Blog użytkownika Gomlin

Majkelx88

Gomlin Gomlin 20.04.2018, 12:56
Kultura na weekend 2.0 [ BEZ GRANIA ] #53
285V

Kultura na weekend 2.0 [ BEZ GRANIA ] #53

Jak zwykle serdecznie zapraszam do kolejnej dawki kulturalnego weekendu! 



Wszystko zastopowało...

Siemka!

Ostatni tydzień i weekend były ciężkie. Wirus wymęczył mnie do tego stopnia, że ledwo co dałem sobie szansę na czytanie czegokolwiek...Nawet Tytys poszedł w odstawkę.. Ale już wszystko wraca do normy - dziękuję wszystkim za "dobroć" w komentach w związku ze złym samopoczuciem!

Dziś  gość specjalny - Rozbo ! Wszyscy wiemy ile czasu zapewne zabiera praca w PE, czuwanie nad blogami PPE a w tym obowiązki itp. Zatem można podziękować, za znalezienie czasu na kulturkę w tym natłoku obowiązków!

PS!

Spokojnie - KONSOLOMETR żyje i ma się dobrze! Każdy z nas ma obowiązki i nie zawsze idzie się wyrobić na czas z tekstem. I chociaż wszystkie teksty już mam to jednak sam już nie znalazłem czasu na złożenie wszystkiego - także MARCOWY odcinek zadebiutuje w weekend - najpóźniej w poniedziałek! THX za cierpliwość ;)



Tradycyjnie: Ode mnie parę słów na ten weekend:


CZYTADŁO


Wracamy do czytania, także już mam do nadrobienia 2 numery Tytusa!

Dalej czeka wciąż ledwo co zaczęta Czara Ognia 

 


MUZYKA


Van Halen - Jump


FILM


W tygodniu obejrzałem film pt Nie oddychaj [ Don't Breathe ] i powiem szczerze, że dawno już żaden thriller nie zapadł mi w pamięć. Nie jest to może wybitne kino (a w wielu momentach naciągane ) ale trzyma w zaciekawieniu do końca. Film opowiada historyjkę napadu na dom niewidomego starca by zgarnąć jego majątek. Prościzna prawda? Jednak ten starzec to jakiś były najemnik/żołnierz, który wrócił z Iraku albo Iranu (nie pamiętam...) i da złodziejom nieźle popalić (nie okazując litości). Dobre mocne kino na weekendowy wieczór ;) Ja osobiście zamierzam oglądać jeszcze raz ;]



Ode mnie to na tyle tego weekendu i w tej chwili zapraszam do wypocin mojego gościa i 3-groszowiczów ^^




Czołem załoga!

Na wstępie – wielkie dzięki dla Gomlina za zaproszenie. To dla mnie prawdziwy zaszczyt :-) Jedziemy w takim razie z koksem. Będzie krótko i w klimatach… lotniczych. Tak jakoś wyszło.


CZYTADŁO


Bohdan Arct „Kamikadze – boski wiatr”

Pozycja w moim sercu szczególna, bo do książki wracam regularnie co kilka lat. Bohdan Arct to autor raczej nieznany szerszemu gronu czytelników. Był w trakcie II wojny światowej pilotem myśliwca i służył w dywizjonie 306 a potem dowodził dywizjonem 316. Po wojnie zajął się pisaniem książek, siłą rzeczy mocno związanych z tematyką wojenno-lotniczą, jednak jedna była szczególna…

„Kamikadze – boski wiatr” jest bowiem powieścią, która idealnie nadawałaby się na oscarowy film hollywoodzki. Opowiada historię młodego japońskiego pilota, który zostaje wcielony do sił powietrznych w schyłkowej fazie wojny. Książka Arcta w dojmujący sposób przedstawia dramat japońskich pilotów u progu dorosłości, którzy uwikłani zostają w skomplikowany system społeczno-kulturowy, wymagający od Japończyka w tamtych czasach bezwzględnego posłuszeństwa oraz piętnujący wszelkie przejawy słabości czy też pacyfizmu. Pokazuje też, w jak cyniczny sposób dowództwo Imperium wykorzystywało slogany o honorze i patriotyzmie, nakazując im samobójcze, całkowicie bezcelowe misje. „Kamikadze – boski wiatr” pełne jest melancholii, ale i nieuchronnego poczucia klęski, które cały czas wisi w powietrzu nad głównymi bohaterami, a które znajduje kulminację w dramatycznym finale.

