Blog użytkownika Gomlin

Majkelx88

Gomlin Gomlin 13.04.2018, 09:57
Kultura na weekend 2.0 [ BEZ GRANIA ] #52
559V

Kultura na weekend 2.0 [ BEZ GRANIA ] #52

Zapraszam do kolejnej odsłony Kultury! 



Biegi do WujaCzesia....

Siemka!

Niestety  (albo stety) dzisiejszy odcinek odbywa się bez mojego szerszego udziału, gdyż złapała mnie grypa jelitówka i ćwiczę biegi do WC...z racji tego blog sklejam na raty i na szybko ;/

Póki jeszcze jestem przy klawiaturce - zapraszam kulturalnie do nowego odc!



Tradycyjnie: Ode mnie parę słów na ten weekend:


CZYTADŁO


Wspomnę tylko o Tytusie bo na niczym innym poważniejszym i konkretniejszym nie mogę się skupić....


MUZYKA


Chevelle - The Red


FILM


To co będzie w TV...

No i zacząłem oglądać Nowe Kacze Opowieści i polski Dubb daje radę - choć eng i tak lepsze a polski z pierwowzoru najlepszy ;)



Ode mnie to na tyle tego weekendu i w tej chwili zapraszam do wypocin mojego gościa i 3-groszowiczów ^^




Ahoj wilki i wilczyce morskie!

Wielkie dzięki za zaproszenie! Cieszę się, że mogę dorzucić swoją cegiełkę do gmachu naszej społeczności. Ostatnio moja ukochana żona poszła na zwolnienie i okupuje jedyny telewizor, w związku z czym mam więcej czasu na kulturę bez prądu.
I dobrze!


MUZYKA


 Alina Orlova „Laukinis šuo Dingo”

Jestem typem muzycznego konserwatysty. Kupuję oryginalne płyty, w tym wypasione boxy z mistrzowskim masteringiem dźwięku, najlepiej w systemie głośników 5.1. Oczywiście słucham muzyki ze streamingu ale te najbliższe memu sercu płyty kupuję, żeby zwyczajnie usłyszeć to czego nie da się usłyszeć w skondensowanym formacie. Długo się zastanawiałem co ze swojej kolekcji mogę polecić na początek. Czy może metalową progresję Opeth, bardziej klasyczne podejście w postaci Black Sabbath a może nowoczesny Radiohead? Wybór padł jednak na album, do którego podchodzę niezwykle emocjonalnie a mianowicie na debiutancki krążek Aliny Orlovej pt.: „Laukinis šuo Dingo”. Zarówno artystka jak i jej działa nie są znane szerszej publiczności w Polsce. Alina jest uroczą Litwinką o polsko-rosyjskich korzeniach. Jak opisać w skrócie jej muzykę? Sama Alina napisała kiedyś, że jej dźwięki brzmią tak jakby ktoś płakał za ścianą. Krytycy z kolei podciągają jej twórczość pod neo folk. Dla mnie jest to wrażliwa dziewczyna i jej fortepian. Jestem świadom, że nie jest to muzyka dla każdego. Niewiasta ma specyficzny głos, teksty w większości są w języku litewskim. Ja jednak od pierwszego kontaktu (za sprawą dobrego kumpla Miętusa, pozdro stary!) zakochałem się w tych dźwiękach, śledzę poczynania artystki i staram się być na każdym jej koncercie w Polsce. Truskawką na torcie (używając słów Tomka Hajty) było spotkanie z Aliną, na starym mieście w Gdańsku (potem jeszcze udało się na Litwie ;). Ten moment rozmowy, dziwnej styczności na linii artysta-fan. Przekazanie, że jej intymne utwory są dla mnie ważne, że przejechałem prawie 400 km, żeby jej posłuchać, zobaczenie jak jej wówczas smutną twarz rozświetla anielski uśmiech – wszystko to złożyło się na unikalne doświadczenie. Na moment wydawało się, że obcy sobie ludzie dotknęli czegoś, co zdaje się nieuchwytne i nienazywalne. Przez moment wszystko wydawało się takie poukładane, jakbyśmy wiedzieli o co chodzi na tym świecie. Rzadko słucham tego albumu ale kiedy to robię, mam gęsią skórkę. Polecam!


