Blog użytkownika Gomlin

Majkelx88

Gomlin Gomlin 27.04.2018, 14:53
Kultura na weekend 2.0 [ BEZ GRANIA ] #54
260V

Kultura na weekend 2.0 [ BEZ GRANIA ] #54

Jak zwykle serdecznie zapraszam do kolejnej dawki kulturalnego weekendu! 



Z misją odchamiania!

Siemka!

Kolejny weekend przynosi nam przyjemną dawkę kulturki ! Aż grzech jest nie skorzystać w dobie przepychu i chamstwa... Zatem zapraszam na kolejny odcinek odchamiania na PPE wraz z moimi stałymi bywalcami oraz zaproszonym ROLAND'em NINJ4



Tradycyjnie: Ode mnie parę słów na ten weekend:


CZYTADŁO


U mnie czytadełko bez zmian. Czara Ognia to już grubsza sprawa na tle 3 pierwszych tomów, także daje jej dużo więcej czasu na przejście do ostatniej kartki. 

A Tytus? To już 13 księga ale na szczęście nie okazała się zbyt pechowa ^^

Do czytania dochodzi świeżutki PE, w którym to możecie przeczytać moją polecankę !

 


MUZYKA


Angel Of The City - Cobra Soundtrack


FILM


W tygodniu coś szczególnego!

Kumpel, który lubuje się w filmach lat 80/90 polecił mi film do obejrzenia na weekend. Ponoć Kicz Klasy B, serwowany wraz ze świetnym humorem akcji. Obejrzałem zwiastun i muszę przyznać... biorę to! Co dziwne filmu albo nigdy nie widziałem albo jako bachor nie zwróciłem na niego uwagi. Daje mu dużą szansę i mam nadzieję, że mnie nie zawiedzie!

O czym będzie widowisko? A o Lodowych Piratach

 

A przy okazji zbliżających MŚ i akcji TVP SPORT - czekam na Kapitana Jastrzębia, który ponownie zagości w polskiej tv. Jest moc! Ciekawy tylko jestem czy pójdzie wersja ang, fr, jap czy może...dubbing? Sezon leci od 1 maja!

PS. I ten komentator :D


REKREACJA


Jak co roku po świętach wielkanocnych przypadają u nas tzw. odpust. Obchody/Jarmark św Wojciecha. W tym czasie są przeprowadzane procesje, modlitwy przy relikwiach itp. Jeżeli ktoś jest osobą wierzącą to jest to duże święto i świetna okazja by uczestniczyć w obchodach naszego patrona ;]

Inną jednak charakterystyczną rzeczą są stoły z balonami, pierdołkami, zabawkami różnej maści. To tutaj za dzieciaka kupowało się swoje pierwsze pistolety na kapiszony!

Są też obwarzanki, kiełbaski z grilla, WATA CUKROWA, cukierasy i loterie w których wielkie G idzie wygrać ;D

To już jest tradycja i chociaż teraz większość rzeczy na stołach to szmelc z chin to jednak przypominają się młode lata, kiedy za ten szmelc dzieciaki mało się nie pozabijały, heh. Piękne czasy. Dla samego sentymentu przejdę się po stołach ^^ 



Ode mnie to na tyle tego weekendu i w tej chwili zapraszam do wypocin mojego gościa i 3-groszowiczów ^^




Kulturalnie witam przybyłych.

Niespodziewanie dostałem ofertę współpracy przy blogu od starego, portalowego wyjadacza, nie zastanawiałem się więc długo tylko ofertę przyjąłem, bo jakże bym mógł odmówić. 

Jako że o grach piszę aż nadto, to bardzo chętnie dla odmiany przybliżę graczom książkę lub film z którymi w ostatnim czasie miałem przyjemność się zapoznać. Na pierwszy rzut idzie "kniga", bo wbrew pozorom też uwielbiam czytać oprócz grania.


CZYTADŁO


Brent Weeks - SAGA POWIERNIK ŚWIATŁA

Tom I - Czarny Pryzmat 

Książka dla każdego fana Fantasy, przedstawiająca dość nietypowy jak dla tego gatunku świat i całkowicie nietypowe realia. 

Nie jest to kolejna opowieść o wojnie orków z ludźmi, nieśmiertelnych elfach czy innych nieumarłych monstrach z otchłani. Jest to świat ludzi z krwi i kości. Ludzi różnych ras, różnego koloru skóry, wyznania i poglądów, dość analogicznych do tych żyjących na naszej planecie. 