Przede wszystkim jednak Arctowi, doświadczonemu przecież pilotowi, zręcznie i w niezwykle obrazowy oraz dynamiczny sposób udaje się opisywać walkę w przestworzach, przez co książkę czyta się jednym tchem, zaś sekwencje lotnicze (których w powieści jest niemało) wręcz kipią emocjami. Jak mówiłem – idealny scenariusz na film. Polecam!

 


ANIME


„Macross Plus” OAV

Anime mojej młodości, do którego przypadkowo dotarłem znów po latach. To kwintesencja lat.90 z fenomenalną muzyką oraz doskonałą kreską. To też historia w pewnym sensie poboczna w stosunku do całego Macrossa. Bardziej intymna i o mniejszej skali (co nie znaczy, że brakuje jej epickości!), za to pozostająca w sercu dłużej niż inne Macrossy. Skupia się na trójce bohaterów, którzy tworzą skomplikowany trójkąt wzajemnych uczuć. Porywczy, niepokorny i pełen werwy Isamu Dyson, chłodny i zdyscyplinowany pół-Zentradi Guld Goa Bowman oraz piękna, obdarzona niezwykłym talentem wokalnym Myung Fang Lone to przyjaciele z dzieciństwa. Pewna trauma z tamtych lat sprawia, że ich losy się rozchodzą. Po latach ponownie spotykają się na swej rodzinnej planecie. Isamu i Guld są teraz pilotami oblatywaczami dwóch eksperymentalnych, transformujących się w roboty myśliwców, którzy prowadzą ostrą rywalizację na granicy bezpieczeństwa i zdrowego rozsądku. Myung wraca na planetę jako agentka pierwszej w historii piosenkarki SI. W trakcie historii pojawiają się i inne wątki, głównie ten związany z zagrożeniem płynącym z igrania ze sztuczną inteligencją. „Macross Plus” to czasy jeszcze sprzed rewolucji dronowej, którą obecnie obserwujemy na świecie i pojawia się tam ciekawy wątek drona wojskowego sterowanego właśnie przez sztuczny mózg.

„Macross Plus” porywa swoją historią i jej głównymi bohaterami, przede wszystkim został zrealizowany w doskonały sposób. Tradycyjna animacja jest tu jedną z najlepszych, jakie widziałem, a wsparta dodatkowo zapadającą w pamięć muzyką skomponowaną przez Yoko Kano, sprawia, że nie można odkleić się od ekranu telewizora. Ponadto, w „Macross Plus” znajdziecie chyba najlepszy pojedynek wielkich robotów w dziejach anime.

Polecam (jeśli macie taką możliwość) obejrzeć czeroczęściowe OAV, które dokładnie przedstawi historię trójki bohaterów. Jest jeszcze wersja pełnometrażowa, jednak nigdy nie miałem sposobności jej obejrzeć, więc nie chcę się wypowiadać.


To tyle ode mnie. Dzięki i do następnego!  




W zeszłym tygodniu obiegła świat bardzo przykra informacja, mianowicie pożegnaliśmy wybitnego reżysera – Milosa Formana. Mimo, że jego dokonania reżyserskie pod względem ilości nie robią dużego wrażenia, lecz jak już coś stworzył, to zazwyczaj arcydzieło. Dlatego też w tym tygodniu chciałbym napisać o najbardziej znanym dziele Milosa Formana – „Lot nad kukułczym gniazdem”

„Lot nad kukułczym gniazdem” – czyli nic tak nie irytuje ludzi, którzy chcą ci obrzydzić życie, jak to, że zachowujesz się tak, jak gdybyś tego nie zauważał.