SERIAL


„Black Sails”

Moim zdaniem najlepiej zrealizowana produkcja w pirackich klimatach, włączając w to te z dużego ekranu. Całość zamyka się w 4 sezonach i oparta jest na motywach powieści „Złoto z Porto Bello” A.D. Howdena Smitha oraz bardziej znanej „Wyspy Skarbów” Roberta Louisa Stevensona. Kreacja świata oraz bohaterów stoi na najwyższym poziomie. Fabularnie też niczego sobie – śledzimy zmagania legendarnych piratów, takich jak Kapitan Flint, Long John Silver, Charles Vane czy Kapitan Czarnobrody czy moja ulubiona Anne Bonny (ach te ząbki…;). Całość potrafi trzymać w napięciu, korzysta z efektowych cliffhangerów. Za produkcję odpowiada Michael Bay a więc całość wypada efektownie. Niestety serial nie jest pozbawiony wad, które to mogą niektórym zepsuć zabawę. Po pierwsze jeśli ktoś jest miłośnikiem jak najwierniejszego odwzorowania realiów, to po raz kolejny może złapać się za głowę. Chodzi mianowicie o kwestię niewolników. Mamy tu do czynienia z romantyczną wizją piractwa a także z promowaniem różnorodności (czego ostatnio usilny wpływ widzimy w popkulturze) jednak to co dzisiaj staje się normą, w dawniejszych czasach było nieakceptowalne. Wystarczy sięgnąć po opracowania historyczne na ten temat, żeby przekonać się, że w czasach złotej ery piractwa czarni nie mogli wchodzić w skład pirackich załóg ani chodzić wolno, nawet w stolicy piractwa Nassau. Niewolnicy byli traktowani wówczas na całym świecie jako towar i kto jak kto ale piraci zwłaszcza, nie przepuszczali okazji na łatwy zarobek. Drugą sprawą są jest wątek homoseksualny Kapitana Flinta. Jest to rzecz nowa, stworzona na potrzeby adaptacji, której nie było w powieściach. W innych przypadkach (pojawiają się takowe) nie przeszkadza mi to, lecz ten nie licuje mi z konsekwentnie kreowanym wizerunkiem krwawego kapitana piratów. Mimo swoich bolączek (wiem, że nie dla każdego będą bolączkami) serial ogląda się świetnie i jeśli ktoś jeszcze nie oglądał a lubi pirackie klimaty to jest to must see! Yargh!

PS Muza z czołówki ciągle gra mi w uszach ta na na na, tara ta na na… :D


Dzięki za uwagę i pozdrawiam wszystkich serdecznie!




W zeszłym tygodniu pisałem trochę o moim ulubionym reżyserze, dzisiaj może skupie się bardziej na moim ulubionym gatunku – horrory. I znowu mam dylemat, bo jest kilka horrorów, które bardzo mi się podobały i które z chęcią bym polecił, jak chociażby absolutny klasyk – Egzorcysta z 1973 roku. Może kiedyś o nim jeszcze napiszę. Ale w tym tygodniu napiszę o innym, mniej znanym filmie, ale równie przerażającym, wyprodukowanym w Tajlandii, a mianowicie „The Shutter – Widmo”. Zdaję sobie sprawę,  że horrory nie są mocno popularnym gatunkiem wśród kinomanów, ale może akurat znajdą się tu jacyś fani azjatyckich produkcji.

Widmo – czyli Azja w natarciu!