Mieszkają oni w tzw. Siedmiu Satrapiach (królestwach) i jedyne czym się różnią od zwykłych ludzi to ich wrodzona wrażliwość na magię. Oczywiście nie każdy ją przejawia. Tylko wybrani mogą jej używać, a w szczególności tytułowy Pryzmat, który jest swego rodzaju naznaczonym liderem wszystkich ludzi. A czym się owa magia objawia? 

I tutaj mamy do czynienia z całkowitym, nietuzinkowym novum w gatunku. Owi wrażliwcy mogą krzesać z otaczających ich kolorów, kształty, energię, broń, elementy wyposażenia, ciecze wszelakie i co tylko dusza zapragnie. Do tego procesu potrzebują dostępu do światła, gdyż gdy go nie ma, nie widzą kolorów, a to mówi samo przez się. Brzmi dość enigmatycznie prawda? Na początku też nie potrafiłem sobie tego wyobrazić, bo autor dość bezpośrednio aplikuje czytelnikowi prawa rządzące światem. 

Nie przedłużając, owi krzesiciele jak są zwani, mogą używać tylko jednego koloru, dwóch, czterech czy nawet połowę spektrum od podczerwonego do pomarańczowego. Każdy z kolorów odpowiada za inny żywioł i wpływa na krzesiciela, np. niebiescy to zrównoważeni i spokojni magowie, czerwonych za to ponosi brawura i są bardzo chaotyczni, zieloni z kolei to hybrydy, u których nigdy nie wiadomo kiedy zmieni się ich nastrój itd. itp. Jednak tylko jeden potrafi władać wszystkimi, jest nim Pryzmat!

Z każdego koloru krzesiciele mogą wytworzyć inną materię. I tak np. z zielonego dość twardą niczym jadeit strukturę dobrą do wytwarzania broni, z czerwonego tylko substancje ciekłe i do tego łatwopalne, podczerwień wspomaga widzenie w ciemności, a żołty jest bardzo kruchy i lekki, ale w doświadczonych rękach można z niego tworzyć cuda.

Fabuła obraca się wokół Pryzmata, który przejawia moc panowania nad każdym z kolorów. Pojawia się on raz na 21 do 28 lat i gdy osiągnie dojrzałość magiczną, żyje tylko maksymalnie przez kolejne 7 lat, jako religijny lider nie tylko obdarzonych mocą krzesicieli, ale i zwykłych obywateli. Pech chciał że pewnego dnia na świecie pojawiło się dwóch pryzmatów, dwóch braci, historyczny ewenement. Jak to zwykle bywa, gdy dorośli to nie przejawiali tych samych poglądów. Jeden mówił o czystości krzesicieli i redukcji zwyklaków do roli służących, a drugi o pozostawieniu świata w istniejącym ładzie.

W taki oto sposób wybuchła brutalna i długa wojna który zmieniła świat nie do poznania. W książce zastajemy go w czasach po wielkiej wojnie, w której brat musiał zabić brata żeby nastał pokój. I tak ostał się tylko Gavin Guile, prawowity pryzmat, lider przed którym stoi nie lada wyzwanie, ponownego zjednoczenia 7 Satrapii, które wojenny chaos wywrócił do góry nogami oraz odnalezienia się w świecie bez brata.

Czarny pryzmat to pełna politycznych intryg opowieść, poruszająca tematy odmienności, wyalienowania w społeczeństwie, kompleksach i nietolerancji tak samo religijnej jak i rasowej. Jest to jednak przede wszystkim, pisana bardzo przystępnym językiem, powieść Fantasy, o ludziach z wielką mocą, która wciąga swoim nietypowym wizerunkiem od pierwszych stron. Nic nie jest tutaj takie jak się wydaje, wiele zwrotów akcji potrafi dać przysłowiowego "chlapa w pysk", a narracja przedstawiona z perspektywy trzech osób, zazębia się genialnie niczym w dobrej grze akcji.

Sam pomysł ludzi krzeszących, tworzących z koloru i światła rzeczy namacalne, jest moim zdaniem genialnym i całkowicie trafionym pomysłem. Przede wszystkim to jak ta wszechobecna moc wpływa na świat. Jedni osobnicy godnie wykorzystują swoje możliwości, inny nadużywają ich i dają się im pochłonąć, tracąc zupełnie kontrole i stając się tzw. kolorakami, czyli swego rodzaju zombie uzależnionymi od krzesania. Bo tam gdzie wielka moc tam i chaos!

