jeszcze w 2010 roku, ale sprawy się nieco przedłużyły i następne dwanaście odcinków pierwszego sezonu dooglądałem dopiero niedawno.

 

 

Młody chłopak, Ko, syn potężnego biznesmena, pewnego dnia wpada do przepływającej przez Tokio rzeki Arakawa. Pewnie by się nieborak utopił, ale ratuje go dziewczyna nazywana przez wszystkich Nino. Ko od niemal samych narodzin ma wpajane przez ojca, żeby nie polegać na nikim i nie mieć u nikogo długu i tu rodzi się pewien problem – bo teraz zawdzięcza Nino życie. Ta z kolei oznajmia Ko, że go kocha, co sytuację tylko komplikuje... Ostatecznie Ko zamieszkuje razem z Nino. Pod mostem. Jak w tytule.
Powyższe zawiązanie fabuły to tylko pretekst dla ukazania parady cudaków, którzy również mieszkają pod mostem lub po prostu na brzegu rzeki. Już sama Nino nie jest normalna, bo twierdzi, że pochodzi z Wenus. Nie chodzi o szajs typu „mężczyźni są z Marsa, a kobiety z Wenus” - ona naprawdę wierzy, że przyleciała z innej planety Układu Słonecznego i fajnie by było, gdyby kiedyś mogła wsiąść do rakiety i polecieć do swoich. Na szczęście świetnie umie pływać i łowić ryby. Burmistrzem całej społeczności jest koleś przebrany za kappę (nie za emot z Twitcha, a zielonego stwora z mitologii japońskiej), który – a jakże! - uparcie twierdzi, że jest prawdziwym kappą i ma nadprzyrodzone moce. Są Bracia Żelaźni, dwóch chłopców z metalowymi maskami na głowach, którzy „potrafią latać i zaginać czasoprzestrzeń”, ale nie robią tego, bo „uciekli z laboratorium i dzięki tym hełmom ich nie znajdą”. Jest potężnej postury były (?) najemnik przebrany za zakonnicę, stąd jego pseudonim Sister (jak powiedział mu Ko, który zdobył ksywę „Rekrut”: „przebrałbyś się za księdza i poszedłbyś walczyć z Drakulą!”), jest prowadząca gospodarstwo rolnicze Maria (największy troll czy wręcz sadystka w tym anime), jest Hoshi – brzdąkający na gitarze ziomek w masce, a jakże, gwiazdy... I wielu, wielu innych, a większość z nich porzuciła swoje dotychczasowe życie, by w spokoju sobie żyć pod mostem na własnych zasadach.

 

tak, ten słynny screenshot jest z Arakawa Under the Bridge

 

To wszystko służy do ukazywania serii gagów, w większości przypadków absurdalnych. Sens jakiejś połowy z nich mi umknął, a może nie było tam sensu żadnego? Odzwyczajony od produkcji Shaft i zaskoczony inherentną już dziwnością materiału źródłowego, na podstawie którego anime powstało, na początku byłem znudzony i nawet lekko poirytowany ekscentrycznością postaci. Ale gdzieś od połowy serii „kliknęło” i zacząłem ich lubić, a nawet miałem to przyjemne wrażenie, nie wiem, „swojskości”, podobnie jak przy Natsu no Arashi. Ostatecznie produkcję zaliczam na plus, choć nie przypadła mi do gustu na tyle, bym rzucał się na oglądanie drugiego sezonu – to pewnie nastąpi, ale raczej później.

 

Nie jest to anime dla każdego i trzeba być w odpowiednim nastroju, by przy nim wysiedzieć. Jeśli jednak podobały ci się co bardziej szalone produkcje Shaft i szukasz czegoś, co ma spore stężenie sympatycznej, japońskiej dziwności, to spróbuj zmierzyć się z Arakawa Under the Bridge.

 

Za tydzień: I typed the password „Goku” but it said it was too weak!

[ No nie wiem czy tak za tydzień ale zobaczymy :), dop. Gom]

 



Achuj !

Gomlin wzywa to jestem. Ostatnio zamiast siedzieć w Beskidzie Małym to przesiaduję w Beskidzie Śląskim, choć przy tej pogodzie to głównie tyłek w jeziorze moczę. Podsyłam panoramkę BŚ z Wielkiej Czantorii, polecam ten szczyt w godzinach porannych, koniecznie przed uruchomieniem kolejki linowej bo potem jest tam zbyt tłoczno. 




 

I tak oto kończymy reaktywowaną kulturkę ;)  Cieszę się niezmiernie, że mam możliwość prowadzenia tego bloga - a w tym momencie jego kontynuowania ;) 

Aby tradycji stało się zadość - serdecznie zapraszam do dzielenia się swoimi kulturalnymi zajęciami na ten weekend!

Do zobaczenia w następnym odcinku!

PS.

Wielu z Was zapewne wie, że mam teraz na głowie ogrom wydatków na leki/odżywki niezbędne do mojej rehabilitacji... Jeżeli ktoś chce mnie wspomóc, to na forum ppe w dziale "sprzedam" mam kilka gadżetów do sprzedania ;]

Ceny do uzgodnienia

Jeszcze raz dziękuję wszystkim za okazaną pomoc i wsparcie!

Trzymajcie się!

Pozdr, Gom




 

Tagi:

Oceń notkę
+ +31 -

Należę do rasy starożytnych smoków
Oceń profil
+ +141 -
Gomlin
Ranking: 23 Poziom: 75
PD: 52408
REPUTACJA: 30972
Miesięcznik PSX Extreme