Fabuła filmu jest prosta jak ta przysłowiowa konstrukcja cepa. Mamy bowiem mężczyznę – fotografa o imieniu Tun i jego dziewczynę Jane, którzy wracają z imprezy zakrapianą alkoholem. W drodze powrotnej następuje wypadek, w którym potrącają młodą kobietę. Chłopak w panice nakazuje swojej dziewczynie jechać dalej, nie udzielając potrąconej dziewczynie pomocy. Mija kilka dni od wypadku i wokół Tuna zaczynają się dziać niewyjaśnione rzeczy, jak odbicia nieznanych twarzy na jego fotografiach. Problem nasila się, gdy w niewyjaśnionych okolicznościach zaczynają ginąć ich przyjaciele, a Tun także zaczyna mieć dziwne bóle w ramionach i plecach…

Brzmi banalnie prawda? Niech was tylko to nie zmyli, bo możecie się zdziwić. Obaj panowie reżyserzy (mniejsza o nikomu nie mówiące tajlandzkie nazwiska) serwują nam tu kilka bardzo ciekawych i faktycznie przerażających motywów. Tak, mamy tu Azjatkę z długimi i czarnymi włosami, czyli znak charakterystyczny dla azjatyckiego kina grozy, ale do cholery jasnej to wciąż straszy, więc czemu nie? Ale to nie wszystko, bo jest tego więcej, z tym, że bez spojlerów tu ciężko cokolwiek opisać, więc musicie mi uwierzyć na słowo. Powiem tylko, że scena w ciemni fotograficznej jest jedną z moich ulubionych. A samo zakończenie filmu jest tak genialne i pomysłowe, że nie ma szans, byście się domyśleli przed zobaczeniem napisów końcowych. Opad szczęki gwarantowany! Z ciekawostek mogę napisać,  że obaj panowie reżyserzy w czasie kręcenie nie mieli ukończonych 25 lat, co jednak nie ma odzwierciedlenia w samym filmie, gdyż moim zdaniem jest bardzo dojrzały. Dla mnie minusem jest tylko gra aktorska głównych bohaterów, są dość drewniani, ale nie odbija się to bardzo na odbiorze filmu.

Co tu dużo mówić. Dla fanów horrorów jest to pozycja obowiązkowa. Ci, co nie lubią się bać przed ekranem telewizora, mogą się od tej produkcji nieprzyjemnie odbić. Ale mimo wszystko zalecam spróbować. Dla mnie jest to jeden ze straszniejszych filmów, jakie oglądałem. 

Moja ocena:

9/10




Witam kulturalnych czytelników, jak wszyscy wiecie w każdej dobrej bajce czy opowieści musi być smok , w dzisiejszej książce smoczyzna występuje bardzo obficie:)

Dziś występują Anthony Ryan i  jego "Ogień Przebudzenia" :

Na rozległych terytoriach kontrolowanych przez Żelazny Syndykat Handlowy najcenniejszym towarem jest smocza krew. Spuszczana z trzymanych w niewoli lub odławianych w dziczy Czerwonych, Zielonych, Niebieskich i Czarnych, po przedestylowaniu służy do wytwarzania eliksirów dających niewiarygodną moc. Tych, którzy potrafią z niej korzystać, nazywa się Błogosławionymi.

Mało kto zna jednak prawdę: smocze rody słabną, a gdy wygasną całkowicie, wojna z sąsiednim Cesarstwem Corvuskim będzie nieunikniona. Ostatnią nadzieją Syndykatu są pogłoski o istnieniu innej rasy smoków, znacznie potężniejszej od pozostałych. Nieliczni wybrańcy losu udają się na jej poszukiwania.

 

 

„Ogień przebudzenia” to pierwszy tom serii Draconis Memoria.

Powieść jest objętościowo spora, bo ma ponad 700 stron.
Fabuła podzielona jest na narrację z perspektywy trzech głównych bohaterów: Lizanne Lethridge, kobiety-szpiega na usługach Protektoratu, Claydona Torcreeka, złodziejaszka i niezarejestrowanego Błogosławionego, który zostanie zmuszony do służby dla Protektoratu oraz podporucznika Corricka Hilemore, który służąc na krążowniku Syndykaty wplącze się niechcący w ogarniający świat chaos.