Mógłbym pisać i opowiadać godzinami o tej świetnej dość długiej książce, która wpadła w moje łapy zupełnie przypadkiem jako prezent. Korzystając z okazji, chciałbym pozdrowić moją mamę, która mi owy prezent zafundowała, bo dzięki niej poznałem kolejny wspaniały świat fantasy. Mam już za sobą dwa tomy, trzeci w trakcie, a czwarty już jest na półkach w polskich księgarniach. I jeżeli kolejne są tak dobre jak dwa poprzednie, a szczególnie tom drugi, który zamiata moim zdaniem Władcę Pierścieni, to ja nie chce żeby ta saga się w ogóle kończyła!

Czytajcie bo na prawdę warto. Ja już czekam tylko kiedy Netflix czy HBO, poinformuje że zabiera się za ekranizację, bo saga na to zasługuje tak samo jak Gra o Tron.




Siedząc sobie wieczorem, oglądając raz po raz świetny pierwszy trailer z filmu „Venom” z Tomem Hardym jako Eddie Brock (moja najbardziej oczekiwana premiera tego roku), postanowiłem, że w tym odcinku bloga napiszę o ostatnim filmie jednego z moich ulubionych reżyserów, o którym głośno się zrobiło w roku 1999 po premierze filmu „Szósty zmysł”. Mimo, że przez ostatnie parę lat dość mocno podupadł, to jego ostatni film bardzo dobrze rokuje i wszystko wskazuje na to, że wychodzi już na właściwe tory. Oto „Split” M. Night Shyamalana.

„Split” – czyli M. Night Shyamalan się odradza niczym feniks z popiołów.

Kevin Wendell Crumbs (genialny James McAvoy!) cierpi na zaburzenia dysocjacyjne tożsamości (po naszemu rozdwojenie jaźni). Tyle tylko, że Kevin wykształcił w swoim umyśle nie dwie, nie trzy, ani nawet nie pięć oddzielnych osobowości, ale aż 23! Pewnego dnia główny bohater z początkowo nieznanych nam przyczyn uprowadza i więzi trzy Bogu ducha winne dziewczynki, które to jak się okazuje, mają paść ofiarą pewnego obrzędu, dzięki któremu tworząca się kolejna z jaźni, zwana „bestią” ma zdominować resztę osobowości.

Filmy M. Night Shyamalana (te lepsze, bo „Ostatni władca wiatru” i „1000 lat po ziemi” wolałbym przemilczeć) mają to do siebie, że z początku chwytają widza za gardło, by podczas seansu odpowiednio luzować bądź mocniej ściskać. I tak też mamy tym razem. Bardzo dobrze napisany scenariusz jest mocnym punktem tego filmu, bo pomimo niektórych momentów z pozoru mniej logicznych w trakcie seansu wszystkie puzzle pasują do siebie idealnie. Muszę tu też oczywiście wspomnieć o odwórcy głównej roli. 23 różne osobowości to nie przelewki. A kogo my tu nie mamy! Pedanta, 9 letniego dzieciaka czy faceta w damskich ciuszkach. James McAvoy płynnie przechodzi z jednej postaci na drugą przy bliskich zbliżeniach kamery na jego twarz, co zrobiło na mnie niesamowite wrażenie. Powiem szczerze, że słabo znałem jego wcześniejsze dokonania, ale od czasu obejrzenia „Splitu” bardziej będę się przyglądał jego karierze aktorskiej. Oczywiście film nie mógł się obejść bez uwielbianego przez Shyamalana twistu, który widzimy na samym końcu. By nie rzucać spojlerami mogę tylko napisać, że znawcy wcześniejszych filmów hinduskiego reżysera będą mile zaskoczeni.

Nie wstydzę się przyznać, że jestem wielkim fanem Shyamalana i zawsze będę bronił jego filmów. Możliwe, że już nigdy nie doczekam się kolejnego thillera/horroru pokroju „Szóstego zmysłu” czy też „Niezniszczalnego”, ale tym filmem pokazuje, że jeszcze o nim usłyszymy. Oby tylko utrzymał się jak najdłużej na tej fali wznoszącej. 