Film na podstawie książki Kena Keseya pod tym samym tytułem opowiada historię Randla Patricka McMurphiego, drobnego złodzieja i przestępcy, który zostaje skazany na pobyt w więzieniu. W celu uniknięcia kary podczas rozprawy udaje niepoczytalnego, dzięki czemu zamiast za kratki, trafia do szpitala dla psychicznie chorych. McMurphy tym samym był przekonany, że spokojnie odsiedzi swoje w szpitalnych, bezpiecznych warunkach, jednak szybko zdaje sobie sprawę, że tak wcale nie musi być. Okazuje się bowiem, że szpitalnym oddziałem dla umysłowo chorych rządzi despotyczna pielęgniarka – siostra Mildred Ratched, która w celu utrzymania porządku i spokoju na oddziale stosuje dość brutalne metody, ataki fizyczne i psychiczne na pacjentach. McMurphy nie akceptuje tego typu metod i postanawia się buntować i stara się przekonać do tego samego swoich nowych szpitalnych towarzyszy, co jednak nie przynosi oczekiwanych rezultatów.   

Pisząc o tym filmie, to nie sposób nie wspomnieć o odtwórcach głównych ról. Wszyscy kojarzą Jacka Nickolsona za jego rolę jako Joker w Batmanie (niewątpliwie świetna rola). Jednak moim zdaniem to właśnie w roli w „Locie…” pokazał cały kunszt swoich możliwości i niewątpliwy talent (później go tylko potwierdził w „Lśnieniu”). Randle McMurphy to człowiek tętniący energią i pełen życia. Absolutnie nie zgadza się z zasadami panującymi na oddziale, na różne sposoby stara się wzbudzić to samo u innych pacjentów, którzy do tej pory grzecznie stosowali się do szpitalnych norm.Aż do pojawienia się McMurphiego, który z miejsca stał się ich liderem, mentorem.A ten, stara się traktować innych jak normalnych ludzi, pomimo oczywistych zacofań umysłowych u niektórych. Niestety okazuje się to bardzo trudne, bo na drodze ku lepszemu stoi despotyczna i bezkompromisowa szefowa oddziału – siostra Mildred Ratched (Louise Fletcher). Jest ona zupełnym przeciwieństwem Randla, pozbawiona emocji i jakiejkolwiek mimiki twarzy kobieta bezwzględna, która nieznosi niesubordynacji. Maltretacja podopiecznych jest w jej mniemaniu jedyną terapią, która może przynieść porządany skutek. Zderzenie tych dwóch osobowości doprowadza do wielu sytuacji i spięć, które z początkowych drobnostek z czasem stają się prawdziwą wojną w obronie własnych wartości.

Jest to fim pełen metafor, różnych interpretacji i kultowych scen. Moimi ulubionymi są sceny gry w koszykówkę, lub gdy McMurphy kradnie autobus i zabiera swoich nowych przyjaciół na wycieczkę. Metafory? Pierwszym oczywistym skojarzeniem jest tu walka społeczeństwa (pacjenci) z totalitaryzmem (siostra Ratched). Ale czy tylko? To już pozostawiam dla was, niech każdy z was postara się zinterpretować ten film na swój sposób. Polecam ją każdemu, historia jest bardzo poruszająca, piękna, ale też i dość smutna. Wybitne kino, które trzeba znać. 