Jeżeli lubicie chociaż trochę smoki to myślę że warto sprawdzić i przeczytać :)

 

Pozdrawiam i do następnego kulturalnego razu :)





Czołem,

Lubię płyty Mansona. Razem z Nine Inch Nails zajmują czołowe miejsca w moim osobistym rankingu industrialu. Heaven Upside Down to najnowsza płyta bezbożnika z US and A. Cóż mogę rzec. Nic odkrywczego Marylin tutaj nie pokazuje, raczej mamy do czynienia ze standardową dla niego nawałnicą przesterowanych gitar i rozwrzeszczanych partii wokalnych. Na płycie przeważają wolne kawałki, tych szybkich jest niewiele (Revelation 12, czy utwór tytułowy). Realne uderzenie w pysk pojawia się w refrenach, których Manson jest prawdziwym mistrzem (do czego już przyzwyczaił na wcześniejszych wydawnictwach). Tam wychodzi cała agresja i wściekłość (m.in. Blood Honey, który ma również hipnotyzujący, transowy początek). Na uwagę zasługuje też kawałek KILL4ME, bardzo fajnie się go słucha. Również pod względem tekstowym  nic nowego Manson nie przekazuje. Mamy sporo faków, trochę bluźnienia, obsceniczności, czyli składniki standardowe dla tego artysty.

Niby już to wszystko gdzieś słyszałem wcześniej, ale cholera, nadal ta odtwórcza płyta sprawia frajdę przy słuchaniu. Czy Manson daje radę? Daje. Heaven Upside Down to kawał dobrego industrialu.

Do następnego

 


 




Witam !!!

Uniwersum DC na początku lat 80-tych ubiegłego wieku przypominało jeden wielki śmietnik. Do tego stopnia, że potentatowi komiksowemu jakim było DC Comics, ciężko było przyciągnąć nowych czytelników do swoich komiksów, a staży też się zaczęli wykruszać. Wcześniejsze nieśmiałe próby ratowania się z opresji, były owszem udane ale krótkotrwałe i na dłuższą metę bezskuteczne. Chaos ostatecznie udało się posprzątać jednemu człowiekowi, który postanowił całkowicie zmienić i usystematyzować uniwersum. Nadając nowy początek i kierunek superbohaterom ze stajni DC. Tym człowiekiem był scenarzysta Marv Wolffman.

 Na początku czasów wszechświat został podzielony na wiele alternatywnych wszechświatów, które istniały obok siebie w różnych wymiarach. W każdym z nich historia potoczyła się inaczej. W pewnym momencie niektóre z odrębnych rzeczywistości nawiązały ze sobą kontakt. Wówczas okazało się, że może istnieć kilku Supermenów, Batmanów i choćby Lexów Luthorów. I ten stan rzeczy trwałby nadal, gdyby nie pojawił się złoczyńca z całkowicie odmiennego wszechświata, składającego się z antymaterii – AntyMonitor. Który po podbiciu całego swojego uniwersum, postanowił podbić wszystkie pozostałe alternatywne wszechświaty. Rozpoczynając tym samym totalną wojnę, która zmieniła wszystko.

 Tak pokrótce zaczyna się monumentalne dzieło jakim jest Kryzys na nieskończonych ziemiach Marv'a Wolfmana, które nie tylko wpisało się już do kanonu amerykańskiego komiksu. Ale również zmieniło na długie lata całe DC Comics. Sama historia trzyma w napięciu od początku do końca, a sam scenarzysta nie ma oporów w unicestwianiu kolejnych bohaterów czy światów. Ten kto ma zginąć to ginie i zostaje wymazany ze świata DC.

Dużą rolę w budowaniu tej opowieści odegrał również rysownik George Pérez, którego efektowna i szczegółowa kreska robi ogromne wrażenie, nadając komiksowi epickości. Poszczególne plansze tej opowieści wręcz kipią od kadrów i udzielających się w nich postaci, a same kompozycje tworzą spójną całość. Na osobną uwagę zasługują również okładki, które niejednokrotnie były adaptowane i wykorzystywane jako inspiracja dla nowych pokoleń komiksowych twórców.