Moja ocena:

8/10




Kulturalne siemano :)

Dziś polecimy zgodnie z ostatnią modą na nordyckie klimaty:)

Rick Riordan i "Miecz Lata" - czyli cykl Magnus Chase i Bogowie Asgardu.

Rick Riordan - amerykański pisarz książek przeznaczonych dla nastolatków, jak i doroślejszych odbiorców. Studiował na Uniwersytecie stanu Teksas, specjalizując się w historii i anglistyce. Przez lata pracował jako nauczyciel. Sławę przyniosła mu seria powieści "Percy Jackson i bogowie olimpijscy", którą chętnie kontynuuje w "Olimpijskich Herosach". Obecnie mieszka w Teksasie wraz z żoną i dwoma synami. 

MAGNUS CHASE nie jest typem grzecznego chłopca. Od strasznej nocy przed dwoma laty, kiedy mama kazała mu uciekać, a potem zginęła, żyje samotnie na ulicach Bostonu. Przetrwał dzięki sprytowi i inteligencji, będąc zawsze o krok przed policją i kuratoriami.

Pewnego dnia Magnus dowiaduje się, że ktoś jeszcze usiłuje go znaleźć – wuj Randolph, człowiek, przed którym mama zawsze go ostrzegała. Kiedy usiłuje przechytrzyć wuja, wpada prosto w jego łapy. Randolph zaczyna mu opowiadać coś, co brzmi jak brednie o skandynawskiej historii i dziedzictwie Magnusa – zaginionej od tysięcy lat broni.

Coraz więcej elementów układanki zaczyna się jednak składać w sensowną całość. Z zakamarków pamięci Magnusa powracają powieści o bogach Asgardu, wilkach i Ragnaröku – dniu sądu. Ale Chase nie ma czasu na zastanawianie się nad tym, ponieważ świat zostaje zaatakowany przez ogniste olbrzymy i Magnus musi wybrać między własnym bezpieczeństwem a życiem wielu niewinnych ludzi.

 

Młodzieżowe 520 stron , lekko i z humorem , czyta się przyjemnie , jeśli ktoś polubił Harrego Pottera , to jest szansa że Magnus Chase też się spodoba :)

Miłego czytania i kulturalne do następnego razu :)





Czołem

Dzisiaj trochę z innej beczki, bo na tapecie soundtrack z gry Castlevania: Lament of Innocence. O samej grze i jaka jest dobra pisać nie będę, bo to niewłaściwe miejsce, ale mogę zająć się jej ścieżką dźwiękową, która jest jednym z najmocniejszych elementów tego tytułu.

Soundtrack do LoI to ciekawa mieszanka muzyki “klasycznej” z elektroniką. Przykładowo taki House of Sacred Remains - wstęp na organach, a w tle słychać chór. Wampiryczny klimacik wylewa się z głośników. Po chwili całość przechodzi w elektroniczne plumkanie, ale to nadal jest stylistycznie zwarte i nie ma mowy, że jakieś elementy do siebie nie pasują. Kawał dobrej roboty. Innym przykładem, gdzie taki miks wyszedł bardzo dobrze jest Garden Forgotten By Time, czy Ghostly Theatre, gdzie przygrywa nam dodatkowo flet albo Dark Palace of Waterfalls z elementami pianina. Mamy tutaj też do czynienia z utworami czysto elektronicznymi np. Anti-soul Mysteries Lab, gdzie momentami zahacza to o techno.

Soundtrack jest całkiem zróżnicowany, ale twardo trzyma klimat wampirzej sagi. Jak dla mnie jest najlepszym jaki wyszedł w skali całej serii. Warto się zapoznać z tym materiałem. Gorąco polecam.

Do następnego


 




Witam !!!

Nieraz zastanawiałem się za co tak bardzo lubię japoński komiks (animację też), i co skłania mnie do sięgania po tytuły rodem z Kraju Kwitnącej Wiśni. I w tych swoich rozmyślaniach doszedłem do wniosku, że tym czynnikiem są opowiadane historie, które nie raz nie tylko bawią. Ale również nie jednokrotnie podszyte humorem, w otoczce rodem z książek fantastycznych, czy baśni potrafią przemycić ważne wartości. Jednym z takich tytułów, jaki chciałbym Wam tym razem przedstawić są Wilcze Dzieci autorstwa Mamoru Hosody i Yuu.