Moja ocena: 

10/10




Kulturalne siemano :)

Dziś gościmy Rogera Zelaznego i "Kroniki Amberu" - lata temu czytałem tylko pierwszą część kronik , "Dziewięciu Książąt Amberu" - pamiętam że bardzo mi się podobało , niestety jakoś nie trafiłem ciąg dalszy , dopiero jakiś czas temu kupiłem kompletne wydanie ,dwa grube tomy które zawierają wspomniane "Dziewięciu Książąt Amberu", "Karabiny Avalonu", "Znak Jednorożca" , "Ręka Oberona" i "Dworce Chaosu".

Istnieją dwa światy – Amber i Dworce Chaosu. Pomiędzy nimi istnieje nieskończona liczba cieni – rzeczywistości równoległych, które są tylko bladym odbiciem prawdziwych światów.
Corwin jest księciem i prawowitym następcą tronu Amberu. W wyniku wypadku stracił pamięć i nieświadom tego, kim jest, spędził na Ziemi wiele stuleci. Jednak gdy ktoś z jego krewniaków chce go zabić, Corwin musi sobie przypomnieć swoją przeszłość. Dowiaduje się, że jego rodzina posiada niezwykłe zdolności, pozwalające na kontrolowanie rzeczywistości i podróżowanie pomiędzy wymiarami. Corwin postanawia wyjaśnić tajemnicę zniknięcia swego ojca, króla Oberona i staje do brutalnej walki o należny mu tron.

 

 

"Przeczucia grały w berka w grotach mojego umysłu, a żadnego z nich nie zaprosiłbym na obiad."

Roger Zelazny

Pierwszy tom liczy sobie 640 stron , drugi 760 stron .

Ciekawy świat , rodzina , walka o władzę , intrygi , charyzmatyczni bohaterowie - warto sprawdzić samemu :)

Pozdrawiam i do następnego razu na Croma !





Czołem

Dzisiaj na słuchawkach legenda ciężkiego grania Ozzy Osbourne i jego pierwszy album solowy po rozstaniu z Black Sabbath, czyli Blizzard of Ozz.

Z wokalistami, którzy rozstali się z macierzystymi kapelami bywało różnie. Niektórzy sobie świetnie poradzili (Peter Gabriel i Phil Collins, Genesis), a inni gorzej (Paul Di’Anno, Iron Maiden). Ozzy zdecydowanie zalicza się do kategorii ludzi, którzy w solowej karierze osiągnęli ogromny sukces.

Debiut Ozzy’ego to dobra płyta. Przetarcie szlaku przed szlagierami, które miały nadejść, wraz z Zakkiem i jego gitarą. Na Zamieci Ozza znajdziemy trochę wolnych kawałków w klimacie balladowym i choć osobiście wolę ostrą rock&rollową jazdę w wykonaniu odgryzacza nietoperzych główek, to te utwory nie przynudzają. Takie Goodbye to the Romance to już przecież klasyk. Na szczęście dla miłośnika szybkich partii też się coś znajdzie. Crazy Train, który faktycznie sunie niczym rockowy pociąg z charakterystycznym riffem i refrenem. Część z Was może kojarzyć utwór z reality show o codziennym życiu Osbourne'ów. Co tam jeszcze ciekawego się znalazło? Przykładowo taki Mr. Crowley z zajefajnymi solówkami i klimatycznym wstępem na organach, czy Steal Away (The Night). Randy na gitarze wymiata, że aż miło.

Wokalnie jest cacy. Lubię wokal Ozzy’ego. Charakterystyczny, specyficzny i unikalny. Kiedyś ktoś powiedział, że Ozzy wprowadzał do Black Sabbath element szaleństwa swoim głosem, a Ronnie Dio epickość. Zawsze byłem fanem szaleństwa, dlatego wolę płyty BS z Ozzym. Na Blizzard of Ozz też mamy sporo szaleństwa. Dlatego warto tego albumu posłuchać.

Do następnego


 




Witam !!!

Cenzura to taki twór ludzkości, z którym z jednej strony staramy się zawzięcie walczyć i mu przeciwstawić, a z drugiej strony jesteśmy w stanie zaakceptować jeśli stosowana jest w dobrej wierze. Stosuje się ją z rożnych powodów by chronić najmłodszych, by dostosować treść do obowiązującego prawa. Czy też w celach politycznych, by ograniczyć wolność słowa.