 Trzeba jednak mieć na uwadze, że komiks powstał w latach 80-tych, i hołduje starej szkole narracji, co pewnie nie za bardzo przypadnie czytelnikom, którzy przyzwyczajeni są do dzisiejszego sposobu opowiadania historii obrazkowych. Gdzie pewne archaizmy są aż nadto widoczne, a ściana tekstu może po prostu przytłaczać, jak i sam natłok superbohaterów. Szczególnie osoby, nie zaznajomione z historią DC, i komiksów tej stajni.

Nie zmienia to jednak faktu, że jest to dzieło warte poznania, choćby by zobaczyć jak przez lata kształtował się komiks amerykański, i jaką przeszedł drogę do tego co znamy obecnie.

 

Pozdrawiam.



 


Manga i anime adresowane do dzieci płci męskiej w wieku od 12 do 50 lat potrafi zarobić bardzo wiele – stąd i olbrzymia konkurencja jeśli chodzi o produkcje przedstawiające młodych bohaterów okładających się po mordach, bo może akurat uda się powtórzyć sukces Dragon Balla. Jakiego rodzaju kontrakt dostał Yoshihiro Togashi, autor mangowego pierwowzoru, to ja nie mam pojęcia – w każdym razie mimo dostarczania kiepskiej jakości rysunków (potem poprawianych do wydań zbiorczych w tomikach) i brania nawet rocznych urlopów z przyczyn zdrowotnych (lub niewyjaśnionych), Hunter x Hunter, prześmiewczo nazywany niekiedy „Hiatus x Hiatus” (hiatus – pauza), jeszcze nie dostał statusu „cancelled”. Czyżby pozycja Togashiego, prywatnie męża Naoko Takeuchi (autorki Sailor Moon!), była aż tak mocna? Albo po prostu na kolejne rozdziały HxH po prostu warto czekać? Niestety sam nie potrafię na to pytanie odpowiedzieć, ale wiem jedno – niektóre odcinki najnowszej adaptacji anime, Hunter x Hunter (2011), oglądałem jeden za drugim i po prostu nie mogłem się oderwać.

O co chodzi: trochę dzikusowaty chłopak imieniem Gon żyje sobie na totalnym zadupiu, a wychować go próbuje – z umiarkowanymi sukcesami – ciotka. Gon pewnego dnia dowiaduje się od Kite'a (którego akurat z tego anime wycięto, bo nie spodziewano się dociągnąć serii aż do momentu, w którym ta postać pojawia się ponownie), że ojciec Gona, imieniem Ging, nie tylko żyje i ma się świetnie, ale jest też Hunterem. Organizacja Hunterów zrzesza naprawdę mocarnych osobników, którzy zajmują się poszukiwaniem różnych rzeczy: skarbów, stworów czy niezbadanych jeszcze lądów. Gon decyduje się zostać Hunterem, by spotkać swojego ojca, i przystępuje do brutalnego egzaminu, gdzie poznaje przyjaciół: Leorio i Kurapikę, oraz przede wszystkim Killuę, któremu pod względem rodziny też się nie poszczęściło: bo pochodzi z rodu płatnych zabójców, i to takich najlepszych w swoim zawodzie...
Chłopcy spotykają też kogoś w rodzaju prześladowcy – a jest nim Hisoka, który niby wygląda jak klaun, ale kto ma z nim do czynienia, ten śmiać się raczej nie będzie. Hisoka jest psychopatą zabijającym tych, którzy jego zdaniem są godni stawić mu wyzwanie – upatrzył sobie Gona i Killuę i czeka „aż dojrzeją”, a od realnej perspektywy walki z którymś z nich Hisoce, mówiąc wprost, najzwyczajniej w świecie staje. Ale gdy jest to zgodne z jego widzimisię, Hisoka potrafi również naszym bohaterom pomóc.