Hana to zwykła studentka, której wpada w oko tajemniczy młodzieniec uczęszczający na te same wykłady. Pewnego dnia dziewczyna zdobywa się na odwagę i proponuje mu wspólną naukę. Para dość szybko zakochuje się w sobie, a mężczyzna postanawia wyjawić Hanie swoją skrywaną tajemnicę o tym że jest potomkiem japońskiego wilka.

Po niedługim czasie na świat przychodzą owoce tego niezwykłego związku, dziewczynka o imieniu Yuki, oraz chłopiec o imieniu Ame. Niestety jak to bywa w życiu nie wszystko jest usłane różami, i los wystawi Hanę na ogromna próbę. Tak pokrótce zaczyna się niezwykła historia opowiedziana w mandze opartej na scenariuszu anime o tym samym tytule.

Wilcze Dzieci, to ciepła opowieść o trudach jakim jest zadanie wychowania dzieci. Szczególnie że mamy tu do czynienia z historią samotnej matki, a zarazem młodej kobiety która stanęła przed niezwykle odpowiedzialnym zadaniem. Tym bardziej gdy do głosu dochodzi trudna do okiełznania zwierzęca natura. Weź tu dziecku wytłumacz, że nie można wyć w nocy do księżyca, czy też biegać po ulicy za zwierzętami, i to na czterech łapach. Poznawanie losów tej niezwykłej rodziny, a tym samym patrzenie jak dorastają Yuki i Ame sprawia że chciało by się więcej. Niestety manga liczy tylko trzy tomy, ale dzięki temu uniknięto niepotrzebnych dłużyzn, i całość pochłania się bardzo szybko, bez odrobiny nudy.

Całość dopełnia prześliczna i delikatna kreska rysowniczki ukrywającej się pod pseudonimem Yuu, niby prostej, ale pełnej uroku. Nieraz łapałem się na tym, że zamiast przewracać kolejną stronę komiksu, to podziwiałem niezwykłe rysunki. Gdzie choćby same twarze, i ich mimika świetnie oddają uczucia bohaterów. Co tym bardziej sprawia, że razem z nimi przeżywamy ich radości i smutki.

Mangę polecam każdemu kto lubi na pozór niezwykłe historie, pełne ciepła, ale tak naprawdę dotyczące nas samych. Jak i tym wszystkim, którzy są rodzicami, i sami wiedzą czym jest trud wychowania własnego potomstwa, bo można tu znaleźć wiele odniesień do własnych doświadczeń podanych w prostej i przystępnej formie.

Natomiast ci co znają filmowy pierwowzór, też nie powinni koło tego komiksu przejść obojętne, szczególnie że będą mimo znajomości tej niezwykłej historii, nadal się świetnie bawić. Choćby wychwytując różnice pomiędzy samym anime, a mangą.

Pozdrawiam.



 


Hiroyuki Imaishi. Ten pan zaczynał swoją karierę w animacji od pracy przy serii, którą może nawet znacie: Neon Genesis Evangelion. Obecnie pracuje w Studio Trigger, którego zresztą jest współzałożycielem, jednak nim opuścił Gainax (co się z tym studiem podziało...), popełnił tam jedną, niezwykle ważną serię: Tengen Toppa Gurren Lagann.

Ludzie żyją pod ziemią. Nie są tam specjalnie szczęśliwi, szczególnie, na powierzchnię wychodzić nie wolno. Młody chłopak, Simon, operuje świdrem i próbuje dokopać się do różnych skarbów. Jego kumpel, Kamina, to z kolei super przebojowy ziomek, który jak się zdaje nie boi się niczego i z całych sił Simona wspiera. Ich sytuacja jednak pewnego dnia drastycznie się zmienia, bo po pierwsze Simon dokopuje się do małego robota górniczego, którego ktoś pozostawił wśród skał lata temu, a po drugie sklepienie jaskini, w której mieszkają, przebija wielki robot, którego pilotuje jakaś hybryda człowieka ze zwierzęciem, a walczy z nim cycata panna imieniem Yoko. Ta zadyma odcinek po odcinku eskaluje do regularnej rebelii przeciw uciskowi, kolejne podziemne wioski są wyzwalane, ludzie przejmują roboty od pokonanych zwierzoludzi... Tajemniczy imperator, Lord Genome, rzuca do walki swoich najlepszych generałów i najpotężniejsze machiny bojowe, ale nasza ekipa zdobywa licznych sojuszników, co – jak można zgadnąć – prowadzi do zadymy jeszcze większej.