Właśnie ta ostatnia wizja została przedstawiona w niedawno wydanym u nas Poison City autorstwa Tetsuyi Tsutsuiego.

Jest rok 2020, w przededniu Igrzysk Olimpijskich odbywających się w Tokio, mają miejsce działania cenzorskie na niespotykaną dotąd skalę. Władze prowadzą krucjatę przeciwko treściom uznanym za obsceniczne lub z innych powodów niewłaściwe.

To właśnie w takich okolicznościach znajduje się Mikio Hibino początkujący mangaka, który próbuje opublikować swój horror pod tytułem „Dark Walker”. Gdzie spotyka się z wielokrotnym oporem cenzury i nieprzychylnością wydawnictw. Ostatecznie zdobywa jednak miejsce w magazynie komiksowym, które postanawia opublikować jego dzieło. Pytanie tylko jakim kosztem?

Manga autorstwa Tsutsuiego ukazuje nam wbrew pozorom możliwie jak najbardziej realistyczną wizję zdarzeń do których faktycznie może dojść. Szczególnie gdy weźmiemy pod uwagę sam kontekst snutej opowieści, i jej umiejscowienie. Udowadniając nie jednokrotnie, że Japończyk ma głowę pełną pomysłów. Na szczególną uwagę zasługuje tu połączenie dwóch światów, gdzie mangaka tak jakby stworzył komiks w komiksie. I pozwala nam zajrzeć na strony mangi tworzonej przez samego bohatera tej opowieści.

Reszta komiksu również robi nie mniejsze wrażenie, szczególnie że autor nie tylko starał się ukazać w niej samą motywację cenzorów, i ich walkę z twórcami i wydawcami. Ale także stara się pokazać na jakie ustępstwa są w stanie pójść sami autorzy, byle tylko ich twórczość ukazała się drukiem.

Wrażenie to potęguje realistyczna kreska, i brak praktycznie jakichkolwiek humorystycznych wtrąceń, do których przyzwyczaiły nas inne mangi, starające się nie co rozładować napięcie.

Czy warto zapoznać się z Poison City? Uważam, że jak najbardziej szczególnie jeśli szukamy w komiksie, nie tylko czystej rozrywki. Ale również tego czegoś co nas skłoni do przemyśleń, a tym samym stara się poruszać tematy, które mogą być bliskie naszemu sercu. I tym samym nie tak odległe, jak nam się wydaje.

Pozdrawiam.



 


Okres szogunatu Tokugawów, trzymającego się aż do 1868 roku, zwany jest też okresem Edo – od nazwy miasta, w którym znajdował się zamek-siedziba Tokugawów. O mieście Edo pewnie słyszeliście – nazywa się teraz „Tokio”. Szogunowie postanowili pokazać środkowy palec reszcie świata i odcięli Japonię od kontaktów z zagranicą niemal kompletnie – ani chrześcijańscy misjonarze za wiele nie zdziałali, ani zamorscy kupcy nie pohandlowali. Ludzie byli trzymani dość mocno za mordę: mieli narzucone zachowania i stroje, każdy miał znać swoje miejsce. Szogunowie zresztą chcieli uspokoić kraj po chyba dużo bardziej eksploatowanym w grach i anime okresie dwustu lat wojen: Sengoku. I na początku dość w miarę to szło: kraj się rozwijał, na kulturę też czas się znajdował. Niestety gdy przyszły problemy typu klęski żywiołowe, to opóźniony w stosunku do reszty świata kraj, zamknięty na import i eksport, radził sobie coraz gorzej, bo mało kto jest szczęśliwy, gdy przyjdzie mu głodować.