Moce i umiejętności postaci nie polegają na tym, że jakiś ziomek pokrzyczy przez dwa epizody i staje się silniejszy – mamy tu do czynienia z całkiem rozbudowanym systemem, zwanym Nen. Nie wnikając zanadto w szczegóły: opiera się on na specjalizacji, warunkowaniu i ryzyku. Ci, którzy nauczą się Nen, opracowują zgodną z własnym pomysłem i predyspozycjami technikę, która jest tym mocniejsza, im węższe ma zastosowanie i co za tym idzie na jakie ryzyko narazi się jej użytkownik. Zresztą rozbudowany system zależności znajduje odbicie też w innych aspektach fabuły – na przykład jeden cały wątek dzieje się na Greed Island, czyli w wirtualnej, ale i czasami boleśnie prawdziwej grze z kartami, mocami i tak dalej (podejrzewam, że autor mangi po prostu ciupie w gry zamiast rysować kolejne rozdziały). Drugą charakterystyczną cechą HxH jest... brutalność. Cenzurowana w mandze i jeszcze mocniej w przedstawianej serii anime miejscami nie da się zamaskować, gdy np. Killua wyrywa komuś serducho albo gdy autor napuszcza na siebie dwie niezależne od głównych bohaterów grupy i ci się po prostu masakrują, a w momencie gdy jeden koleś odgryzł drugiemu kawałek głowy, przeżuł i wypluł fragment czaszki to już wiedziałem, że HxH to jednak nie jest twój typowy fightan szonen w tym samym tonie co One Piece czy innego Bleach.

 

Kulminacja powyższych cech następuje w moim ulubionym fragmencie opowieści, czyli ataku na pałac Króla Mrówek Chimerowatych. Po chyba kilkudziesięciu epizodach przygotowań Hunterzy przypuszczają atak na największe zagrożenie, z którym do tej pory się mierzyli, czyli Chimera Ants – wrednymi owadami, które zjadają inne stworzenia i przyswajają sobie ich DNA. Mrówki wyrwały się spod kontroli i dotarły do odizolowanego od reszty świata kraju, przypominającego nieco Koreę Północną, i zaczynają zjadać większe zwierzęta, potem dzieci, potem dorosłych ludzi... Kulminacją ich działań są narodziny Króla, z którym zmierzyć się musi sam szef Hunter Association, żwawy staruszek imieniem Netero.

Sam szturm na pałac jest przedstawiony z chirurgiczną precyzją, a wydarzenia są przedstawiane sekunda po sekundzie, aby widz mógł się połapać w dziejących się równocześnie wydarzeniach. Nie pamiętam żadnej innej shounenowej serii, gdzie na pokazanie i wyjaśnienie jednego ciosu przeznaczono cały odcinek, który dodatkowo robi to w interesujący, a wręcz w epicki sposób, a zakończenie tego fragmentu opowieści jest tak dobre, że wymyka się mojemu opisowi (ale należałoby użyć określeń: „emocjonalne”, „złowieszcze”, „gorzkie”, „co jest kurka”).

Anime niestety nie trzyma równego tempa – czasem pędzi do przodu na złamanie karku, czasem dłuży się niemiłosiernie i trudno wtedy utrzymać zainteresowanie. Mimo to ja wysiedziałem przez te 148 epizodów i zdecydowanie było warto.

 

Za tydzień: puszczanie fajerwerków w okresie Edo!




Achuj !

Ostatnio Węgry na tapecie, ja jako ktoś kto ten kraj pokochał chciałbym byście go skojarzyli z czymś innym niż polityką. Good morning Budapest! od arbebuk i nie mam pytań, przepiękny widok. Choć nadal wolę Balaton, Tokaj i Langosy ;). 

 




Na koniec dziękuję wszystkim za występ i wsparcie w kulturalne weekendy!

Szybko i krótko się żegnam na dziś.

Mam nadzieję, że kultura Waszego weekendu będzie lepsza od mojej!

Pozdr, Gom




 

Tagi:

Oceń notkę
+ +22 -

Należę do rasy starożytnych smoków
Oceń profil
+ +147 -
Gomlin
Ranking: 27 Poziom: 78
PD: 60126
REPUTACJA: 36122