Nie chcę pisać więcej o fabule – anime jest powszechnie znane i albo każdy już tego klasyka oglądał, albo powinien z miejsca swoje niedopatrzenie nadrobić. Słowo „eskalacja” świetnie do TTGL pasuje – bo od rzucania kamieniami w pierwszym odcinku dochodzimy do rzucania małymi galaktykami w odcinku ostatnim i wcale tu nie ubarwiam. Po drodze mamy epickie akcje, bohaterskie poświęcenia, romans, zdradę, fanserwis a'la Gainax, a wszystko to podane w jakże charakterystycznym dla wspomnianego na początku tekstu Imaishiego stylu: szalonej i urywającej łeb swoją prędkością animacji. Całości dopełnia muzyka, bo w końcu to Taku Iwasaki – z jednym wybitnym utworem „Libera me from hell” (tak, to ta „rap opera”), który odpalany jest w najbardziej epickich momentach tego anime, które zdarzają się już pod koniec serii. Zresztą pamiętam tę plotkę, że na ostatnie epizody rzekomo poszło 40% budżetu...

Anime oglądałem jeszcze w 2007 roku i wtedy dość mocno szalałem na jego punkcie. Dla mnie to jest natychmiastowy klasyk i jedno z moich ulubionych anime w ogóle (co ambitniejsi czytelnicy mogą spróbować zgadnąć, jakie jeszcze inne serie są moimi ulubionymi), oglądałem je ładnych parę razy, a najlepsze sceny znam na pamięć. Spotkałem się z zarzutem, że jest to takie „Michael Bay the anime”, przepełnione eksplozjami, pośród których gubi się fabuła, sens i cokolwiek. Nie podzielam tej opinii, rzecz jasna – postacie są sympatyczne, fabuła (autorstwa tego samego pana, co przedstawienie Oh! Edo Rocket! oraz później anime Kill la Kill) ma swoje naprawdę mocne i zapadające w pamięć momenty, a sceny akcji zazwyczaj mają swoje uzasadnienie. Ze swojej strony jako wadę wskazałbym zakończenie – może nie jest to do końca niesławny „Gainax end”, ale pozostawiło we mnie mocne uczucie niedosytu i nic na to nie poradzę.

Anime doczekało się dwóch filmów pełnometrażowych, będących właściwie streszczeniem serii tv z dodanymi niektórymi scenami, ale jakoś mnie nie porwały. Ma też specjalny epizod bundlowany z grą na Nintendo DS – sam odcinek to według mnie nic specjalnego, a gra nigdy oficjalnie poza Japonię nie wyszła. Epizod szósty, dziejący się w gorących źródłach (onsen) i zawierający sporo fanserwisu, został ocenzurowany na potrzeby emisji w telewizji (w paśmie porannym, adresowanym do dzieci), a wersja „właściwa” trafiła na DVD.

Charakterystyczne okulary Kaminy i odzywki typu „uwierz we mnie, który wierzy w ciebie” stały się nieodzowną częścią anime'owego folkloru. Czy lubisz anime z wielkimi robotami, czy też nie – nie ma to większego znaczenia, bo na pierwszym miejscu w tej produkcji stoi przygoda i akcja, według mnie jedna z najlepszych, jaką świat anime ma do zaoferowania.

 

Za tydzień: też facet ze świdrem, ale zamiast przyrodzenia.




Achuj !

 Majówka idzie, więc pożegnamy zimę symbolicznie z Mirror of Winter (Farewell to Winter) od t-maker. Pora ruszyć dupsko na szlak i zdobyć jakiś szczyt, może symbolicznie zacznę sezon od Gór Świętokrzyskich.

 




I tak oto kończymy ostatnią kwietniową kulturkę! Co sprytniejsi jak wzięli 3 dni wolnego (pon, czw, pt ) to mają mega wypasioną majówkę, heh. Dziękuję moim stałym współpracownikom oraz RoNALD'owi!
A mi pozostaje już tylko zaprosić na za tydzień!

 

Pozdr, Gom




 

Tagi:

Oceń notkę
+ +15 -

Należę do rasy starożytnych smoków
Oceń profil
+ +147 -
Gomlin
Ranking: 26 Poziom: 78
PD: 59988
REPUTACJA: 35970