W 1842 roku lord feudalny Mizuno Tadakuni powprowadzał reformy ekonomiczne i społeczne mające na celu rozwiązanie ówczesnych problemów. Jedne z „reform” społecznych nakładały poważne ograniczenia na różne formy rozrywki, co temu panu pamięta się do dziś.

 

 

Z tego, co napisałem powyżej, jakiekolwiek znaczenie dla fabuły Oh! Edo Rocket! ma przede wszystkim fakt, że nałożono ograniczenia na rozrywkę, w tym zakazano puszczania fajerwerków. Mocno to drażni Seikichiego, którego rzemiosłem jest właśnie robienie i puszczanie sztucznych ogni, a marzeniem zrobienie największych fajerwerków, które ktokolwiek zrobił. Mieszka on sobie z młodszym bratem w dzielnicy artystów i rzemieślników i o ich przygodach jest właśnie to anime.

 

Spodziewacie się anime historycznego? A guzik z pętelką i figa z makiem. Młodszy brat Seikichiego, Shunpei, często liczy rzeczy na całkiem współczesnym kalkulatorze, po sklepach widać artykuły elektroniczne, są komputery, szybka kolej a nawet więcej: kosmici i statki kosmiczne! Czwarta ściana jest łamana z namaszczeniem godnym Deadpoola, gdzie są nawiązania do innych anime, aktorów podkładających głos, czy nawet faktu, że „jesteśmy teraz w anime”.

Seria powstała na podstawie sztuki teatralnej, którą napisał Kazuki Nakashima, scenarzysta słynnego Gurren Laganna (i później Kill la Kill) – oczywiście nawiązanie do tego faktu również musiało się znaleźć.

 

 

Fabuła też nie jest zwyczajna, choć zaczyna się banalnie – w domku głównego bohatera pewnego dnia ląduje młoda dziewczyna i prosi, by zbudował fajerwerki, czy też rakietę tak wielką, że aż doleci na Księżyc. Intryga eksplorować będzie bardzo ciekawe rejony: będą kosmici i ich pojazdy, będą Faceci w Czerni i szalone akcje, bo anime jest przede wszystkim komedią, ale jest też napięcie i dramat, relacje między postaciami, character development, a nawet kryminał.

 

To właśnie sprawiło, że tak mi to anime zapadło w pamięć – w większości przypadków japoński humor polega na przedstawieniu czegoś jako maksymalnie głupie i absurdalne (albo na tych cholernych grach słownych, wynikających z różnych sposobów odczytania tego samego), a w Oh! Edo Rocket! (no dobra, „oh edo roketto”...) już niekoniecznie tak jest, bo miesza ono zaprawdę różne elementy, jak również przewija się przez nie cała galeria różnorodnych i ciekawych postaci. Krótko mówiąc: według mnie ktoś faktycznie przysiadł i myślał nad scenariuszem. Jako wadę podałbym zakończenie – podobnie jak to w Gurren Lagannie pozostawiło u mnie spory niedosyt, a nawet nazwałbym je antyklimatycznym, no ale cóż poradzić. Mimo to – gorąco polecam do obejrzenia.

 

Za tydzień: Infinity... Big Bang... STOOOOOOOOOOOOOOORM!!!




Achuj !

Słońce wylazło i robi się zielono, spieprzam na plac,a wam zostawiam Wild World by WildgoosePhotography

 




Kulturka jednak dała radę na czas , więc tym bardziej mam nadzieję, że nie macie za złe opóźnień z Konsolometrem ;) 

Słoneczko daje coraz cieplej - zbliża się wspaniały okres by spędzić czas na świeżym powietrzu! Dziękuje moim wszystkim gościom oraz stałym czytelnikom/komentatorom!

Do następnego weekendu!

Pozdr, Gom




 

Tagi:

Oceń notkę
+ +19 -

Należę do rasy starożytnych smoków
Oceń profil
+ +147 -
Gomlin
Ranking: 26 Poziom: 78
PD: 59983
REPUTACJA: 35965